Historia we wspomnieniach

Wyrzuty sumienia zagłuszone oklaskami

+++ Obrady w San Francisco bez przedstawicieli Polski - fot. „Dzieje pustego fotela…”Doświadczenia II wojny światowej, która pochłonęła najwięcej w historii istnień ludzkich, skłaniały do powołania międzynarodowej organizacji mającej stać na straży pokoju. Podobnie jak po I wojnie światowej powstała Liga Narodów, teraz podczas obrad w San Francisco, przez blisko dwa miesiące od kwietnia do czerwca 1945 roku, dyskutowano nad powołaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych. U jej podstaw legło jednak podeptanie elementarnych praw do wolności i niepodległości m.in. Polski i przyzwolenie na sowiecką dominację. W efekcie, w następnych dziesięcioleciach ONZ faktycznie stała się propagandowym narzędziem uległym Moskwie. Poniżej drukujemy fragmenty książki, wydanej po raz pierwszy na emigracji, „Dzieje pustego fotela…”. Jej autorem jest polski dziennikarz, świadek obrad w San Francisco – Aleksander Bregman, który opisał, w jaki sposób potraktowano na konferencji Polskę – państwo, które jako pierwsze stało się ofiarą Hitlera i Stalina w 1939 roku. Polska też jako pierwsza stawiła opór i przez następne pięć lat jej żołnierze walczyli o niepodległość na wielu frontach. Po wojnie została zdradzona przez aliantów i na blisko pół wieku zniewolona przez Związek Sowiecki.

+++ Atmosfera kraju i miasta, w którym rzecz się odbywa, udziela się każdej konferencji międzynarodowej. Dwie rzeczy tworzą bowiem „klimat” moralny konferencji: epoka, w której ma miejsce, i otoczenie, w którym wypadło jej obradować.
+++ Epoka – jak już o tym była mowa – wywierała wpływ jak najgorszy. A otoczenie? Jego wpływ był raczej mniejszy, ale raczej też nie najlepszy.
+++ Z San Francisco nie jest daleko do Hollywood i niepodobna zaprzeczyć, że ta bliskość wywarła pewne piętno na konferencji. Stała się ona pod wieloma względami widowiskiem dla mas i była reżyserowana i reklamowana według najlepszych wzorów teatralno-filmowych. A rezultatem było pogłębianie się nastroju sztuczności. Coraz bardziej wyczuwało się, że ta organizacja międzynarodowa, którą się tu buduje, jest tylko taką samą ułudą, jak śnieżne szczyty makiet hollywoodzkic.
+++ Plenarne posiedzenia konferencji odbywały się w gmachu opery. Fakt ten podkreślał jeszcze teatralną atmosferę UNCIO, jak brzmiała urzędowa nazwa konferencji. W dniu otwarcia każdy śpieszył do opery, tak jakby na galową premierę. Jakiż kontrast istniał między wspaniałymi marmurami gmachu opery a ponurą nagością Sali Reformacji w Genewie, gdzie odbywały się Zgromadzenia Ligi!
+++ Scena została wspaniale udekorowana sztandarami poszczególnych Zjednoczonych Narodów umieszczonymi na tle nieskazitelnie błękitnego nieba – oczywiście sztucznego. Przed posiedzeniem, uroczyście – według najlepszych wzorów wielkiej rewii – weszli przedstawiciele amerykańskich sił zbrojnych, mężczyźni i kobiety, by stworzyć dla prezydium tło żywych posągów. Brakowało niemalże tylko figlarnych „girls”… Zanim rozpoczęło się posiedzenie inauguracyjne, ukryta gdzieś orkiestra grała skoczne melodie, jak np. „Wróć, wróć, mój najdroższy”. Nie brakło też efektów świetlnych. Na widowni miłe panienki rozdawały nie żaden tam porządek dzienny, lecz po prostu pięknie wydrukowany program, aczkolwiek bez fotografii głównych gwiazd.
+++ Jednym słowem miało się wrażenie, że to teatralne przedstawienie, a nie międzynarodowa konferencja. Psuło nieco to wrażenie wejście Mołotowa z eskortą – czterech zbirów z NKWD, chroniących swego szefa w sposób bardzo ostentacyjny i na ogół nie praktykowany w teatrach Zachodu…
+++ Stosunek publiczności do delegatów też nosił piętno Hollywoodu: traktowano ich jak gwiazdy filmowe. Ciągle otoczeni byli chmarą zbieraczy autografów, podczas gdy aparaty filmowe uwieczniały każdy moment i epizod konferencji. Było to widowisko dla mas, był to gigantyczny „show”. Jeżeli o Kongresie wiedeńskim mówiono, że tańczył, to o konferencji w San Francisco nie można powiedzieć, że się bawiła. Raczej zabawiać miała masy.
+++ Wszystko to pogłębiało atmosferę sztuczności i fałszu. Nie można było od pierwszej chwili oprzeć się wrażeniu, że i ta organizacja, którą tu miano wznieść, jest tylko dekoracją, za którą zieje pustka. Dekorator teatralny z Nowego Yorku Jo Mielziner bardzo pomysłowo poustawiał na estradzie cztery złote filary, mające symbolizować cztery wolności prezydenta Roosevelta. Nie wszystko jednak złoto, co się świeci. Kolumny w środku były puste, tak jak pusty był, na tle tragedii przeżywanej przez setki milionów Europejczyków, frazes o czterech wolnościach.
+++ Głównym wydarzeniem pierwszego inauguracyjnego posiedzenia była mowa powitalna prezydenta Trumana. Nowy prezydent nie podjął planu Roosevelta, który zamierzał osobiście otworzyć konferencję. Twierdzono, że nie chce się angażować, że uważa konferencję za „cudze dziecko” i że mu nie spieszno z adoptowaniem podrzutka. Dlatego też pragnął odczekać, czy konferencja uda się, czy też nie. Tymczasem więc przemówił przez radio z Waszyngtonu. Trochę osobliwe to było wrażenie, gdy niewidzialny człowiek przemawiał do zgromadzonych w operze delegatów.
+++ Gdyby słowa miały znaczenie, to mowa Trumana byłaby poważnym wydarzeniem. Stanowiła ona mianowicie wyraźny kontrast z projektem z Dumbarton Oaks, który m.in. tym się wyróżniał, że zapomniano w ogóle wspomnieć w nim o… sprawiedliwości. Prezydent zaś aż sześć razy wypowiedział to słowo, ba, określił sprawiedliwość jako „największą siłę na świecie”. „Tylko tej olbrzymiej potędze gotowi jesteśmy podporządkować się” – dodał Truman. Zaledwie trzy miesiące wcześniej jego poprzednik ugiął się przed całkiem inną siłą, gdy w Jałcie kapitulował wobec żądań rosyjskich. Czyżby Truman chciał naprawić te akty niesprawiedliwości, jakich jego poprzednik dokonał? Czy też były to jedynie słowa?
+++ „W ostatnich latach – mówił dalej Truman, wyraźnie pod adresem Rosji – nasi nieprzyjaciele jasno dowiedli, do jakich katastrof prowadzi zlikwidowanie wolności myśli… Na wielkich mocarstwach ciąży odpowiedzialność za to, by służyć, a nie dominować nad narodami świata… Jeśli nadal uznawać będziemy takie decyzje (narzucone bombami i bagnetami), to będziemy musieli przyjąć filozofię naszych wrogów, że siła jest prawem. Musimy odwrócić ten porządek i raz na zawsze dowieść, że prawo ma siłę za sobą… Musimy wznieść lepszy świat, w którym szanowana byłaby wieczysta godność ludzka”.
+++ Ale choć prezydent dodał, że „słowa to za mało”, były to tylko słowa. Delegaci wysłuchali ich, prasa je wydrukowała. Później słowo „sprawiedliwość” weszło nawet do Karty. Senator Yandenberg niebawem wyraził w związku z odpowiednią poprawką zadowolenie, że to słowo zostało wypowiedziane. „Witam – powiedział – pierwsze pojawienie się sprawiedliwości na tej konferencji”. Ale sprawiedliwość pozostała do końca nieobecna. Zjawiło się tylko słowo.
+++ Jakże bowiem można było mówić o sprawiedliwości, gdy Polska była nieobecna? Gdy nawet wśród 45 sztandarów nie było sztandaru polskiego – sztandaru okrytego chwałą na dziesiątkach pól bitew, bez których wygrania nie byłoby w ogóle tej konferencji? Niesprawiedliwość triumfowała zaiste na całej linii. (…)

***

+++ Większość delegatów niewątpliwie zdawała sobie sprawę z krzywdy wyrządzanej zwłaszcza Polsce. Znamienny był pod tym względem incydent następujący: Którejś niedzieli gmach Opery na parę godzin powrócił we władanie muzyki. Oto Artur Rubinstein dawał dla delegatów koncert. Wielki pianista grał na estradzie, na której pozostawiono flagi „Narodów Zjednoczonych”, oczywiście nadal bez flagi polskiej. Postanowił urządzić demonstrację. Odegrał zgodnie ze zwyczajem hymn amerykański, po czym wstał i oznajmił: „W tej sali, w której tworzy się historię cywilizacji bez udziału Polski, odegram obecnie mój hymn narodowy – hymn polski”. Wszyscy wstali, a gdy Rubinstein skończył grać Mazurka Dąbrowskiego, sala zgotowała mu owację, która zaćmiła oklaski dla któregokolwiek z mówców. Niewątpliwie w ten sposób manifestowała ona swe uczucia wobec Polski; oklaskami próbowała zagłuszyć wyrzuty sumienia. Na nic więcej tych ludzi nie było stać. (…)

***

+++ Nadszedł wreszcie dzień podpisania Karty – 26 czerwca 1945 roku. Dwa dni tylko dzieliły go od rocznicy podpisania Traktatu Wersalskiego i zawartego w nim Paktu Ligi Narodów. 26 lat mijało od aktu w Galerii Luster w Wersalu i oto dokonywany był z kolei akt – nie tylko nie oznaczający postępu, lecz będący poważnym krokiem wstecz.
+++ Uroczystość odbyła się iście po amerykańsku, albo raczej w stylu Hollywood – jeszcze bardziej niż uroczystość otwarcia. Przez szereg dni dekorowano salę, w której miano składać podpisy. By móc filmować uroczystość ze wszystkich stron – wzniesiono olbrzymie rusztowania. Poustawiano potężne reflektory. Każdy szczegół był drobiazgowo wyreżyserowany. Wszystko było obliczone co do minuty. A uroczystość trwała osiem godzin. Na dany znak główni członkowie poszczególnych delegacji ustawieni za ścianą wkraczali gęsiego na salę, powoli i z godnością podchodzili do stołu i złotym piórem podpisywali „historyczny” dokument. Aparaty filmowe i fotograficzne uwieczniały oczywiście każdą chwilę owego „historycznego” wydarzenia. Pomiędzy podpisami delegatów Peru a zakrętasami egzotycznego księcia Arabii Saudyjskiej – pozostawiono miejsce na podpis Polski. Odbyło się to po cichu i wstydliwie. Broń Boże nie wspominano imienia Polski. Nie było też ani słowa o Polsce w dziesięciu końcowych przemówieniach, jakie delegaci wypowiedzieli tego dnia, aby zachwycać się własnym dziełem. (…) San Francisco stało się dalszym ciągiem Teheranu i Jałty. Stanowiło punkt szczytowy polityki kapitulacji Zachodu wobec imperializmu sowieckiego. Z chwilą więc, gdy polityka ta dobiegła końca – cała organizacja stworzona w San Francisco znalazła się pod znakiem zapytania. A nastąpiło to w ciągu niewielu miesięcy…

Aleksander Bregman,
„Dzieje pustego fotela.Konferencja w San Franciscoi sprawa polska (1945–1946)”„Fronda”, Warszawa 2009

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.