Historia we wspomnieniach

Śmierć przechadzała się między czerwonymi makami

fot. arch.„Bóg dał zwycięstwo. Chorągiew polska została wywieszona o godz. 10.30 dnia 18 maja br. na ruinach klasztoru Monte Cassino” – depeszował dowódca II Korpusu, gen. Władysław Anders do Naczelnego Wodza, gen. Kazimierza Sosnkowskiego. 18 maja 1944 roku, po ciężkich walkach, polskie oddziały zdobyły klasztor na Monte Cassino, położonym na strategicznym wzgórzu we Włoszech. Zwycięstwo przyniosło jednak polskim żołnierzom zasłużoną chwałę, wpłynęło także bardzo budująco na niepodległościowe nastroje w kraju. Uwieczniła je również jedna z najsłynniejszych polskich pieśni wojennych – „Czerwone maki na Monte Cassino” Feliksa Konarskiego „Ref-Rena”. Poniżej publikujemy fragment (str. 256–261) książki słynnego dominikanina śp. gen. brygady Franciszka Studzińskiego OP „Wspomnienia kapelana Pułku 4 Pancernego Skorpion spod Monte Cassino”, Kraków, 1998.

+++ U wylotu naszego schronu długo nieraz trwały w nocy, rozpoczynane raz po raz na nowo, rozmowy z różnymi przechodzącymi tędy żołnierzami na temat co się dzieje, ale przeważnie były to ciche szepty, sygnalizujące nadlot nowych pocisków w czasie ostrzeliwania. Nieraz te szepty cichły, bo pociski padały bezpośrednio naokoło nas i wtedy raz wraz dzwoniły po ścianach naszego schronu – czołgu; odłamki, kamienie i grudy wyrzucane z ogromnych lejów, tworzonych w twardym gruncie przez pociski. Każde takie uderzenie w czołg podobne było do uderzenia młota w sztabę, wiszącą za uchem, co aż przeszywało człowieka.
+++ Nocą ostrzeliwano nas z ciężkich dział, pociskami z opóźnionymi zapalnikami, ponieważ wtedy pociski te miały większą przebijalność. Wobec tego nie całkiem bezpiecznie czuliśmy się w naszym schronie pod czołgiem, bo istniała obawa, że jednak tego rodzaju pociski, o ile by się nie rozbiły na samym moście umieszczonym nad czołgiem, to mogłyby przebić dno czołgu, które było stosunkowo nie grube i wtedy, nic by z nas nie pozostało.

***

+++ Raz, podczas takiego ostrzeliwania i takiej ciszy w schronie, począłem doznawać większego niż zwykle podenerwowania. Zdawało mi się, że jakieś przejmujące zimno przepływa to do nóg, to znów do głowy w sposób odczuwalny, wędrując po ciele bez przerwy, tam i z powrotem.
+++ Usiłowałem ten stan przerwać przez przekonywanie samego siebie, że nie powinienem się bać, że strach mi jako księdzu nie przystoi i że powinienem być opanowany itd. Począłem się w tym celu modlić, aby się uspokoić. Uczucia jednak strachu, które można by porównać do uczucia przemarznięcia, kiedy to nie możemy opanować pewnych drgawek – choć nie powiększało się, ale też nie ustępowało – wobec ciągłych wybuchów i dzwonienia odłamków o pancerz czołgu.
+++ Ponieważ wydawało mi się wtedy, że tego rodzaju objawy strachu przeżywają ludzie z tak zwanej inteligencji, bardziej wydelikaceni, ale nie ludzie prości, więcej zahartowani przez różnego rodzaju trudy fizyczne. Zatem zwykli żołnierze tego strachu nie odczuwają. Aby się o tym przekonać przytuliłem się mocniej do obok mnie leżącego żołnierza, i o dziwo stwierdziłem, że biedak cały drży, aż się cały rusza. A więc musi on odczuwać coś więcej niż zimno, którego ja doświadczałem, jeżeli strach go aż tak roztrząsł. Zamiast współczucia dla biedaka, odczułem jakąś wewnętrzną satysfakcję dla mej próżności, że ze mną nie jest znowu aż tak źle, jeżeli ja lepiej od niego się trzymam.
+++ To mnie uspokoiło – i z miejsca zasnąłem, gdyż byłem naprawdę zmęczony. Przez sen tylko słyszałem jak długo jeszcze rozlegały się wybuchy pocisków niemieckich, które w nocy wywoływały wśród gór potężne echo.

***

+++ Praca na punkcie sanitarnym była dobrze zorganizowana i jednego pragnęliśmy: szybkiego zwycięstwa, bo wszyscy bardzo odczuwaliśmy ciężar chwili. Był wprawdzie sposób do dodania sobie ducha, gdyż każdego dnia wydzielano żołnierzowi dużą porcję rumu dla animuszu, ale ja rezygnowałem z niego uważając, że księdzu nie można w tak ważnym momencie przygotowywania ludzi na śmierć być pod wpływem, choćby niedużym alkoholu – nawet gdyby chodziło o łatwiejsze opanowanie nerwów. Nie piłem więc rumu, choć widziałem na przykładzie lekarza, że to może dodać człowiekowi wiele odwagi, której istniała potrzeba. Nie można przecież było przez cały czas siedzieć w schronie, choć takich chwil mało było zarówno w dzień, jak i w nocy.
+++ W takiej sytuacji czas szalenie się dłużył, a pragnienie zakończenia wszystkiego, pragnienie szybkiego zwycięstwa, było ogromne. Żyło się nim. Przecież to by dało owe wytchnienie, którego potrzebę tak się odczuwało. Człowiek w tym wypadku jakoś by się pozbierał i doszedł do siebie. Przebrałby się w czystą bieliznę, a przede wszystkim zdjąłby spokojnie z nóg buty, których przez cały czas nie sposób było zdejmować, bo stale trzeba było być gotowym na wszystko. Z tego powodu przez cały czas bitwy pod Monte Cassino tylko dwa razy zdjąłem buty i to na krótko, by nogi przewietrzyć, bo już wytrzymać nie mogłem i zdawało mi się, że chodzę po szpilkach. Czekało się więc z upragnieniem końca bitwy i jako ogromny zawód przeżywało się wiadomości z frontu, które o tym nie mówiły. Gdy więc, 18 maja rano, przyszła wiadomość, że mamy postąpić do przodu, przenieść się z punktem sanitarnym bliżej klasztoru, który jakoby miał być wzięty, zapanowała naprawdę wielka radość, bo tym razem nie było wątpliwości, że jesteśmy bliżej końca.
+++ Radość ta doszła do szczytu, gdy wkrótce potem, gdy byliśmy już pod Gardzielą, przyszło potwierdzenie wiadomości o wzięciu klasztoru. Nie chciało się po prostu wierzyć, że już koniec tego wszystkiego, co było. Oblicza wszystkich tak często dotąd przygnębione, rozpogodziły się. We wszystkich wstąpiło nowe życie. Już napotkany żołnierz nie pytał mnie: „Kapelanie, kiedy to się skończy?”.

***

+++ W Gardzieli, tylokrotnie wymienianej w dziennych bojowych rozkazach, w którą tyle krwi polskiej wsiąkło, zwłaszcza biednych saperów, którzy za wszelką cenę starali się ją rozminować, aby ułatwić przejście czołgom i która tak zajadle się broniła nie tylko minami ale i ogniem karabinów maszynowych z własnych stanowisk i z Mass Albanetty, stał spalony czołg śp. por. Ludomira Białeckiego. Jemu to, w losowaniu z ppor. Kochanowskim, przypadło to przejście przez Gardziel, o którym wiadomo było, że jest zaminowane i że ten, który pierwszy pokusi się je sforsować, będzie musiał prawie że na pewno wylecieć w powietrze. Przypuszczenie to spełniło się. Teraz stał jego spalony czołg, a obok niego leżała wieża, która choć waży 9 ton, została przez wewnętrzny wybuch amunicji zdmuchnięta z nasady czołgu. Spadając z niego wbiła się ona swą lufą głęboko w ziemię. Wybuch ten był następstwem zapalenia się amunicji czołgowej, jaki nastąpił wskutek wstrząsu po najechaniu przez czołg na miny, poukładane tutaj przez Niemców jedna na drugiej, dla zwiększenia ich siły wybuchu.
+++ Załoga czołgu cała nie zginęła na miejscu, bo amunicja czołgu, składająca się głównie w takim wypadku z 150 pocisków artyleryjskich, nie wybuchła równocześnie z wybuchem min, lecz nieco później. Mogli więc jeszcze niektórzy, ale już paląc się, wyskoczyć z czołgu. Uczynili to, z pięcioosobowej załogi czołgu: ppor. Ludomir Białecki – dowódca czołgu i plut. Józef Nickowski – jego kierowca, którzy byli najbliżej włazów czołgu. Ale i oni pomarli. Pierwszy znalazł śmierć w zarośniętym tarniną rowie, odległym od czołgu jakieś 100–150 metrów, a drugi skończył życie po 8 dniach, w strasznych męczarniach, w szpitalu. Wyciągnięty los był więc prawdziwy, choć fatalny. Naokoło czołgu było aż czarno od spalenizny. Wszędzie walało się pełno odłamków z amunicji.
+++ Kiedy w drugą rocznicę zwycięstwa pod Monte Cassino pobierano w Gardzieli, niedaleko spalonego czołgu śp. por. Białeckiego, do urn ziemię, którą od razu poświęciłem, a która miała być przewieziona do Polski, to wtedy przy wsypywaniu ziemi do urn, urny aż dźwięczały, tyle odłamków wraz z ziemią do urn wpadało, bo tyle ich wszędzie w Gardzieli leżało.

***

+++ Za Gardzielą teren się rozszerzał. Cały pokryty był czerwonymi makami, których wszędzie było pełno. Gęsto skupione leje po wybuchach pocisków armatnich i moździerzowych, i porzucone wraki czołgów amerykańskich, przy których jeszcze leżały czarne trupy ich spalonych załóg, świadczyły, że po tej pięknej łączce płonącej w tej chwili czerwienią maków, przechadzała się śmierć i po swojemu niszczyła życie. Czerwone maki w takiej sytuacji były jakimś anachronizmem – albo nieodpartym wołaniem życia, które wszystko przezwycięża, podobnie jak ten śpiew po krzakach na wzgórzach Monte Cassino rozlicznych słowików, który aż drażnił człowieka, gdyż był nie w porę, nieodpowiedni do ogólnego nastroju, jakby zgrzytem w melodii wojny, która od radości ucieka bo karmi się lękiem, rozdzierającym wołaniem rannego o pomoc i syci się śmiercią. I podobnie jak słowiki, które przerywały swoją pieśń życia tylko na chwilę, gdy w bezpośredniej bliskości od nich padł w krzaki pocisk, ale zaraz potem, zrazu nieśmiało, jakby na próbę pocmokując, znowu nuciły ją z tym większą siłą na nowo, tak i maki, gdzie tylko mogły tam rosły, walcząc o swoje prawo do życia na każdej piędzi ziemi, mimo że człowiek je deptał, nie zwracał na nie uwagi i wyrywał z korzeniami przez swoje pociski.

Franciszek Studziński OP, „Wspomnienia kapelanaPułku 4 Pancernego »Skorpion« spod Monte Cassino”,Kraków, 1998
wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.