Wędrówki po Kresach

Nie zmarnowała życia

+++

Jadwiga Sokołowska

Dom Jadwigi Sokołowskiej leży na samym końcu Kamionki, przy ul. Leśnej. Prowadzi do niego piaszczysta droga prostopadła do asfaltowej trasy z Ostroga na Kuniów i dalej do Krzemieńca wzdłuż Wilii, czyli dawnej polsko-sowieckiej granicy. Po przebyciu kilkuset metrów mija się zabudowania kołchozu i kilka chat, by dalej jechać wzdłuż ciemnej ściany lasu. Droga lekko wspina się pod górkę, na szczycie której stoją dwa niewielkie drewniane zabudowania. W jednym z nich mieszka pani Jadwiga. Tuż za jej domem droga opada do rzeczki. Dla mieszczucha okolica sielsko-anielska. Śpiew ptaków miesza się ze szmerem rzeki, a zapach igliwia z suszonym sianem wiezionym na furze przez syna sąsiadki. Dla samotnej

Pani Jadwiga ze swoim proboszczem ks. Witoldem Kowalowem

staruszki mieszkanie tutaj to jednak swoisty dopust Boży. Zwłaszcza zimą, gdy wodę trzeba nosić z odległego od domu źródła. Pani Jadwiga to drobna, ale energiczna jeszcze osoba, która dba, by na podwórku było czysto, kury były nakarmione, a mieszkanie posprzątane. Domek jest niewielki, ale przytulny. Gości pani Jadwiga prowadzi do głównego pokoju, w którym od razu widać, kto tu jest gospodarzem. Na ścianach wiszą duże religijne obrazy, a w centralnym miejscu znajduje się ołtarzyk. Przy nim zdjęcie jej wnuka Borysa.
+++ Dla pani Jadwigi jest on największą dumą i dowodem na to, że jej życie nie poszło na marne. Zdjęcie wnuka stoi na honorowym miejscu w pokoju, w którym przyjmuje gości. Gdy patrzy na nie, uspokaja się, a jej twarz promienieje uśmiechem. Ma z czego być dumna. Jej wnuk jest nie tylko księdzem, ale… dobrym księdzem. Po ukończeniu Wyższego Seminarium Duchownego w Gródku Podolskim, został skierowany na specjalistyczne studia do Rzymu. Po ich ukończeniu został proboszczem w jednej z parafii koło Gródka i wykładowcą w seminarium. Obecnie wybiera się do Rzymu na obronę doktoratu.
+++

Ołtarzyk w domu pani Jadwigi

Pani Jadwiga urodziła się w rodzinie Emilii z domu Polkiewicz i Jana Sokołowskiego w 1926 r., kilka kilometrów od dawnej, przebiegającej na Wilii, polsko-sowieckiej granicy. Jako dziecko tylko z oddali mogła popatrzeć na wysoki brzeg Wilii, na którym stały biało-czerwone słupy graniczne. Do polskiej szkoły uczęszczała tylko dwa tygodnie. Placówkę tuż po rozpoczęciu roku szkolnego zlikwidowano. Pani Jadwiga pamięta te czasy doskonale. Choć była wtedy dzieckiem, mocno utkwiły w jej pamięci. Był to bowiem czas stalinowskich represji, które tu w Kamionce nie ominęły żadnej polskiej rodziny.
+++ – Dwaj bracia mojej matki byli represjonowani – opowiada pani Jadwiga. – Wraz ze swymi rodzinami zostali wywiezieni do Kazachstanu, gdzie wszelki ślad po nich zaginął. Dwaj bracia ojca też pojechali do Kazachstanu. Trzeci brat ojca był mądrzejszy i uciekł do Sławuty, gdzie przez dziesięć lat żył bez „przypiski”, ukrywając się – dzięki czemu przeżył. Naszą rodzinę na szczęście pozostawiono w spokoju. Ktoś bowiem musiał pracować w kołchozie. Ojca, Bolesława, wkrótce jednak aresztowano i skazano na 1,5 roku więzienia.

Te obrazy pani Jadwiga odziedziczyła po przodkach

Potajemnie zarżnął bowiem cielaczka, którego formalnie był zobowiązany oddać do kołchozu. Namówił go do tego Żyd z Nietiszyna, obiecując, że jak ojciec oprawi to zwierzę, a on przeniesie mięso przez las, nikt nie będzie wiedział. Przez całą noc w obórce palił się jednak kaganek i ktoś zaobserwował to i doniósł. Rano przyjechali milicjanci na koniach i ojca zabrali. Za przywłaszczenie kołchozowej własności dostał 1,5 roku więzienia. Jak na sowieckie warunki, niewiele. Ojciec wyszedł z niego z zupełnie zniszczonym zdrowiem. Przez dwa i pół roku chorował i był niezdolny do pracy. My z mamą własnoręcznie musiałyśmy zbudować małą chatynkę, żeby nasza rodzina miała gdzie mieszkać. Z domu, który wcześniej zajmowaliśmy, wyrzucono nas. Ojciec nie odzyskawszy zdrowia zmarł w 1938 r. Mama została z czwórką dzieci. Wkrótce wybuchła wojna. 12-letni brat zginął na niewypale. Starszą siostrę wywieziono do pracy w Niemczech. Mnie też chciano wywieźć. Przez dwa tygodnie z transportem oczekiwałam w Zasławiu na podróż do Rzeszy. Ostatecznie uratowała mnie matka, która miała sąsiadkę Niemkę, Tyldę. Wyszła ona za mąż za Niemca, który w Zasławiu był szefem administracji. Wydał on dla całej rodziny zaświadczenia, dzięki którym Niemcy już się nas nie czepiali.
+++ Uratowanie od wywózki do Niemiec nie oznaczało jednak końca kłopotów rodziny Jadwigi Sokołowskiej. Pojawiło się bowiem nowe zagrożenie, którego nadejście zwiastowały krwawe łuny pożarów. Oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii zaczęły przechodzić dawną polsko-sowiecką granicę i nieść śmierć oraz zniszczenie. Mordowali Polaków, z którymi nie zdążyła zrobić „porządku” władza radziecka. Rabowali dobytek. Wśród Ukraińców usiłowali przeprowadzać pobór w swoje szeregi, palili wszystko, co tylko mogło przydać się Niemcom i co miało sowieckie korzenie.
+++ – Na Martyniuku spalili całe zabudowania kołchozu – wspomina pani Jadwiga. – Płonęły one razem ze zwierzętami. Banderowcy nie pozwolili niczego ratować. Krowy i świnie, a także kołchozowe magazyny zostały strawione przez płomienie. Straszny ryk krów i kwik świń słychać było w całej okolicy. Niektóre polskie rodziny, jak m.in. Wertyńskich, uciekły z Kamionki obawiając się mordu. Myśmy zostali. Banderowcy na szczęście dali nam spokój. W okolicy pojawili się też radzieccy partyzanci, którzy koło Nietiszyna stoczyli z nimi w lasach dużą bitwę, wypierając ich za Horyń.
+++ Zakończenie wojny nie oznaczało dla pani Jadwigi powrotu do krainy szczęśliwości. Ponownie zaczęła pracować w kołchozie, czyli jak się mówi po ukraińsku w „kołchospi”. Przepracowała 32 lata na fermie jako dojarka krów. Zajmowała się też ich pasieniem.
+++ – Była to bardzo ciężka praca, za bardzo nędzne wynagrodzenie – opowiada. – Do 1955 r. w ogóle nie wypłacano nam pensji. Zapisywano nam tzw. „trudodni”. Za każdy „trudodień” należało się 50 gramów ziarna i 3 kopiejki. Mnie naliczono 450 „trudodni”. Łatwo więc obliczyć, że za cały rok otrzymywałam 13 rubli i 50 kopiejek i nieco ponad 200 kg, czyli cztery worki ziarna. Z tego nie dało się wyżywić… Harować trzeba zaś było na okrągło, świątek i piątek. Codziennie wstawałam o czwartej rano i musiałam iść na fermę. Po wydojeniu krów wracałam do domu, żeby pomóc mamie, zaś o dwunastej w południe znowu maszerowałam na fermę. Bywało, że wracałam do domu o dwudziestej drugiej wieczorem. Najgorzej było zimą, kiedy często trzeba było brnąć przez zaspy. Dróg wtedy nikt nie odśnieżał. Spóźnić się do pracy nie było wolno. Za nieprzyjście płaciło się „sztraf” (karę) w wysokości 10 rubli! Taka kara oznaczała pracę całkowicie za darmo przez kilka lat. Ludzie słaniali się więc na nogach, ale do pracy przychodzili…
+++ Jedynymi ważnymi wydarzeniami w monotonnym życiu pani Jadwigi było małżeństwo, narodziny syna i córki, a także śmierć matki. Za mąż wyszła za Polaka, Sokołowskiego, nie musiała więc zmieniać nazwiska. Urodziny dzieci zapamiętała także ze względu na ich chrzciny. W owym czasie, czyli w latach pięćdziesiątych, jedynym czynnym kościołem była świątynia w Ostrogu, do którego dojeżdżał o. Alojzy Kaszuba. – +++ Każde ze swych dzieci niosłam, udając się na piechotę do Ostroga – wspomina. – Dwadzieścia kilometrów w jedną stronę i dwadzieścia w drugą. Żadnej komunikacji wówczas przecież nie było. Dla tej drobnej kobiety marsz z dzieckiem na ręku był na pewno dużym wysiłkiem, ale ona nie żałuje. – Pan Bóg wynagrodził mi to z nawiązką – śmieje się. – Właśnie w kościele w Ostrogu, już w wolnej Ukrainie, mój wnuk odkrył swoje powołanie. Prosiłam go, żeby zajrzał kiedyś do świątyni w tym mieście. Po pierwszej Mszy św. wyszedł z niej zauroczony. Gdy przyjechał do mnie powiedział: – Babciu tam jest taki ksiądz „po duszy”. – Od tej pory z Nietiszyna, w którym mieszkał, jeździł do Ostroga systematycznie, gdzie pod okiem ks. Kowalowa zdobywał wiedzę religijną. Pani Jadwiga nigdy nie kryła, że jest osobą wierzącą. W jej domu zawsze urządzony był ołtarzyk i wisiały religijne obrazy. Po tych oznakach od razu można było wywnioskować, kto w nim mieszka. Była na najważniejszym szczeblu drabiny społecznej i nikt nie mógł jej nic zrobić. – Któregoś wieczoru przyszedł do mnie w cywilnym ubraniu wędrowny prawosławny, przedstawił się i zapytał, czy mam ochrzczone dzieci – wspomina pani Jadwiga. – Gdy wszedł do wnętrza chaty, spojrzał na ścianę, gdzie wisiały obrazy, stanął jak wryty i oświadczył: – a tu Polacy mieszkają, to przepraszam! – Chciał wyjść, ale zaprosiłam go do stołu. Był bardzo zadowolony, gdy mu powiedziałam, że Bóg jest jeden. Dziś pani Jadwiga dożywa swoich dni. Nie prowadzi już minigospodarstwa. Ma tylko niewielki ogródek i pięć kurek. Zdrowie jej jeszcze dopisuje. Przynajmniej na tyle, by odwiedzać sąsiadki i cieszyć się z odwiedzin gości. Nie ukrywa jednak, że najbardziej cieszy się z odwiedzin wnuka Borysa. Wtedy rosną jej skrzydła. Wzrasta też przekonanie, że nie zmarnowała życia.

Tekst i foto: Marek A. Koprowski

Comments are closed.