Historia we wspomnieniach

Przed oczami zamajaczyła Ostra Brama…

+++ 3 kwietnia 1940 roku w Katyniu, z rozkazu Stalina, funkcjonariusze NKWD rozpoczęli rozstrzeliwanie obywateli polskich, jeńców, oficerów przywożonych z obozu w Kozielsku. Jednocześnie pod Charkowem mordowano oficerów z obozu w Starobielsku, a tych z Ostaszkowa rozstrzeliwano w Twerze i grzebano w Miednoje. Kilka tysięcy zamordowano w innych więzieniach na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej. Ogółem co najmniej 21 768 osób… Lista obejmowała ponad 1/3 elity II Rzeczypospolitej. W Katyniu, który stał się symbolem tej zbrodni, wymordowano 4410 jeńców. Ich rozstrzeliwania trwały od 3 kwietnia do 12 maja 1940 r. Jednym z ocalonych był prof. por. Stanisław Swianiewicz. Przed 1939 rokiem był profesorem katedry ekonomii politycznej na Uniwersytecie Wileńskim im. Stefana Batorego, specjalizował się w problemach gospodarczych Rosji Sowieckiej. 30 kwietnia został oddzielony od transportu jeńców z obozu w Kozielsku na stacji Gniezdowo, skąd jeńców wywożono na rozstrzelanie. Trafił do więzienia w Smoleńsku, a następnie na moskiewską Łubiankę, gdzie przedstawiono mu akt oskarżenia. Doczekał jednak napaści niemieckiej na Związek Sowiecki i po zwolnieniu rozpoczął pracę w ambasadzie RP w Kujbyszewie, a następnie przedostał się z jej personelem do Persji. Po wojnie pozostał na emigracji, gdzie poświęcił się nauce, pracując na wielu słynnych uniwersytetach Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Kanady. Poniżej publikujemy fragment jego książki “W cieniu Katynia”, wydanej po raz pierwszy przez Instytut Literacki w Paryżu w 1979 roku.

+++ Pierwszy transport odszedł według mojej najlepszej pamięci w dniu 3 kwietnia 1940 roku i pierwszym oficerem, którego zabrano, był mój kolega pułkowy kpt. Jerzy Bychowiec, dowódca pierwszej kompanii 85 Pułku Strzelców Wileńskich. Odtąd w ciągu całego kwietnia i w początkach maja 1940 roku zabierano regularnie co kilka dni około 300 ludzi, czasem nieco mniej. O ile wiem z opowiadań tych, co byli w Starobielsku, wielkość transportów w kwietniu–maju była tam nieco mniejsza niż w wypadku Kozielska. Widocznie zależało to od różnicy wydajności zespołów katów operujących w Katyniu i w tej innej, nie znanej dokładnie miejscowości w pobliżu Charkowa, gdzie likwidowali starobielszczan [dzisiaj już wiemy, że było to w Piatichatkach pod Charkowem – przyp. JS].

***

+++ Do transportu zostałem wezwany w dniu 29 kwietnia 1940 roku. Gdy tylko jeńcy prowadzący podsłuch telefonów z Moskwy zawiadomili, że tego dnia mam opuścić Kozielsk, pobiegłem od razu, aby się pożegnać z kilku osobami, które uważałem w Kozielsku za swoich szczególnych przyjaciół. O pożegnaniu się z płk. Nowosielskim, które miało miejsce nieco wcześniej, już pisałem we fragmentach, które trafiły do Zbrodni katyńskiej. Szczególnie jednak utkwiło mi w pamięci pożegnanie z profesorem Komarnickim. Gdyśmy się wycałowali na pożegnanie i ja już wychodziłem, raptem on mnie zawołał. Gdy się odwróciłem, on wstał, podszedł do mnie i dużym palcem prawej ręki uczynił znak krzyża na moim czole. Był to symbol polecenia mnie opiece Boskiej. Jego wyraz twarzy i ten gest zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Był to początek tych dwu niesamowitych dni w moim życiu, kiedy sądzone mi było odbyć drogę do najbliższych okolic Katynia, a potem znowu drogę spod Katynia do specjalnego więzienia w Smoleńsku.

***

+++ W naszym przedziale nie było okna, było więc trudno zorientować się, gdzie jesteśmy i co się dzieje na zewnątrz. Z przedziału do przedziału zaczęto podawać wiadomość, że wyładunek już się rozpoczął. Mniej więcej po półgodzinnym postoju do naszego wagonu wszedł pułkownik NKWD, wysoki, o czerwonej twarzy, którego już opisałem powyżej. Wywołał moje nazwisko i powiedział, że zostanę wydzielony z transportu. (…) Strażnik, który stał na korytarzu przed drzwiami mego przedziału, odwrócił się i patrzył przez okno, które wychodziło na inną stronę niż ta, gdzie był intrygujący ruch. Pod sufitem zauważyłem otwór, przez który można było zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz.

***

+++ Przed nami był plac częściowo porośnięty trawą, wyglądało to na równe miejsce, gdzie przedtem pod otwartym niebem były składy jakichś towarów przeznaczonych do transportu, najprawdopodobniej materiałów drzewnych. Z jednej strony do placu przylegała droga idąca prostopadle do torów kolejowych, z drugiej strony były jakieś zarośla. Plac był gęsto obstawiony kordonem wojsk NKWD z bagnetem na broń. Była to nowość w stosunku do naszego dotychczasowego doświadczenia. Nawet na froncie, bezpośrednio po wzięciu nas do niewoli, eskorta nie nakładała bagnetów na broń. Bagnet we współczesnej wojnie jest bronią raczej symboliczną niż realną. W różnych tyłowych funkcjach rozkaz nałożenia bagnetu na broń służy raczej do podkreślenia specjalnej ważności danej funkcji. Powstawało pytanie, dlaczego eskortowanie bezbronnych jeńców, którym nawet scyzoryki zostały odebrane, miało raptem stać się taką ważną i niebezpieczną funkcją. Z drogi wjechał na plac zwykły pasażerski autobus, raczej małych rozmiarów w porównaniu do tych autobusów, do których jesteśmy przyzwyczajeni w miastach zachodnich. Okna były zasmarowane wapnem. Pojemność autobusu była około 30 osób, wejście dla pasażerów od tyłu. Powstawało pytanie, jaki cel był zasmarowania okien tego niedużego autobusu. Autobus podjechał tyłem do sąsiedniego wagonu, tak że jeńcy mogli wchodzić bezpośrednio ze stopni wagonu, nie stąpając na ziemię. Z obydwóch stron wejścia do autobusu stali żołnierze wojsk NKWD z bagnetami na broń. Był to dodatek do gęstego kordonu wojsk NKWD otaczającego plac. Po półgodzinie autobus wracał, aby zabrać następną partię. Wynikało stąd, że miejsce, dokąd wieziono jeńców, nie było daleko. Powstawało pytanie, jaki był sens używania tej skomplikowanej transportowej procedury zamiast zarządzenia pieszego marszu, jak to bywało przy poprzednich transportach?
Pośrodku placu, z rękami w kieszeniach dużego płaszcza, stał ów wysoki pułkownik NKWD, który mnie wydzielił z transportu i którego w okresie likwidacji Kozielska widywałem czasami na terenie obozu. Było jasne, że on miał nadzór nad całą operacją. Lecz na czym owa operacja polegała? Przyznam się, że w owym momencie, w blasku tego uroczego, wiosennego dnia myśl o egzekucji nie przyszła mi do głowy. Nieco opodal stało dość duże auto w kształcie czarnego pudła bez okien, a przy nim kapitan NKWD, starszy człowiek, prawdopodobnie dobrze po pięćdziesiątce.
Po pewnym czasie, który mi trudno określić, bo nie miałem zegarka; wydaje się mi, że było to już chyba po południu – przyszedł podoficer NKWD, który kazał mi zabrać moje rzeczy i iść za nim. Wprowadził mnie na ten plac, który oglądałem przez rodzaj małego okienka pod sufitem mego przedziału więziennego. Stanęliśmy przed owym czarnym pudłem, gdzie również stali pułkownik, który mnie wydzielił, oraz ów starszawy kapitan NKWD. Dopiero wówczas błysnęła mi myśl, że to auto w kształcie czarnego pudła to sławny czornyj woron, czyli “czarny kruk”, którym się przewozi więźniów po ulicach Moskwy. Pułkownik przekazał mnie kapitanowi. Ten kazał mi wejść do czarnego pudła. Wchodziło się od tyłu, gdzie były dwa siedzenia dla strażników; potem jeden stopień wzwyż i drzwiczki prowadzące do wąskiego korytarzyka, po którego obu stronach były po trzy małe celki z drzwiami. Można więc było w tym zmotoryzowanym więzieniu przewieźć sześciu więźniów, którzy jednak o sobie mogli nic nie wiedzieć. Gdy mnie wsadzano, zdążyłem zauważyć, że kapitan zajął miejsce obok szofera. Strażnicy zaś, którzy zajęli miejsca od tyłu, byli z karabinami, lecz bez bagnetów na karabinach. Niewątpliwie w tym, że w pewnych wypadkach wkładano bagnet na broń, a w innych zdejmowano, była jakaś symbolika, której jednak w tamtej chwili nie mogłem odgadnąć. Mnie kazano zająć miejsce w jednej z celek. Była tam wąska, twarda ławeczka, na której można było usiąść. Po zamknięciu drzwi zapanowała absolutna ciemność. Po chwili auto ruszyło. Przeżegnałem się. Błysnęła mi myśl, że jestem przeznaczony do egzekucji. Związek Sowiecki nie podpisał żadnych konwencji w sprawie traktowania jeńców wojskowych. Logicznie byłoby przypuścić, że rozstrzela się pewną ilość osób, co do których istniały poszlaki, że mogły być zaangażowane w jakąś nieprzychylną dla Związku Sowieckiego aktywność, a resztę ludzi, co do których nie miało się żadnych indywidualnych pretensji, postara się jakoś wykorzystać w ramach tych wielkich programów inwestycyjnych, które Rosja komunistyczna starała się realizować. W szczególności odnosiło się to do różnego rodzaju specjalistów: inżynierów, lekarzy, agronomów. Pomimo że uchodziłem za jednego ze znawców Rosji, nie umiałem wówczas przeniknąć, jakie były zasady dialektycznych decyzji NKWD. Zacząłem się cicho modlić. Przed oczyma wyobraźni zamajaczył trójkąt Ostrej Bramy. Po jakiejś półgodzinie auto stanęło. Skrzypnęły ciężkie zawiasy otwieranej bramy. Wjechaliśmy na jakieś podwórze. Zaczął się zupełnie nowy okres moich dziejów wojennych.

Stanisław Swianiewicz,
“W cieniu Katynia”, Paryż 1979.
wybrał Jarosław Szarek

 

Comments are closed.