Ścieżki życia

Wiara
busolą życiafot. H. Bejda

+++ Władysław miał 12 lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Wojna, która zburzyła jego spokojną codzienność i odcisnęła niezatarte piętno na jego życiu.
+++ Chłopak mieszkał wraz z rodziną na wsi, miał trzech braci, czwarty urodził się we wrześniu 1939 r. Rodzice prowadzili duże gospodarstwo, posiadali ponad pięć hektarów pola, dwa konie, trzy krowy, co na tamte czasy stanowiło spory majątek. Nadwyżki wyprodukowanej żywności sprzedawali Żydom, a za zaoszczędzone pieniądze powiększali gospodarstwo. Żyło im się nieźle, zresztą wtedy nikt nie miał wygórowanych wymagań; najważniejsze, że jedzenia nie brakowało.
+++ – Chleba mieliśmy pod dostatkiem, mama co tydzień wypiekała sześć wielkich bochenków. Na śniadanie jedliśmy żur ze skwarkami, wszyscy z jednej miski. Wyławialiśmy skwarki na wyścigi, dlatego tacie nigdy się one nie dostały – pan Władysław śmieje się głośno na to wspomnienie.
+++ Rodzice wychowywali synów w posłuszeństwie, stosując surowe kary za wszelkie przewinienia. Dużą wagę przywiązywali do wychowania religijnego.
+++ – W każdą niedzielę szliśmy razem z mamą do odległego o kilka kilometrów kościoła na Mszę św., obowiązkowo uczestniczyliśmy też w Roratach i Gorzkich Żalach.
+++ Chłopcy od dzieciństwa wdrażani byli do pracy. Rodzice rozeznawali, co każde z dzieci najbardziej lubi robić oraz do czego najlepiej się nadaje i przydzielali im stosowne obowiązki.
+++ – Najstarszy Kazimierz uwielbiał obcowanie z końmi i z wielką ochotą wykonywał prace polowe z użyciem konnego zaprzęgu – wyjaśnia pan Władysław. – Do mnie, a byłem drugi z kolei, należało obsłużenie krów; musiałem je napaść, przygotować im jedzenie, wyrzucić obornik ze stajni i ułożyć świeżą słomę. Nie przepadałem za tym zajęciem – przyznaje – zawsze miałem inne zainteresowania, ciągnęło mnie do książek, garnąłem się do wiedzy i z całego serca pragnąłem się uczyć.
+++ Rodzice, wspierając pragnienia Władka, posłali go do szkoły.
+++ – Byłem im za to ogromnie wdzięczny, dlatego sumiennie wykonywałem prace domowe, rozumiejąc, że nie mogę być z nich zupełnie zwolniony. Uczyłem się wieczorami, gdy już wszyscy odpoczywali.
+++ W rodzinnej miejscowości Władka funkcjonowały jedynie cztery klasy szkoły podstawowej. Chłopiec skończył je z bardzo dobrymi wynikami, dlatego mógł kontynuować naukę w Tarnowie.
+++ – Codziennie, niezależnie od pogody, przemierzałem kilkanaście kilometrów na rowerze lub gdy rower się zepsuł – na piechotę. A zimy nie były wtedy tak łagodne, jak obecnie; siarczyste mrozy i zaspy śnieżne dawały się mocno we znaki. Jednak nigdy nie narzekałem, wprost przeciwnie, cieszyłem się, że po zaliczeniu siedmioklasowej podstawówki dane mi było uczyć się jeszcze w szkole średniej.
+++ Niestety, było to możliwe jedynie do marca 1943 r.
+++ Władek uczęszczał wówczas do Prywatnej Szkoły Mechanicznej w Tarnowie, był w drugiej klasie. Pod koniec pierwszego semestru w placówce zjawili się hitlerowcy i zabrali wszystkich uczniów klas drugich i trzecich.
+++ – Nie wiedzieliśmy, jaki los nas czeka. Dwa dni wcześniej dyrektor powiedział nam tylko, żebyśmy sobie przygotowali na drogę suchy prowiant i parę złotych.
+++ W wyznaczonym dniu Niemcy zaprowadzili młodzieńców na dworzec PKP i wywieźli do Krakowa na ul. Rakowicką, gdzie znajdowała się zbrojownia, w której remontowano karabiny i działa artyleryjskie. Młodzi chłopcy mieli tam obsługiwać tokarnie, strugarki, frezarki i ślusarki. Chociaż liczyli sobie dopiero 16, 17 lat, byli dobrze przygotowani do takiej pracy i pewnie by ją polubili, gdyby nie warunki, w jakich przyszło ją wykonywać, a także warunki bytowania.
+++ – To był prawdziwy koszmar, np. za spóźnienie do zakładu groziły kamieniołomy – pan Władysław niechętnie wraca do tych wspomnień, ale dzieli się nimi dla zachowania pamięci. – Pracowaliśmy na trzy zmiany, a najgorsze były noce. Pewnego razu czułem się ogromnie zmęczony i postanowiłem chociaż chwilę się zdrzemnąć. Gdy dostrzegł to nadzorujący nas Niemiec, wylał na mnie wiadro zimnej wody i do rana musiałem stać przy maszynie w mokrym ubraniu.
+++ Uczniowie, a było ich około czterdziestu, mieszkali w jednym pomieszczeniu – na strychu zbrojowni, gdzie w lecie panował straszny zaduch, a w zimie nieznośny chłód. Wszyscy nosili jednakowe ubrania robocze i drewniaki. Dostawali jeden posiłek dziennie, o pozostałe sami musieli zadbać.
+++ – Niemcy dawali nam tylko obiad. Na jadalnię mogliśmy wejść dopiero wtedy, gdy oni skończyli jedzenie i pozostawione resztki zlali z powrotem do kotłów. Tak, dla nas przeznaczano zlewki! – mówi z oburzeniem starszy pan.
+++ W zbrojowni zatrudnieni byli również jeńcy rosyjscy. W przeciwieństwie do nich polscy uczniowie cieszyli się „przywilejami”. Gdy tamci przez cały czas pozostawali pod ścisłym nadzorem, oni mogli na niedzielę pojechać do domu. Gdy Rosjanie pracowali za darmo, Polacy otrzymywali wynagrodzenie.
+++ – Niestety tak marne, że tygodniowa wypłata wystarczyła zaledwie na bilet kolejowy w jedną stronę – podkreśla pan Władysław.
+++ Pieniądze na powrót do Krakowa dawali Władkowi rodzice. Mama pakowała mu też zawsze bochenek chleba, masło, ser, jajka. Wszystkie te produkty chłopak wkładał do wielkiej teczki, uszytej przez sąsiada ze świńskiej skóry.
+++ – Pamiętam, że za każdym razem moja wypchana teczka budziła podejrzenia niemieckiej policji, i to zarówno na dworcu w Tarnowie, jak i w Krakowie, dlatego ciągle byłem kontrolowany. Po pewnym czasie stało się to całkiem zabawne i nawet mnie śmieszyło.
+++ Pan Władysław pracował przymusowo siedemnaście miesięcy, do końca sierpnia 1944 r. Gdy podczas pobytu w domu dowiedział się, że Rosjanie zbliżają się pod Tarnów, postanowił nie wracać do zbrojowni. Początkowo ukrywał się w stodole, ale wkrótce zrezygnował z tego środka ostrożności.
+++ – Zdałem sobie sprawę, że Niemcy nie będą mnie szukać, mieli teraz większe zmartwienie, front przesuwał się coraz bardziej na zachód i musieli szykować się do odwrotu.
+++ Z tego okresu młody mężczyzna zapamiętał strzelaninę, w której hitlerowcy zabili kilkunastu partyzantów usiłujących przeprawić się przez Dunajec. Nie doszłoby do tego, gdyby nie zdrada…
+++ Pod koniec wojny okupanci niemieccy, obawiając się powstania, kazali wszystkim mężczyznom ze wsi udać się z krowami do rzeźni w Tarnowie; tam mieli oddać zwierzęta i dopiero na drugi dzień wrócić do domu. Pan Władysław szedł bocznymi drogami, nie chciał bowiem spotkać żadnych żołnierzy. Niestety, natknął się na samotnego hitlerowca.
+++ – Próbował mnie zmusić do pójścia razem z nim; miałem gonić krowę, którą zabrał z jakiegoś gospodarstwa, ale udało mi się wymigać. Znałem dobrze język niemiecki i skłamałem, że w kuźni czekają na mnie żołnierze i właśnie z nimi muszę jechać. Uwierzył i pozwolił mi odejść.
+++ Podczas wycofywania się Niemcy dokonywali wielu zniszczeń. Wysadzali w powietrze wysokie budynki, ponieważ obawiali się, że mogą być z nich obserwowani i namierzani.
+++ – Na własne oczy widziałem – mówi pan Władysław – jak w powietrze wylatywały wieże kościołów w sąsiednich miejscowościach i kominy pobliskiej fabryki. To był bardzo przykry widok.
+++ Do opuszczonej przez Niemców wsi wkroczyli Rosjanie, ale ci, na szczęście, nie zatrzymali się na dłużej. Władek tylko raz miał styczność z sowieckim żołnierzem.
+++ – Pewnego razu niespodziewanie wszedł do naszego domu i zażądał wódki. Gdy mu powiedziałem, że nie mam, rozejrzał się po wnętrzu, a zobaczywszy na oknie papierosy, zabrał je i natychmiast uciekł.
+++ Po wyzwoleniu wieś zaczęła wracać do normalnego życia.
+++ Władysław nie chciał pracować na roli, a ponieważ pragnął mieć własne pieniądze, postanowił udać się wraz z dwoma kolegami w poszukiwaniu pracy na Wybrzeże. Wszyscy trzej znaleźli zatrudnienie przy rozładowywaniu towarów w stoczni, a następnie przy ich rozwożeniu pociągami po całym kraju.
+++ Niełatwa to była praca – stwierdza pan Władysław. – I niezbyt bezpieczna. Kiedyś np. przy rozpakowywaniu wagonu okazało się, że brakuje 200 kg sera szwajcarskiego. Posądzono nas o kradzież i osadzono w areszcie. Po dwóch tygodniach odbyła się rozprawa w sądzie i dopiero wówczas zostaliśmy uniewinnieni.
+++ Po upływie pół roku Władysław otrzymał od kolegi list z informacją o reaktywowaniu szkoły, do której uczęszczał w czasie wojny. Jakże się ucieszył z możliwości kontynuowania nauki. Zawsze żywił nadzieję, że po wojnie będzie mógł się kształcić i teraz stawało się to realne. Pozostawało przekonać rodziców, aby sfinansowali naukę syna. Gdy na Boże Narodzenie przyjechał w odwiedziny, zapytał ich o to nieśmiało. Zgodzili się od razu. Chociaż byli prostymi ludźmi, cenili w swym dziecku zamiłowanie do zdobywania wiedzy. Wierzyli, że wykształcenie sprawi, iż w przyszłości będzie mu się lepiej żyć.
+++ Władysław rozliczył się z pracodawcą i wrócił w rodzinne strony. Naukę rozpoczął od drugiego semestru, nadrabiając szybko materiał i zaliczając wszystkie przedmioty.
+++ – Pomogło mi to, że w każdej wolnej chwili rozwiązywałem zadania matematyczne. To było moje hobby, moja rozrywka.
+++ Po maturze otrzymał pracę w biurze konstrukcyjnym dużego zakładu produkcyjnego. Wkrótce zaocznie kończył studia i jako ceniony pracownik piął się po szczeblach zawodowej kariery.
+++ – Z pewnymi ograniczeniami – śmieje się – bo nigdy nie zapisałem się do partii, mimo licznych nacisków. Brzydziłem się tym. Dlaczego? Bo wychowano mnie w wierze katolickiej i w duchu patriotyzmu.
+++ Pan Władysław po dziś dzień pozostaje wierny wpojonym w dzieciństwie wartościom. Wiara w Boga ułatwia mu życie i pomaga przetrwać trudne chwile; pozwala wciąż podążać we właściwym kierunku i pamiętać o celu ostatecznym.
+++ – Wszak nikt na ziemi nie będzie żyć wiecznie – powtarza często. Starszy pan wciąż ma w pamięci ciężkie wojenne czasy i dlatego uważa, że ludzie zawsze powinni się dogadywać, a nie eskalować konfliktów. Pomimo 84 lat jest aktywny i ciągle bardzo zajęty. Codziennie czyta prasę, a w ramach relaksu rozwiązuje drukowane w gazetach zadania matematyczne dla gimnazjalistów i maturzystów.

Jadwiga Martyka

Comments are closed.