Historia we wspomnieniach

Żadnej rozmowy nie będzie…

W nocy z 6 na 7 lipca 1944 roku oddziały partyzanckie Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego Armii Krajowej, pod dowództwem płk. Aleksandra Krzyżanowskiego „Wilka”, rozpoczęły operację „Ostra Brama” – czyli walki o wyzwolenie Wilna. Nacierające z kierunku Smorgoni wojska sowieckie wykorzystały akcję AK i przejęły atak, zdobywając Wilno 13 lipca, po czym nakazały polskim oddziałom opuszczenie miasta. 17 lipca płk Krzyżanowski i inni oficerowie zostali zaproszeni przez Rosjan na rozmowy o utworzeniu polskich regularnych jednostek wojskowych. Po przybyciu do sowieckiego sztabu zostali jednak podstępnie uwięzieni. Pozostali na wolności dowódcy próbowali wraz z żołnierzami przebić się na Grodno i Białystok. Większość została jednak złapana przez Sowietów i osadzona w obozie w Miednikach, a wobec odmowy wcielenia do armii Berlinga, zesłano ich do łagrów w głębi Rosji. Poniżej zamieszczamy fragment (str. 292–297) z opisującej te wydarzenia książki Edmunda Banasikowskiego, „Na zew ziemi wileńskiej”.

fot. J. Szarek

Nie mogłem tego wieczora zasnąć. W końcu zamknąwszy oczy zapadłem w długi, męczący sen przepełniony zjawami i ludźmi ubranymi w sowieckie mundury. Gdy obudziłem się, był ranek. W porannej ciszy usłyszałem szurgot butów maszerującej gdzieś w pobliżu kolumny wojskowej. Uprzytomniłem sobie, że zaczyna się 17 lipca. Nie przeczuwałem wówczas, że dzień ten będzie obfitował w ogrom tragicznych wydarzeń, że głęboko utkwi w mej pamięci i we wspomnieniach towarzyszyć mi będzie całe życie. Stale nękało mnie pytanie, które rzucił mi wczoraj „Jarema” po odejściu sowieckiego pułkownika: jaki był cel jego wizyty? Siedząc przy stole, w komplecie nielicznego naszego sztabu jedliśmy śniadanie. „Jarema” spoglądał na nas w milczeniu, czytałem w jego oczach jakiś niepokój. Starając się zmienić poważny nastrój, zauważyłem żartobliwie: – Zdaje się, że po wczorajszej wizycie pułkownika nie spaliśmy wszyscy dobrze. – Ma pan rację – podchwycił „Jarema” – wszystko to, co ostatnio słyszymy i widzimy wokoło nas, wydaje mi się fantastycznym snem. Codziennie najbardziej różnorodne przypuszczenia wirowały w mej głowie. Bałem się, abyśmy nie uczynili czegoś wbrew rozsądkowi. Bałem się, że możemy zrozumieć niebezpieczeństwo, gdy zacznie się palić dach nad głową. Myślałem stale, jaka przyszłość czeka nas wszystkich, nasze rodziny i cały nasz kraj. Wytężyłem słuch. Oczy „Jaremy” ożywiły się, a on ciągnął dalej: – Musimy być bardzo ostrożni. Nakazuje nam to instynkt samozachowawczy. Słowa, które w tej chwili wypowiadam, są jedynie odzwierciedleniem mych myśli. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy żołnierzami, związanymi przysięgą, dyscypliną wojskową. „Wilk” jest naszym dowódcą i moim starym przyjacielem. Ciężar odpowiedzialności, którą wziął na siebie naraża, jak czuję, z każdym dniem. Musimy być przy nim w tych ciężkich chwilach niepewności. Czekamy na jego rozkazy. Najbliższe dni zadecydują o naszej przyszłości. Przez chwilę oczy jego zabłysły resztkami nadziei, a na twarzy pojawił się uśmiech. Zwracając się do mnie, dorzucił: – Niech pan pilnuje naszych oddziałów. To jest bardzo ważne w momentach niespodzianek. Tegoż dnia, w godzinach przedpołudniowych, dotarła do nas nieoficjalna wiadomość, że ubiegłego dnia „Wilk” został zaproszony przez dowódcę 3 Frontu Białoruskiego generała-pułkownika Iwana Czerniachowskiego do jego głównej kwatery w Wilnie, na konferencję mającą na celu podpisanie umowy dotyczącej zorganizowania Polskiego Korpusu. Wczesnym popołudniem, kiedy zastanawialiśmy się z „Jaremą” nad prawdziwością tych pogłosek, dopadł nas łącznik-cyklista ze sztabu operacyjnego „Wilka”. Przekazał nam rozkaz ustnie. Treść rozkazu potwierdzała zaproszenie „Wilka” do Wilna. Ponadto była zarządzona odprawa oficerska we wsi Bogusze, odległej o 5 km na południowy zachód od Wołkorabiszek. Mieli się tam stawić oficerowie sztabu zgrupowań oraz dowódcy brygad i batalionów. Odprawa była wyznaczona na godzinę 5 po południu. Wzmiankowano, że niektórzy polscy dowódcy współdziałający z Armią Czerwoną mogą otrzymać bojowe odznaczenia sowieckie. Jest możliwość, że na wspólne spotkanie przybędzie z „Wilkiem” gen. Czerniachowski. ***Usiadłem przy stole obok „Jaremy”. Wziąłem z rąk „Achillesa” kartki maszynopisów – projekt obsady personalnej 86 pp. Ale „Jarema” nie zwracał na nie uwagi. Był zamyślony, bardziej niż zwykle. Wpatrywałem się w jego potężną sylwetkę, nie chcąc zakłócać milczenia. Nagle „Jarema”, przerywając swą głęboką zadumę chrząknął i zaczął mówić, jak zawsze wolno i spokojnie. – Myślę o tym zawsze, że nie byłoby tu żadnych problemów, gdyby Rosjanie wykazali odrobinę dobrej woli w stosunku do nas. Wiemy, że nie tylko nasz dowódca „Wilk”, nie tylko my tu na Wileńszczyźnie, ale ogromna większość narodu polskiego chce żyć w zgodzie i przyjaźni ze Związkiem Sowieckim. Ja, który przeżyłem tutaj pierwszą okupację naszego wschodniego sąsiada, mógłbym od dawna wyrażać swój żal i zastrzeżenia do niego. Nie czyniłem tego. Podkreślałem jednak zawsze, że nie chcemy być niewolnikiem Związku Sowieckiego. Proszę panów – ciągnął dalej „Jarema”, ale już mocno podniesionym głosem – my na tą odprawę nie pójdziemy. Czuję smród w powietrzu. Dlaczego Sowieciarze od tygodnia trzymają tu całą dywizję piechoty? Dlaczego wczoraj jej dowódca tak teatralnie nas obcałowywał? Dlaczego tak często ich patrole zmotoryzowane penetrują nasze zgrupowanie? Nie podoba mi się to wszystko. ***Aby zrozumieć w pełni perfidię i zakłamanie czerwonej tyranii, skierowanej swym ostrzem przeciwko wileńskiej Armii Krajowej, musimy się cofnąć do godzin porannych 17 lipca, do Wołkorabiszek, gdzie wyszkoleni aktorzy NKGB przystępowali do odegrania swej roli. 17 lipca z rana przyjechał samochodem z Wilna do sztabu operacyjnego AK w Wołkorabiszkach płk Kałmykow. W rozmowie z „Wilkiem” oświadczył mu, że gen. Czerniachowski prosi go o szybkie przybycie do jego kwatery w Wilnie, celem podpisania dogoworu [porozumienia] miedzy Czerwoną Armią i AK. Dowódca 3 Frontu chciałby także poznać podkomendnych „Wilka”, komendantów Okręgów Nowogródek i Wilno. (Obaj byli nieobecni). „Wilk” pomimo wielkiego optymizmu, z jakim przeprowadzał uprzednie rozmowy z wyższymi oficerami sowieckimi, tym razem, wiedziony złym przeczuciem zawahał się. Ale czy mógł się cofać, gdy porozumienie polsko-sowieckie było dziełem dokonanym? Należało go tylko podpisać. „Wilk” zdecydował się wiec na wyjazd, ale chciał zabrać ze sobą pluton osłony (30 ludzi) z oddziału konnego „Groma”. Kałmykow jednak, i to ze złością nie zgodził się na to. Konie opóźnią jazdę samochodem. Generał jest mocno zajęty, a zresztą obrazi się widząc „Wilka” pod osłoną jego własnych żołnierzy. „Wilk” nie widząc innego wyjścia wyruszył ofiarowanym mu w swoim czasie przez „Szczerbca” zdobycznym Mercedesem, w towarzystwie szefa sztabu „Sława”, który zabierał ze sobą opracowany Ordre de bataille mającego powstać korpusu. Mocno podniecony płk Kałmykow, pchając się zajął miejsce przy kierowcy samochodu. Mercedes z „Wilkiem” i jadący za nim samochód sowiecki, po przybyciu do Wilna udały się natychmiast na ul. Tadeusza Kościuszki 16, gdzie w piętrowej białej willi mieściła się kwatera gen. Czerniachowskiego. Wychodzącego z samochodu „Wilka” powitał jakiś oficer sowiecki w stopniu generała i po krótkiej zwłoce wprowadził go wraz z towarzyszącym mu „Sławem” do sali konferencyjnej na parterze. Za dużym urzędowym biurkiem polscy oficerowie ujrzeli siedzącego gen. Iwana D. Czerniachowskiego. Z młodej twarzy tchnącej wyrazem wielkości bił chłód i maskowane półuśmiechem nieprzyjazne spojrzenie. Pod ścianą sali stało czterech innych generałów i kilku niższych stopniem oficerów. „Wilk” ze „Sławem” usiedli na krzesłach stojących przed biurkiem. „Sław” trzymał w ręku teczkę z opracowanym Ordre de bataille polskiej, planowanej dywizji. Na sali panowała niczym nie zmącona cisza. Niepokojąco długie milczenie gospodarzy przerwał „Wilk”. Przechodząc do reorganizacji polskich oddziałów Armii Krajowej wypowiedział kilka zdań wstępnych. I nagle stała się rzecz straszna, mrożąca krew w żyłach. Czerniachowski poderwawszy się z krzesła, silnym, uniesionym głosem skandował: – Nikakawo dogowora nie budiet. Poporuczenii sowietskowo prawitielstwa, ja was dołżen obiezorużit. [Żadnej rozmowy nie będzie. Z polecenia rządu sowieckiego jestem zmuszony was rozbroić]. – Eto nasza ziemlia [To jest nasza ziemia] waląc pięścią w stół krzyczał na całe gardło inny generał stojący w pobliżu. Na sali zawrzało. Do wnętrza wpadło kilku żołnierzy z pepeszami gotowymi do strzału. „Wilk” zaskoczony perfidią i cynizmem sowieckich generałów usiłował protestować w imieniu prawa. Szef sztabu „Sław” sięgnął do kabury, ale powstrzymał się od strzału; wykręcono mu ręce i zabrano pistolet. Obaj rozbrojeni i poddani osobistej rewizji polscy oficerowie zostali rozdzieleni i zamknięci w pojedynczych pomieszczeniach piwnicznych. Po kilku dniach przewieziono ich oddzielnie na ulicę Ofiarną, w pobliżu Placu Łukiskiego, do gmachu siedziby NKGB, gdzie w czasie okupacji niemieckiej mieściła się centrala Gestapo. Pozostali tam w separatkach więziennych. ***Podobny los spotkał wszystkich oficerów sztabowych Okręgu Wileńskiego. Rozbrojonych podstępnie, pędzono jak kryminalistów do piwnic, ustawiając niektórych twarzami do ścian. Sponiewierani polscy oficerowie, sądząc, że za chwile podzielą los swych kolegów z Katynia szeptali słowa modlitwy, żegnając się z tym światem. Jednakże tym razem wspaniałomyślni sojusznicy nie spieszyli się z uśmiercaniem aresztowanych. Zamknięto ich jak zbrodniarzy wojennych w celach więziennych.
Edmund Banasikowski,„Na zew ziemi wileńskiej”,Warszawa–Paryż 1990.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.