Ścieżki życia

Życie w bliskości Pana

+++ Dzieciństwo Steni przypadło na okres II wojny światowej; wraz z rodziną mieszkała wówczas w okolicach Oświęcimia. Ojciec wywieziony został na roboty do Niemiec i w czasie zawieruchy wojennej pracował we wrocławskim Pafawagu. Po wyzwoleniu, gdy miasto znalazło się w granicach Polski, zdecydował osiedlić się w nim na stałe i ściągnąć do siebie żonę oraz dzieci. Podobnie jak wiele innych polskich rodzin, napływających z różnych rejonów Polski, zamieszkali w jednym z opuszczonych przez Niemców domów. Stenia miała wtedy zaledwie siedem lat, lecz dobrze pamięta powojenny wygląd miasta, w ogromnej części zrównanego z ziemią. Do lutego 1945 r. Wrocław był przecież regularnie bombardowany i ostrzeliwany, bowiem Rosjanie otrzymali rozkaz, by miasto zdobyć, a Niemcy, by bronić go do ostatniej kropli krwi. Koszmarne zniszczenia, ruiny i piętrzące się wzdłuż ulic zwały gruzu na zawsze pozostały w pamięci pani Steni. Kobieta nie zapomni też trwającego wiele lat odgruzowywania miasta. – Wydawało się, że roboty te nigdy się nie skończą – mówi. – W tych bardzo intensywnych, początkowo niemal całkowicie żywiołowych pracach, brali udział wszyscy mieszkańcy, także ci najmłodsi; liczyła się przecież każda para rąk. Jako uczniowie podstawówki, chodziliśmy do odgruzowywania nawet w niedziele. Najpierw był apel i wspólny wymarsz do kościoła na Mszę św., a dopiero potem praca. Dziewczęta zbierały kamienie i układały je na kupki, które chłopcy wrzucali łopatami do ustawionych wzdłuż ulic wagoników. Wszyscy chętnie brali udział w usuwaniu gruzów, chociaż za pracę nikt nie otrzymywał wynagrodzenia. Nikt też nie narzekał na trudy dnia codziennego. Mieszkańcy miasta cieszyli się, że wojna się skończyła i można żyć bezpiecznie. Odnosili się do siebie z ogromną życzliwością i troszczyli się o siebie nawzajem; nie wyrządzali sobie krzywdy, tylko wzajemnie sobie pomagali. Sąsiedzi wymieniali się żywnością, a gdy ktoś zachorował, szukali lekarzy i lekarstw, zaś w tramwaju młodsi ustępowali miejsca starszym, bo każdy myślał o drugim, nie o sobie. – I to już w nas pozostało; w ludziach tamtego pokolenia – pani Stenia uśmiecha się z nostalgią. Po wojnie żadnej rodzinie się nie przelewało, ale dzieci – pomimo złych warunków – były beztroskie i biedy jakoś nie zauważały. Wszyscy dookoła żyli skromnie, więc maluchy nabrały przekonania, że tak właśnie ma być i czuły się naprawdę szczęśliwe. – Mieliśmy niewielkie wymagania – podkreśla pani Stenia. – Na co dzień jedliśmy chleb z margaryną, a tylko czasem ze smalcem, bo był on droższy i trudno dostępny, zdarzało się, że w kolejce po słoninę czekaliśmy do pierwszej w nocy. Pożywienie bardzo szanowaliśmy, nie marnując ani jednej skórki chleba. O nowej odzieży nie mogło być mowy; nosiliśmy ubrania jedno po drugim i nawet przez myśl nam nie przeszło, że jakiś ciuch jest niemodny czy mało gustowny. Podobnie było z książkami. Młodsze dzieci uczyły się z podręczników starszego rodzeństwa. Na szczęście programy szkolne nie ulegały wtedy tak częstym zmianom, jak obecnie. Zabawek też nie potrzebowaliśmy, w wolnym czasie przebywaliśmy na ogół na ruinach lub w piwnicach zniszczonych budynków i bawiliśmy się w wojnę. Udawaliśmy, że jest alarm i kryjemy się przed nalotami. To były smutne zabawy, ale nam wydawały się ciekawe i dobre. Zdarzały się sytuacje, że znajdowaliśmy np. odciętą nogę w bucie; takie obrazy mam przed oczami do dziś – wzdryga się na to wspomnienie. Chociaż rodzice Steni byli bardzo biedni, mieli bowiem czwórkę dzieci, a na utrzymanie zarabiał jedynie ojciec, nie przeszkadzało im to w przygarnięciu do siebie jeszcze jednego chłopca. – To był nasz kuzyn – wyjaśnia. – Gdy zginął mu ojciec, jego mama napisała do nas list z prośbą o umieszczenie Jasia w Domu Dziecka. Bardzo było nam go żal, mnie szczególnie, więc poprosiłam rodziców, by został z nami; modliłam się też w tej intencji. Jakaż była moja radość, gdy rodzice się zgodzili. Siedemnastoletnia Stenia zdawała sobie sprawę, że teraz jeszcze trudniej będzie im związać koniec z końcem i zapragnęła ulżyć rodzicom; jako najstarsza z rodzeństwa (po śmierci siostry) czuła się w obowiązku im pomagać. Uważała się za dorosłą, gdyż zdała właśnie maturę w Technikum Finansowym i wymyśliła, że najlepszym sposobem będzie zamążpójście i wyprowadzenie się z domu. Nie dlatego, żeby jej tam było źle, ale żeby nie być ciężarem. Zawsze bardziej myślała o innych niż o sobie. Była piękną dziewczyną, więc kandydata na męża nie musiała długo szukać. Poznała go przez koleżankę, był zawodowym żołnierzem. Chodzili razem do kina, na spacery, odwiedzał ją w domu. Wyglądali na parę, chociaż ona nie zaangażowała się uczuciowo. Pewnego dnia, chyba po pół roku znajomości, koleżanka niespodziewanie zapytała, kiedy biorą ślub. – Bez zastanowienia odparłam, że za cztery miesiące. On się nic nie odezwał, z natury był nieśmiały, ale ogromnie się ucieszył. A ja? Właściwie to nie bardzo mi się podobał, ale przecież… musiałam pomóc rodzicom. O sobie rzeczywiście nie myślałam. Młodzi szybko załatwili formalności, zresztą wtedy nie było ich zbyt wiele. Przy zapowiedziach ksiądz sprawdził jedynie, czy przyszła żona i matka potrafi się modlić, bowiem na kobiecie spoczywała odpowiedzialność za religijne wychowanie dzieci. W małżeństwie wszystko nieźle się układało, no… gdyby jeszcze mąż nie był tak bardzo zazdrosny. – Nie dawałam mu ku temu najmniejszych powodów, ale miał po prostu taką podejrzliwą naturę. Ta zazdrość ogromnie mi ciążyła, nieraz w nocy sobie popłakałam – wyznaje pani Stenia. – Poza tym był dobrym człowiekiem, pracowitym, uczciwym, nigdy mnie nie uderzył, nie pił alkoholu. Pani Stenia miała kiepskie zdrowie. Gdy nosiła pod sercem pierwsze dziecko, badający ją lekarz, Rosjanin, stwierdził konieczność operacji płuca i nakazał, aby wcześniej usunęła ciążę. Gdy młodziutka kobieta nie zgodziła się na to, kazał ją wypisać ze szpitala. Na szczęście inny lekarz, Polak, zastosował alternatywny sposób leczenia i obeszło się bez skalpela. Musiała jednak przez kilka miesięcy pozostać w szpitalu i leżeć niemal bez ruchu, z uniesionymi do góry nogami. Potrzebna była też streptomycyna, o którą na szczęście wystarali się rodzice. – Wyzdrowiałam i urodziłam zdrowe dziecko – cieszy się pani Stenia. – Antybiotyki mu nie zaszkodziły. Widocznie Pan Bóg miał wobec nas inne plany. Po trzech latach mąż pani Steni otrzymał służbowe przeniesienie do Tarnowa. – Rozstanie z Wrocławiem było dla mnie ciężkie, tęskniłam za rodziną, często płakałam, lecz pogodziłam się z losem. Gdy na świat przyszła córka, szczególnie odczułam brak mamusi – mówi, wzdychając. – Miałam wtedy ataki woreczka żółciowego i strasznie cierpiałam. A z dziećmi zostawałam sama, bo mąż prawie cały dzień był w pracy. Ciężkie lata udało się przetrwać. Dzieci szybko rosły i pod troskliwym matczynym okiem wspaniale się rozwijały. Pani Stenia skupiała na nich prawie całą swą uwagę. – Dzieci to moje największe szczęście, moja radość i duma, moje życie. Pomimo młodego wieku – Stenia miała osiemnaście lat, gdy urodził się syn, a dwadzieścia dwa, gdy na świat przyszła córka – bez żadnych problemów radziła sobie z ich wychowaniem. – To była intuicja i chyba jeszcze bardziej pomoc Ducha Świętego – stwierdza. – Nie posiadałam przecież żadnego przygotowania pedagogicznego, ani nawet kursu przedmałżeńskiego, nie było też książek, a na gazety nie było nas stać. Bardzo swe dzieci kochałam. Patrząc na nie z ogromną miłością, potrafiłam stawiać im wymagania. Zawsze wiedziały, co im wolno, a czego nie mogą robić. I były posłuszne. Pani Stenia pamięta jedną scenę z dzieciństwa syna, gdy malec upierał się przy kupnie samochodziku, na który nie miała pieniędzy. Tłumaczenie, że zabawkę dostanie po wypłacie na niewiele się zdało; chłopiec zrobił awanturę, rzucając się na ziemię i tupiąc nogami. – Narobił mi wstydu, więc po przyjściu do domu wymierzyłam mu surową karę – opowiada mama – ale po otrzymaniu pensji kupiłam mu upragnione autko. Metoda okazała się skuteczna; taka sytuacja już nigdy się nie powtórzyła. Dziecko zrozumiało, że nie może mieć wszystkiego, czego zapragnie, ani też zawsze robić to, co chce. Wielką troską pani Steni było wychowanie dzieci na dobrych ludzi. Nie tylko powtarzała im, że należy szlachetnie postępować, ale pokazywała, jak to czynić w praktyce. – Po sąsiedzku, w suterenie, mieszkał chłopiec, który miał sparaliżowane nogi po przebytej chorobie Heinego-Medina. Często widzieliśmy go, jak, podciągnąwszy się na rękach, podsuwał się w kierunku okienka, by przez nie wyjrzeć na świat – opowiada. – Wiedziałam, że jest biedny i nie ma nawet zabawek, więc zachęcałam mojego syna, by podarował mu jednego z dwóch swoich misiów. W ten sposób chciałam uwrażliwić moje dziecko na potrzeby biedniejszych od nas. Jakże się cieszyłam, gdy mój mały chłopczyk bez żalu oddał swą zabawkę innemu dziecku. Od tej pory nabrałam pewności, że wyrośnie na prawego człowieka. I tak się stało. Pani Stenia starała się poświęcać dzieciom dużo czasu i uwagi, wiele z nimi rozmawiała. Dzieci były z nią szczere, dlatego wiedziała, co myślą i co czują. I ze wszystkimi swoimi sprawami przychodziły do mamy. Wpajając im zasady postępowania, tłumaczyła, dlaczego należy dobrze żyć, dlaczego nie wolno nikogo krzywdzić, obrażać, oszukiwać, dlaczego trzeba mówić prawdę, dobrze się uczyć, nie grzeszyć. I cieszyć się ze wszystkiego, choćby to była rzecz najdrobniejsza. I za wszystko dziękować oraz starać się odwdzięczać. Pani Stenia często uciekała się do Boga w modlitwie, nie tylko w sytuacjach problemowych, ale także wtedy, gdy spotykała ją radość. U Boga i Jego Matki wiele wyprosiła. – Matka Najświętsza „załatwiła” nam nowy dom, w którym możemy normalnie żyć, bo w zajmowanym wcześniej szeregowcu przeżywaliśmy spowodowany przez sąsiadów koszmar. Nie mieliśmy pieniędzy, by dokonać takiej zamiany, a to, że się udało, uważam za cud. I jestem Maryi niewypowiedzianie wdzięczna. Nie tylko za dom, za wszystko! Jestem przeszczęśliwa, że mam dobre, kochane dzieci. Mam wielką satysfakcję z syna, który jest prawym, mądrym, wrażliwym i szanowanym człowiekiem. Cieszę się z córki, która nam pomaga w starości i opiekuje się chorym ojcem. Moją wielką radością są wnuki i trzy maleńkie prawnuczki. Pani Stenia na co dzień raduje się bliskością Pana Boga i dużo się modli, a swoje cierpienia, zarówno fizyczne, jak i duchowe, ofiaruje Chrystusowi. Lubi rozmawiać z ludźmi, wsłuchiwać się w ich problemy i doradzać, gdy tego oczekują. Chce ciągle czuć się potrzebna.

Jadwiga Martyka

Comments are closed.