Historia we wspomnieniach

W “apartamentach” Łubianki

+++ 27 i 28 marca 1945 zroku sowieckie NKWD podstępnie aresztowało przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Zostali oni zwabieni do Pruszkowa na spotkanie z dowództwem I Frontu Białoruskiego, w sprawie unormowania stosunków między wkraczającymi wojskami sowieckimi a Polakami. Zamiast zapowiadanych rozmów wszystkich wywieziono do moskiewskiego więzienia na Łubiance i poddano brutalnemu śledztwu. Wśród podstępnie pojmanych byli: Komendant Główny Armii Krajowej gen. Leopold Okulicki “Niedźwiadek”, Delegat Rządu RP Jan Stanisław Jankowski, przewodniczący Rady Jedności Narodowej Kazimierz Pużak oraz przedstawiciele działających w konspiracji partii politycznych, a wśród nich ministrowie, członkowie Krajowej Rady Ministrów: Adam Bień (Stronnictwo Ludowe), Stanisław Jasiukowicz (Stronnictwo Narodowe) i Antoni Pajdak (Polska Partia Socjalistyczna). Zostali uwięzieni w więzieniu NKWD na Łubiance, a w czerwcu 1945 skazani w moskiewskim procesie szesnastu. Poniżej przedstawiamy fragmenty wspomnień Zbigniewa Stypułkowskiego pt. “Zaproszenie do Moskwy”, wydanych pierwotnie na emigracji, a w 1991 roku w Wydawnictwie “Spotkania” w Warszawie.

***

+++ Piękny był ranek 28 marca. Słońce przygrzewało tak silnie, iż choć w Polsce zima ledwo się o tej porze kończy, narzuciłem na siebie tylko lekki płaszcz gumowy i ruszyłem w drogę do Pruszkowa, wspomnianego już wyżej miasteczka podwarszawskiego, w którego pobliżu mieściła się siedziba dowództwa wojsk sowieckich. Kilku przyjaciół, wyraźnie zaniepokojonych, żegnało mnie silnym uściskiem dłoni. Obawiali się o mój los, choć na ogół nikt nie przewidywał, aby aresztowanie mogło nastąpić już w tym etapie pertraktacji. Punkt zborny członków delegacji wyznaczony był na stacji kolejki elektrycznej. Z różnych stron zaczęli się zjeżdżać i schodzić po raz pierwszy tak licznie i od sześciu lat po raz pierwszy tak jawnie przywódcy Kraju.

***

+++ Nic to jednak było w porównaniu z kłopotami generała Okulickiego. Bronił się on przed myślą wzięcia udziału w pertraktacjach z Rosjanami bardzo długo. Ciążyły mu okrutne wspomnienia z pobytu w więzieniu moskiewskim w latach 1939–1941. Znał już Rosję z własnego doświadczenia. Był ostrzegany przez swe zwierzchnie dowództwo w Londynie. Jako karny żołnierz uległ jednak decyzji wicepremiera rządu, Jankowskiego. Opatrzność postanowiła go bronić. Spóźnił się na pociąg, którym mógł dojechać na czas na umówione spotkanie. Wyszedł wtedy na szosę, zatrzymał przejeżdżający jakiś samochód i namówił szofera, aby go podwiózł. Samochód zepsuł się w pół drogi. Generał Okulicki znowu bezradnie czekał na jakikolwiek inny środek komunikacji. Nawinął mu się rowerzysta. Dobił z nim transakcji i rowerem zajechał po swój los do głównej kwatery wojsk sowieckich.

***

+++ Przed ganek polskiego dworku, w którym mieściła się kwatera naczelnego dowództwa wojsk sowieckich, wyległo na przywitanie kilkudziesięciu oficerów wyższych szarż. Wśród obecnych znajdował się również pułkownik gwardii Pimenow. Oglądali nas z żywym zaciekawieniem, przedstawiali się kolejno, ściskając z uszanowaniem dłonie. Zaprowadzono nas następnie do obszernego gabinetu, w którym ustalono skład przybyłych gości i charakter funkcji, jakie pełnili w życiu Polski. Za chwilę w dwóch grupach zaproszeni zostaliśmy do jakiegoś generała – nazwiska jego nie pomnę. Przedstawił się jako reprezentant marszałka Żukowa, mający polecenie powitać nas i przeprosić, że marszałek się spóźni. “Rozpoczął on właśnie ostatnią już – być może – wielką ofensywę przeciw Niemcom. Ofensywa ta odnosi duże sukcesy i marszałek musi bezpośrednio dopilnować wydanych zarządzeń”.

***

+++ Bagiński powiedział mi na to, iż, być może, los nas rzeczywiście wkrótce połączy, może nawet już w tymże domu, w którym się teraz znajdujemy. Słyszał on bowiem od mego przyjaciela przygody ucieczki z piwnic domu NKWD we Włochach. Skojarzył teraz opis tego domu z domem, w którym obecnie gościliśmy, i doszedł do przekonania, że jesteśmy już w rękach NKWD. Chwilowo tylko znajdujemy się jeszcze na górnym poziomie budynku, ale za chwilę możemy się również znaleźć w piwnicy. Wspomniał także, że otrzymał na krótko przed udaniem się na kwaterę wojsk sowieckich anonim, pochodzący zapewne od któregoś z życzliwych mu a komunizujących osobników z ostrzeżeniem, by za wszelką cenę starał się opóźnić choćby o parę dni ujawnienie się delegacji polskiej. To wszystko wskazuje mu, iż wpadliśmy w pułapkę.

***

+++ Rankiem prosiliśmy o możność umycia się. Brr, to czym zostaliśmy obsłużeni dało przedsmak kultury sowieckiej. Wodę wydzielono każdemu w butelce od piwa, mydła bodajże wcale nie było, a jedyna szmata imitująca ręcznik była tak czarna, że zrezygnowałem z jej użytku. W łazience schludnego kiedyś mieszkania skromnej polskiej rodziny muszla do mycia była rozbita, kafelki pokrywające ściany obsmarowane obrzydliwą cieczą i wulgarnymi rysunkami. Po kątach walały się fotografie z podartego albumu, należącego do dawnych gospodarzy. Na jednej z nich widziałem sierżanta wojsk polskich z żoną i trojgiem małych dzieci. Druga, wyobrażająca sierżanta w pełnym ekwipunku bojowym, zawierała napis: “Moim najdroższym. Bóg nam dopomoże. 1.9.1939″. Koło dziewiątej rano zaproszono nas do generała sowieckiego. Przepraszał za wszystkie niedociągnięcia w gościnie, a przede wszystkim za zawód sprawiony przez marszałka Żukowa: “W tej chwili otrzymałem telefonogram z naczelnego dowództwa, iż zatrzymany wielkiej wagi obowiązkami służbowymi marszałek nie może przyjechać tutaj, natomiast prosi o przybycie delegacji polskiej do jego kwatery. Przywiązuje wielką wagę do spotkania się z tymi, którzy mają jechać do Londynu. Dlatego też przysyła swój osobisty samolot do Panów dyspozycji”.

***

+++ Zaniepokojenie wzrosło natychmiast, gdy spostrzeżono się, że samolot zamiast kierować się na zachód, gdzie powinna się znajdować główna kwatera dowództwa kierującego ofensywą przeciw Niemcom, leci ku wschodowi. Nasz adiutant oznajmił, iż rzeczywiście lecimy do Moskwy. Tam bowiem będzie dzisiaj marszałek Żukow, co pozwoli na rozszerzenie grona uczestników konferencji ze strony sowieckiej o pewne ważne osobistości z rządu rosyjskiego. Zapewnił przy tym, iż pp. Jankowski, Okulicki i Pużak udali się też już do Moskwy. (…) Wicher miotał samolotem. Chłód dolegał coraz bardziej. Lot przedłużał się nieznośnie. Milkły dociekania pod wpływem rosnącego niepokoju, któremu barwy i nasilenia dodawała burza zaległa nad nami. Otrzymaliśmy wiadomość: aparat radio-nadawczy w samolocie jest zepsuty; nie możemy się przebić przez chmury, aby lądować na lotnisku moskiewskim. Lecimy dalej. Z Warszawy do Moskwy jest pięć godzin lotu. Byliśmy w powietrzu już ponad siedem, gdy z kabiny pilotów wysunął się jakiś śmiertelnie blady pułkownik sowiecki i drżącymi rękoma przeglądał mapy złożone w siatce podróżnej nad naszymi głowami. Widać było po jego minie, iż całkowicie stracił orientację. Po upływie krótkiej chwili zaczęliśmy się zniżać gwałtownie, powiedziałbym, “na łeb na szyję”. Silny wstrząs. Usiedliśmy głęboko w śniegu, nieco ogłuszeni. Wokoło ani śladu życia, wszędzie niepokalana biel, siniejąca na linii horyzontu. Zostaliśmy sami, tuląc się do siebie dla rozgrzania ciała. “Jest nas trzynastu, feralna cyfra” – mruknął przesądny Kazimierz Bagiński, przywódca chłopski.

***

+++ Posuwaliśmy się z wielkim trudem, krok za krokiem. Starsi opierali się o ramiona młodszych. Po obu stronach widać było z dala rozciągnięte straże sowieckich żołnierzy. Szare ich mundury i karabiny z nasadzonymi bagnetami, bezkresna dal pokryta bielą i pochylone sylwetki moich towarzyszy nasuwały mi przed oczy obrazy wielkiego polskiego malarza Grottgera, w których odmalował wędrówki na Syberię ojców i dziadów naszych. Na uprzątniętej drodze czekały już wspaniałe, czarne, lśniące limuzyny, w których rozsadzono nas jak najbardziej wygodnie. Zaczęliśmy zadawać pytania szoferowi, gdzie się znajdujemy, dokąd jedziemy. Głuche milczenie było jedyną odpowiedzią.

***

+++ “Do jakiegoś pięknego hotelu wiozą nas, panie mecenasie” – zwrócił się do mnie półgłosem towarzysz podróży, jeden z tych, którego nie opuszczała wiara w szczęśliwe dopełnienie się naszej misji. W tym momencie otworzyła się brama na rozcież, wiodąca do wnętrza owego “wspaniałego hotelu”. Dojrzałem w głębi dziedziniec okolony murami, w których wszystkie okna osłonięte były koszami z blachy. “Panie, to więzienie” – odpowiedziałem. “Ale, co też pan mówi” – były ostatnie słowa, jakie dosłyszałem.

***

+++ Apartament był już dla mnie przygotowany. O ile pamiętam, oznaczony był numerem 99. Rozmiarami niewielki, wymalowany cały na barwę ciemnozieloną, miał okno wychodzące na ponure podwórze, okolone zewsząd murami. Okno miało kratę rzadką, ale przysłonięte było blaszanym koszem, który uniemożliwiał dostęp światła z zewnątrz. Promyk słońca, jeśli słońce jaśniało nad ziemią, gwałcił czasem surowe prawa więzienia moskiewskiego i mimo wszystkich stawianych mu przeszkód przebijał się do celi na dziesięć, piętnaście minut – ale nigdy dłużej. I za to był mu więzień serdecznie wdzięczny. Skrawek nieba można było dojrzeć tylko kucnąwszy u okna z przyciśniętą do kraty twarzą. Ponieważ jednak każde zbliżenie się do okna było natychmiast zauważone i spotykało się niezwłocznie z admonicją strażnika, przeto trzeba było nie lada odwagi, aby posunąć się do bezczelności spoglądania w niebo. Umeblowanie składało się z żelaznego łóżka i małego stolika, na którym stał miedziany czajnik oraz kubek ozdobiony wizerunkiem czarnego kota. Kubeł w kącie – ot i wszystko. “To teraz twoje mieszkanie” – powiedział strażnik zostawiając mnie samego w celi. Usłyszałem już tylko zgrzyt kluczy przesuwanych z zardzewiałych zamkach, zgrzyt, który na długo jeszcze wiercił mi mózg. Tak więc zaproszenie na obiad do naczelnego wodza armii sowieckiej zakończyło się wypoczynkiem w luksusowych apartamentach słynnego na cały świat więzienia na Łubiance, w stolicy Rosji.

Zbigniew Stypułkowski, “Zaproszenie do Moskwy”,
Warszawa 1991
wybrał Jarosław Szarek

 

Comments are closed.