Wędrówki po Kresach

Ostatnie resztki polskości

Uliczka w Biłotynie wygląda bardzo smutno

+++ Biłotyń może być symbolem nie tylko umierającej ukraińskiej wsi, znikającej dosłownie w oczach, ale także cofania się polskiej nacji, która niegdyś te strony cywilizowała. O polskich korzeniach miejscowości można przekonać się odwiedzając tutejszy cmentarz, leżący z drugiej strony wsi.
+++ Na pierwszy rzut oka cmentarz w Biłotynie, który w czasach Rzeczypospolitej nosił nazwę Białotynia, robi wrażenie zaniedbanego, ale chodząc po zarośniętych alejkach można się przekonać, że

Pan Tomasz pod swoim domem w Biłotynie

jest nawiedzany przez bliskich, którzy poczuwają się do obowiązku jego utrzymania. Cały szereg mogił osób zmarłych, nawet przed kilkudziesięciu laty, ma nowe, współczesne nagrobki. To dobrze świadczy o potomkach spoczywających tu naszych rodaków. Ślady po wielu dzielnych rodach polskich chłopów, które miały swój wkład w rozwój cywilizacyjny tej ziemi, przetrwają więc jeszcze kilkadziesiąt lat, a może i dłużej. Bo sama wieś pewnie już niedługo zostanie skreślona z listy siedlisk ludzkich.
+++ – Zostało nas już tu niewielu, zaledwie kilkanaście rodzin, w sumie jakieś 50 osób – informuje liczący 86 lat lider tutejszej polskiej społeczności, Tomasz Gawłocki. – Młodzi wyjechali, zostali sami starzy, dożywający swych dni.
+++

Krzyż Polski ustawiony przez pana Tomasza Gawłockiego, żeby świadczył o polskości cmentarza w Biłotyniu

Dziadek pana Tomasza, Józef, pochodzący ze wsi spod Krakowa, osiedlił się tutaj w końcu XIX w., ożenił się i wraz z babcią Bronisławą założył stopniowo powiększające się gospodarstwo. Było już całkiem spore, gdy władzę na Ukrainie ostatecznie zdobyli bolszewicy. Początkowo dawali sobie radę. Wydawało się im, że w Sowietach da się żyć. We wsi uruchomiono nawet polską szkołę.
+++ – Chodziłem do niej tylko dwa lata, ale na tyle się nauczyłem języka polskiego, że po dziś dzień potrafię czytać polskie książki – wspomina pan Tomasz. – Języka przodków uczyli mnie oczywiście również dziadkowie i rodzice, ale szkoła miała wpływ decydujący.
+++ Eksperyment mający na celu pozyskanie Polaków szybko się jednak skończył. Złudzenia Polaków w Biłotynie równie szybko się rozwiały. Najpierw zaczęła się agitacja za kołchozami, później przymusowa kolektywizacja i wreszcie wywózki do Kazachstanu.
+++ – Mojego ojca początkowo zostawiono w spokoju, ale w 1937 r. został aresztowany – wspomina Tomasz Gawłocki. – Zabrano go w nocy i nigdy go już nie widziałem. Do dziś nie wiemy, co się z nim stało i gdzie znajduje się jego mogiła. Na front nie poszedłem, byłem za młody do armii. Niemcy wywieźli mnie na roboty. Pewnie

Dom państwa Gawłockich jest bardzo skromny

dzięki temu przeżyłem. Pracowałem w gospodarstwie rolnym u bauera. Nie było mi u niego źle. On sam śmiejąc się twierdził, że powinienem mu dziękować, bo gdybym poszedł na front, albo został w domu, to moje szanse na przeżycie byłyby o wiele mniejsze. Po zakończeniu działań wojennych wróciłem w rodzinne strony. Nie miałem zresztą wielkiego wyboru. Już w Niemczech zmobilizowano mnie do Armii Czerwonej. Dowódcy tłumaczyli, że potrzebują nowych żołnierzy na wojnę z Japonią. W walkach na Dalekim Wschodzie nie zdążyłem jednak wziąć udziału. Atomowe bomby zrzucone przez

W obejściu pana Gawłockiego

Amerykanów skróciły wojnę. Japończycy skapitulowali. Wróciłem więc tutaj, do kołchozu. Ożeniłem się z Leontyną Bublewską, z którą dochowałem się dwóch dorodnych synów. Razem aż do emerytury pracowaliśmy w kołchozie. Synowie opuścili wieś. Jeden pracuje na kierowniczym stanowisku w węźle kolejowym miasta Czop na Zakarpaciu. Drugi stoi na czele urzędu zatrudnienia w Twerze niedaleko Moskwy. Raz w roku synowie z rodzinami nas odwiedzają. Są porządnymi ludźmi. Mówią nawet trochę po polsku. Dom Gawłockich stoi przy ulicy, gdzie z kilkunastu chałup zamieszkanych są ledwie trzy. Jego żona Leontyna ma chore nogi i z trudem się porusza. Pamięć jej jednak dopisuje i też ma o czym opowiadać. Również pochodzi z mocno doświadczonej przez stalinowski

Takie domy niestety w Biłotynie dominują

reżim rodziny. – Moją rodzinę wywieziono w 1936 r. do Obwodu Zaporoskiego, gdzie całe terytoria były wyludnione po Wielkim Głodzie – opowiada. – Nie zostawiono nas tam jednak w spokoju. W 1937 r. mój ojciec Władysław został aresztowany i rozstrzelany. Mama Janina wcześniej prosiła ojca, żeby uciekał. Sowieckie organa bezpieczeństwa węszyły bowiem wśród przesiedleńców. Niemal w każdą noc ktoś był aresztowany i słuch po nim ginął. Ojciec nie chciał się jednak ratować. Twierdził, że nie ma się czego obawiać, jest przecież prostym, zwykłym człowiekiem, który nic złego nie zrobił. Tłumaczył też matce, że nie może zostawić jej samej z dwoma córkami i chorym ojcem, bo sama sobie nie poradzi w obcym środowisku. Gdy został aresztowany, matka chodziła do zakładu, w którym ojciec pracował. Pytała się jego kierownika, za co ojca aresztowano, czy nie mógłby mu pomóc. On jej odpowiedział: – Bublewska, waszego męża zaraz zwolnią, to bardzo dobry pracownik. Nikt nie składał na niego żadnych skarg. Wystawiliśmy mu dobrą opinię. – Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że ojca aresztowano na podstawie dodatkowego donosu sąsiadki, która chciała, by Rada Wiejska przyznała jej dom wzniesiony przez ojca; zamierzała budynek rozebrać na materiał budowlany. W 1942 r., gdy Ukrainę zajęli Niemcy, pozwolili nam wrócić na Zasławszczyznę. Nasz dom w Biłotynie, zbudowany przez ojca tuż przed wywózką, został rozebrany. Nie mieliśmy gdzie mieszkać. Nikt nie chciał nas przyjąć pod swój dach. Ludzie obawiali się, że wrócą Sowieci i każdy, kto pomoże „wrogom ludu”, wraz z nimi będzie ponownie wywieziony. Mama poszła do niemieckiej administracji i ta pozwoliła zamieszkać nam w domu dziadka. Był zrujnowany, nie miał okien i drzwi, ale dało się go jakoś doprowadzić do porządku. Dziadka już z nami wtedy nie było. Umarł w 1942 r., tuż przed naszym wyjazdem z miejsca zesłania. Nie chciał być tam pochowany. Prosił matkę, by zebrała jego kości i zawiozła je na ojcowiznę. Matka nie była w stanie jednak tego uczynić. Nie był to koniec utrapień. Wkrótce w te strony zaczęły zaglądać grupki banderowców. Pamiętam, że na wszystkich sąsiadów padł blady strach, gdy na młynie przeczytali napis: „Śmierć Żydom, Polakom i Kacapom”. Nocą od strony Kuniowa i Ostroga często słychać było strzały i widać łuny pożarów. Dom dziadka znajdował się przy głównej drodze, więc często słyszałam, jak przechodzili nią banderowcy. Rozmawiali oni po ukraińsku z innymi niż tutejszy akcentem i łatwo było ich rozpoznać. Codziennie modliliśmy się, by omijali nasz dom. Zanim udaliśmy się na spoczynek, mama znakiem krzyża znaczyła drzwi i okna, prosząc Boga, by chronił nas przed nożami oprawców. Choć od tego czasu upłynęło już wiele lat, to do dziś pamiętam, jak któregoś ranka obudziło nas łomotanie w drzwi. Mama otworzyła je i zobaczyła na progu dwóch osobników z tryzubami na czapkach. Spytali, czy tu też Polacy mieszkają? Obejrzeli nasz nędzny dobytek i poszli. Nie zawsze jednak ich „odwiedziny” kończyły się w ten sposób. Niedaleko nas wyrżnęli całą rodzinę. Wnętrze domu było we krwi, jak w jakiejś rzeźni. Z innego domu zabrali męża mamy koleżanki. Tutejsi Polacy reagowali na to różnie. Jedni zbierali się i uciekali do Sławuty, a inni zapierali się polskości i udawali Ukraińców. Jedna z sąsiadek, Stasia, która miała czworo dzieci już ochrzczonych w Kościele katolickim, zabrała je wszystkie do prawosławnej cerkwi i na nowo ochrzciła. Maria stała się Maryją, Teresa Łesią, a Stefan Stepanem. Prawosławnych Ukraińców banderowcy się nie czepiali, choć też nazywali ich Moskalami. Z nienawiścią odnosili się natomiast do wszystkiego co katolickie. Na skraju Biłotynia stała piękna drewniana kapliczka. Banderowcy porąbali ją na kawałki i wrzucili do rzeczki. Pani Leontyna opowiada o tym wszystkim wzburzonym głosem. Najbardziej ubolewa nad tym, że morderców kreuje się dzisiaj na bohaterów i stawia im pomniki. Żyją przecież ludzie, którzy doskonale pamiętają co ci „bohaterowie” wyrabiali. – Gdyby nie radzieccy partyzanci, to banderowcy wszystkich nas wyrżnęliby – podkreśla pani Leontyna. – Na szczęście szybko się tu pojawili, tępiąc ich bezlitośnie. Jak złapali któregoś na szpiegowaniu, to długo się z nim nie rachowali. Gdyby nie oni, to banderowcy wszystkich by nas wymordowali. Pani Leontyna często przerywa, by złapać oddech. Widać, że dawne wspomnienia są dla niej bolesne. Trudno się temu dziwić. Powrót władzy radzieckiej nie oznaczał dla niej niczego dobrego. Przedstawiciel Rady Wiejskiej przyszedł do jej matki i oświadczył, że chałupa nie należy do niej i ma się wynosić. Musiała przeprowadzić się do pomieszczenia przy kołchozie. To już jednak temat na następne opowiadanie.

Tekst i foto:
Marek A. Koprowski

Comments are closed.