Historia we wspomnieniach

Na tułaczym szlaku

W 1942 roku ze Związku Sowieckiego ewakuowano armię generała Władysława Andersa. Wraz z żołnierzami nieludzką ziemię opuściły tysiące cywilów, wśród nich także dzieci. W następnych miesiącach wolny świat podjął wielką akcję pomocy. Dzięki niej, dzieci trafiły do osiedli i szkół utworzonych m.in. w Nowej Zelandii, Indiach, Afryce Południowej, Meksyku. Uczyły się miłości do Ojczyzny z nadzieją, że po zakończeniu wojny będą mogły do niej wrócić. Wielu nie było to jednak dane. Polska – zdradzona przez zachodnich aliantów – została oddana Związkowi Sowieckiemu. Pamiętając o tych tragicznych uchodźcach, z inicjatywy Anny Walentynowicz, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego wraz z Instytutem Pamięci Narodowej, pod patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego zorganizowało w listopadzie 2007 roku w Pałacu Belwederskim konferencję „Polskie dzieci na tułaczym szlaku  1939–1950”. Jej efektem jest m.in. książka „Polskie dzieci na tułaczych szlakach 1939–1950” pod redakcją Janusza Wróbla i Joanny Żelazko, wydana w Warszawie w 2008 roku przez IPN. To z niej zamieszczamy fragment wspomnień Czesława Sawki z Chicago (s. 204–219).

I Komunia Święta polskich dzieci w Santa Rosa w Meksyku fot. „Polskie dzieci…”

Pobyt w Krasnowodzku dłużył się nam jednak coraz bardziej, może dlatego, że tak niecierpliwie oczekiwaliśmy na wyjazd. Dotkliwie dawały się nam we znaki burze piaskowe nadciągające z pobliskiej pustyni. W końcu doczekaliśmy się zaokrętowania na statki, które zabrały nas do Iranu. Nasz statek był przeładowany do granic możliwości, a wiele osób cierpiało na chorobę morską. Podróż nie trwała długo, ale była ogromnie wyczerpująca. Odpłynęliśmy wieczorem i po całonocnym rejsie na drugi dzień dotarliśmy do irańskiego brzegu. Nareszcie byliśmy wolni. W Pahlevi nie pozostaliśmy długo, gdyż nie było tam odpowiednich warunków. Wraz z tysiącami innych Polaków przewieziono nas wojskowymi ciężarówkami do Teheranu. Nie obyło się bez emocji, gdyż jechaliśmy krętymi, górskimi drogami, często na skraju groźnych przepaści. Hinduscy kierowcy prowadzili samochody pewnie i szczęśliwie dowieźli nas do miejsca przeznaczenia. W tym samym czasie w Iranie znalazła się moja późniejsza żona. Losy jej rodziny w Rosji były jeszcze bardziej tragiczne, niż to, co przypadło nam w udziale. Podczas pierwszych miesięcy pobytu na zesłaniu zmarł jej nowo narodzony braciszek, któremu nadano imię Stanisław. Warunki egzystencji w posiołku Ostrowskij były bardzo ciężkie, rodzice swe skromne porcje przydziałowego chleba oddawali dzieciom, aby chociaż one nie cierpiały głodu. Ogłoszenie „amnestii” otworzyło i przed nimi możliwości wyjazdu na południe, gdzie spodziewali się znaleźć znośniejsze warunki klimatyczne i opiekę Wojska Polskiego. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. W Uzbekistanie, gdzie po długiej podróży znaleźli się Grodzcy, o żywność wcale nie było łatwiej, a warunki zdrowotne były jeszcze gorsze niż na mroźnej północy. Józef Grodzki zachorował na tyfus, chorobę bardzo groźną, w prymitywnych warunkach trudną do wyleczenia. Zbiegła się ona w czasie z zapowiadaną od pewnego czasu ewakuacją wojska i ludności cywilnej do Iranu. Matka Stasi stanęła wobec alternatywy: pozostać w Rosji przy ciężko chorym mężu, czy też zostawić go i wyjechać razem z dziećmi. Wybrała rozwiązanie pośrednie. Dzieci wysłała z wojskiem do Iranu, a sama pozostała w Bucharze, gdzie mieścił się szpital zakaźny, w którym leżał jej mąż. Decyzja ta była bardzo ryzykowna, ale niepozbawiona racjonalnych podstaw. Zostając w Związku Sowieckim, miała nadzieję uratować męża, a zarazem nie przekreślała szans dzieci na wydostanie się z „nieludzkiej ziemi” stalinowskiego imperium. Niestety, Józef Grodzki zmarł w Bucharze i został tam pochowany w zbiorowej mogile. Matka Stasi po jego śmierci nie miała możliwości opuszczenia Związku Sowieckiego, gdyż ewakuacja już się zakończyła, a Rosjanie odebrali obywatelstwo Rzeczypospolitej Polskiej wszystkim Polakom pozostającym jeszcze na sowieckiej ziemi. Do Polski mogła wrócić dopiero po wojnie, a z dziećmi spotkała się w latach sześćdziesiątych. Niezwykle dramatycznie potoczyły się losy jej dzieci. Cała czwórka znalazła się w transportach ewakuacyjnych, ale do Iranu dotarło tylko troje rodzeństwa. W Krasnowodzku zmarł z wycieńczenia Edward, najmłodszy brat mojej żony. Ona sama wraz z siostrą Zofią wyjechały z sierocińcem do Pahlevi, a potem do obozu pod Teheranem. Inaczej potoczyły się losy ich brata Witolda. Ewakuowany wraz z junakami, na progu wolności ciężko zachorował i umarł. Pochowano go na teherańskim cmentarzu uchodźców polskich, gdzie jego grób pozostałe przy życiu siostry odnalazły przypadkowo podczas uroczystości Wszystkich Świętych. Ewakuacja ze Związku Sowieckiego otworzyła przed nami nowy, szczęśliwszy okres życia. Przez dłuższy czas przebywaliśmy w Iranie, aby w końcu trafić do Meksyku, gdzie w pobliżu miasta Leon utworzono duże osiedle dla polskich uchodźców. Najdłuższa podróż morska mego życia prowadziła przez obóz tranzytowy w Ahwazie do Bombaju, gdzie zaokrętowano nas na wielki amerykański transportowiec wojska USS „Hermitage”. Dla mnie rejs był ciekawą odmianą w dotychczasowym życiu, chociaż na okręcie panowała surowa dyscyplina, dokuczały też upały, szczególnie gdy zbliżyliśmy się do strefy równikowej. Pozwalano mi spać na górnym pokładzie, gdzie było nieco chłodniej i znacznie ciekawiej. Dostosować się jednak musiałem do wymogów bezpieczeństwa, zabraniających głośnych rozmów i używania światła. 24 czerwca 1943 roku o godzinie ósmej okręt wiozący urlopowiczów oraz chorych i rannych żołnierzy amerykańskich, a także uchodźców polskich, przybił do nabrzeża marynarki wojennej w San Pedro pod Los Angeles. Po zejściu na ląd cała nasza rodzina, tak jak i reszta Polaków, została przewieziona autobusami do dwóch obozów tranzytowych, skąd wyruszyliśmy pociągiem w kierunku granicy meksykańskiej. Do Leon w środkowym Meksyku przybyliśmy 1 lipca 1943 roku. Ponieważ osiedle dla uchodźców, które mieściło się w dawnej hacjendzie Santa Rosa, nie było jeszcze gotowe, zamieszkaliśmy w szkole La Granja. Pierwsze dni pobytu w Leon wspominam jako niezwykle ekscytujące. Przybycie Polaków wywołało wielkie zainteresowanie miejscowej ludności meksykańskiej, która tłumnie przychodziła w pobliże szkoły, aby przyglądać się egzotycznym przybyszom. Równie ciekawi byli Polacy, którzy na ogół bardzo niewiele, albo zgoła nic nie wiedzieli o Meksyku, jego historii, kulturze i obyczajach mieszkańców. Jak zwykle najszybciej bariery przełamywali najmłodsi. Ledwo nauczyli się kilku słów po hiszpańsku, już nawiązywali kontakty z rówieśnikami z Leon. Ogółem w Santa Rosa znalazło się 1432 uchodźców. W pierwszym transporcie przybyło 706 osób, w tym 540 dorosłych i 166 dzieci. W liczbie tej mieści się pięcioro członków mojej rodziny. Warunki życia w hacjendzie były początkowo trudne. Pierwsza grupa uchodźców nie mogła od razu zamieszkać w Santa Rosa, gdyż remont nie był ukończony. Jeszcze w końcu sierpnia, gdy przeniesiono nas do Santa Rosa, część przybyszów musiała zamieszkać w zabudowaniach gospodarczych, brakowało ponadto umywalni, pralni, były też kłopoty z wodą. Stopniowo jednak sytuacja poprawiła się dzięki napływowi funduszy od organizacji, które zobowiązały się finansować poszczególne dziedziny życia osiedla, i szybkiemu postępowi prac budowlanych, w które zaangażowali się sami uchodźcy. Ojciec mój, jako człowiek przyzwyczajony do ciężkiej pracy, także w Santa Rosa znalazł dla siebie zajęcie. Zajmował się głównie robotami remontowo-budowlanymi, które wykonywał na zamówienie administracji osiedla. Prace te były opłacane, co poprawiało materialne położenie mojej licznej rodziny. Po przybyciu do Meksyku zacząłem uczęszczać do polskiej szkoły. Wprawdzie do szkoły chodziłem już w Teheranie, ale na skutek ciągłych zmian, napływu i odpływu uczniów oraz personelu, nauczanie nie mogło stać na odpowiednio wysokim poziomie. W Santa Rosa rozpoczęła się systematyczna edukacja młodzieży, najpierw chodziłem do V klasy szkoły powszechnej, a po ukończeniu klasy VI zdałem egzamin do gimnazjum organizowanego właśnie przez wybitnego duchownego i wychowawcę ks. Józefa Jarzębowskiego. Naukę kontynuowałem przez półtora roku i dopiero wyjazd do Stanów Zjednoczonych przerwał moją edukację w polskiej szkole. Najważniejszą placówką opiekuńczą w Santa Rosa był Zakład Wychowawczy im. gen. Władysława Sikorskiego. Przebywało w nim 265 dzieci z najróżniejszych powodów pozbawionych opieki rodzicielskiej. Nie zawsze były to pełne sieroty. Niekiedy ich ojcowie służyli w Polskich Siłach Zbrojnych, zdarzały się też sytuacje, że rodzice pozostali w Rosji. Tak było w przypadku Stanisławy Grodzkiej i jej siostry Zofii, które też znalazły się w Meksyku. Podczas pobytu w Meksyku mogłem zwiedzić ten ciekawy kraj. Wraz z kolegami i nauczycielami wyjeżdżaliśmy często do pobliskiego Leon. Z odleglejszych miejscowości docieraliśmy do stolicy – Meksyku i słynnego sanktuarium Matki Boskiej w Guadelupe. Odwiedziłem również Guadalajarę, główne miasto stanu Jalisco, i uzdrowiskowe miejscowości nad jeziorem Chapala. Najbardziej interesująca była jednak wycieczka do wulkanu Pericutin. Po zakończeniu wojny moi rodzice zaczęli się zastanawiać nad przyszłością. O powrocie do rodzinnych stron, teraz włączonych do sowieckiej Białorusi, nie mogło być mowy. Na szczęście przed nami przyszłość rysowała się pomyślniej niż przed większością uchodźców. Decydując się na wyjazd do Meksyku, rodzice brali pod uwagę fakt, iż w Chicago mieszka nasz bliski krewny, brat mamy. Wujek wyemigrował za ocean jeszcze przed I wojną światową, ale pozostał gorącym polskim patriotą. (…) W marcu 1946 roku nasza rodzina jako jedna z pierwszych wyjechała z Santa Rosa do Stanów Zjednoczonych. „Polskie dzieci na tułaczych szlakach 1939–1950”, red. J. Wróbel, J. Żelazko, Warszawa, 2008

 

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.