Ludzie

65 lat posługi ministranckiej

+++ Henryk Drozd całe życie oddał Kościołowi i rodziniePan Henryk codziennie bierze udział w liturgii Mszy św. w swojej parafii rano albo wieczorem. Pełni wtedy wieloraką posługę w świątyni: kościelnego, ministranta i lektora. Jeśli są młodzi służący przy ołtarzu, ustępuje im miejsca, bo przecież pragnie, by nigdy nie brakowało w kościele ministrantów. Sam w tej posłudze realizuje swoje powołanie świeckiego apostoła już 65 lat!
+++ Parafianie lubią, gdy Henryk Drozd czyta Słowo Boże, bo on umie się wczuć w to, co chce nam powiedzieć jego ustami sam Bóg. Ma wyraźny i bardzo przekonujący głos, pragnie by jego właściwa intonacja pomogła w przekazaniu tak wielkich wartości religijnych.
+++ – Poprawnie czytać nauczyłem się już w szkole podstawowej, doskonaląc tę sztukę w liceum – wspomina najstarszy lektor archidiecezji. – Ponadto, przed Mszą świętą, na której mam czytać Lekcję, bardzo starannie przygotowuję się, wielokrotnie czytając te biblijne wersety. Wiem, że nawet teksty Pisma Świętego tego samego Autora różnią się między sobą, np. Listy Świętego Pawła do Galatów lub Rzymian są bardzo trudne do czytania, natomiast zachwycają swoim pięknym, poetyckim i przystępnym językiem Listy do Koryntian.
+++ Henryk Drozd jako lektorPan Henryk ministrantem został, będąc uczniem trzeciej klasy szkoły podstawowej. Było to 5 września 1946 roku w jego rodzinnej parafii w Sanoku.
+++ – Uczyłem się wtedy ministrantury po łacinie z wydanego w USA „Mojego niedzielnego mszalika” – opowiada. – Od swego księdza katechety otrzymałem pisemną zgodę skierowaną do mojego proboszcza parafii farnej Przemienienia Pańskiego, iż nadaję się na ministranta. Było nas wtedy wielu, bo aż 280 chłopców pragnących służyć przy ołtarzu. Nasz ksiądz proboszcz musiał wyznaczać grupki ministranckie na poszczególne Msze święte, bo każdy z nas chciał służyć w czasie Najświętszej Ofiary.
+++ – Potem los zawiódł Pana do Szczecina?
+++ – Jesienią 1957 roku zostałem wezwany do odbycia dwuletniej służby wojskowej w Szczecinie, z którym to miastem związałem całe swoje późniejsze życie. Na Pasterkę tego samego roku mieliśmy zbiorowe wyjście całej jednostki wojskowej do niewielkiego kościoła Trójcy Świętej w Szczecinie. Uczestnicy tej Liturgii Bożonarodzeniowej bardzo ucieszyli się z naszej obecności. Większość przystąpiła do Spowiedzi i Komunii Świętej. Jeszcze bardziej ucieszył się niemłody już proboszcz, gdy mu powiedziałem: „Jestem ministrantem, chciałbym służyć podczas tej uroczystej Mszy św. – Pasterki”. Ksiądz nie krył zadowolenia. Służyłem przy ołtarzu w żołnierskim mundurze, bez komży. To zostało pozytywnie dostrzeżone przez moich kolegów i przełożonych w baterii. Przeniesiono mnie do kancelarii sztabowej na stanowisko pisarza. Nie brano mnie nawet na żadne ćwiczenia ani na strzelnicę. Wszystkie cotygodniowe przepustki wykorzystywałem na pełne uczestnictwo we Mszy świętej wraz ze służeniem przy ołtarzu. Bardzo bliska sercu memu była przytulna i zachęcająca do modlitwy świątynia pod wezwaniem Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Szczecinie-Podjuchach, gdzie wówczas proboszczem był pionier duchowieństwa zachodniopomorskiego ks. Wiktor Szczęsny, mający obecnie 97 lat życia.
+++ – W ubiegłym roku obchodził Pan Złoty Jubileusz Małżeński?
+++ – Ożeniłem się z Genowefą w styczniu 1960 roku. Jesteśmy rodzicami dwóch synów i jednej córki. Doczekaliśmy sześciorga wnucząt. Przez ponad 30 lat pracowałem w różnych przedsiębiorstwach Szczecina, ale najdłużej w nieistniejącym już Wiskordzie. Nigdy nie zaprzestałem swej posługi ministranckiej w czasie Mszy świętej, a także podczas innych nabożeństw i religijnych uroczystości. Dzięki ministranturze umocniłem swoją wiarę, stałem się lepszym katolikiem, mężem, ojcem, dziadkiem, kolegą, pracownikiem, działaczem społecznym. Dzięki posłudze ministranta lepiej poznałem treść Pisma Świętego, stając się jego publicznym lektorem. Młodym ministrantom wyjaśniam niezwykłą misję służenia przy ołtarzu, gdy na nim odbywa się Bezkrwawa Ofiara. Ważne, by również celebrans dokonywał tej Ofiary z najwyższą czcią i czytelną godnością, bo przecież nie ma nic ważniejszego w Kościele niż Msza święta, w czasie której dokonuje się cud PRZEISTOCZENIA. Dlatego postawa ministrantów i lektorów podczas Eucharystii musi być wzorowa: wzrok i cała uwaga muszą być skierowane na ołtarz, gdzie powtarza się Ofiara Krzyżowa Jezusa Chrystusa.
+++ Pan Henryk codziennie jest w kościele – Pana religijne zaangażowanie nie ogranicza się tylko do ministrantury?
+++ – Jestem zelatorem Róży Męskiej oraz głównym nad ośmioma kołami Różańca Świętego w parafii Świętego Ducha w Szczecinie oraz zelatorem Straży Honorowej Najświętszego Serca Pana Jezusa. Także członkiem Rady Parafialnej. A ponadto od 19 lat kieruję kołem Polskiego Związku Niewidomych Szczecina, sam będąc inwalidą wzroku pierwszej grupy.
+++ – Mając tak liczne obowiązki społeczne nie zaniedbuje Pan swojej najbliższej rodziny?
+++ – Wręcz odwrotnie: ta wieloraka posługa na rzecz innych codziennie umacniana Ciałem Chrystusa w czasie Mszy świętej daje mi siły, by jeszcze usłużyć swojej przewlekle chorej żonie, której muszę ugotować posiłki, podać leki, staram się też dzielić się z nią problemami każdego dnia, w czasie wspólnej kawy. Wspiera mnie w tym zamieszkała z nami córka z zięciem i wnukami. Jesteśmy wielopokoleniową rodziną, wzajemnie sobie pomagającą.
+++ – Czy są jakieś marzenia, które się w tak oddanym Bogu i ludziom życiu nie spełniły?
+++ – Będąc żonatym marzyłem, aby zostać stałym diakonem, jak to jest możliwe we Francji czy choćby w niektórych diecezjach południowej Polski. Z moich pragnień nic nie wyszło, a taka posługa przydałaby się w naszej archidiecezji, gdzie brakuje księży. Nie zrealizowało się też inne moje marzenie – nadzwyczajnego szafarza Komunii świętej, bo okazało się, że jestem już w wieku emerytalnym. A przecież chorzy cierpiący, pozostający w swoich mieszkaniach czy domach, pragną częściej niż raz w miesiącu przyjmować Ciało Chrystusa, by siebie wzmacniać duchowo i fizycznie. Jestem jednak wdzięczny Bogu, iż tak pokierował moim życiem, że czuję się w nim bardzo potrzebny bliźnim. Dewizą mojego życia są słowa: „Chcieć to móc”, bo kto naprawdę chce czynić dobrze, to niewątpliwie może to robić przy wsparciu Jezusa Chrystusa, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych.

Rozmawiał i fotografował Bogdan Nowak

Comments are closed.