Wielcy Polacy

Ks. kard. Stefan Sapieha 1867–1951

Aby ta wielkość trwała i tworzyła przyszłość narodu i Kościoła

„Tutaj stoi pomnik kardynała, przed Franciszkanami. Książę Niezłomny… A ja mam jeszcze w pamięci jego twarz, jego rysy, jego słowa, jego powiedzenia… Lata płyną naprzód, już wielu nie pamięta księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy. Ci, którzy pamiętają tak jak ja, mają obowiązek przypominać, aby ta wielkość trwała i tworzyła przyszłość narodu i Kościoła na tej polskiej ziemi. Bóg Ci zapłać, Księże Kardynale, za to, czym byłeś dla nas, dla mnie, dla wszystkich Polaków strasznego okresu okupacji. Bóg Ci zapłać” – mówił Ojciec Święty bł. Jan Paweł II z okna krakowskiego pałacu arcybiskupiego podczas pielgrzymki do Ojczyzny w 1999 roku.

Metropolita krakowski ks. kard. Adam Stefan Sapieha posiadał ogromy autorytet. Był arystokratą nie tylko z urodzenia, ale także z ducha i charakteru. Stanowczy, nieugięty, w swych poglądach, łączył godność z prostotą. Człowiek niezwykle żarliwej modlitwy, wielkiej serdeczności, dobroci, skromności. Nigdy nie przeszedł obojętnie wobec ludzkiej krzywdy i biedy. Kochany przez lud. Wywoływał bezsilność wrogów. Progów jego pałacu przy Franciszkańskiej nie przekroczyło ani gestapo, ani UB. Dopiero po jego śmierci komuniści mogli się na nim zemścić, urządzając proces kurii krakowskiej. Na rok przed wyborem na Stolicę Piotrową ks. kard. Wojtyła napisał: „Wielkość Kardynała uwydatniała się nade wszystko w czasach trudnych, w sytuacjach krańcowych. Miał wtedy duszę miłosiernego Samarytaniana, a równocześnie odziedziczoną po całych pokoleniach świadomość, że „Bóg mu powierzył honor Polaków…”. I tę powinność wypełnił do końca, umierając w czasie dla Polski „krańcowym”, w środku stalinowskiej nocy. Dobre imię odziedziczył już po swych przodkach. Dziadkowi Leonowi, kawalerowi orderu Virtuti Militari, carskie władze skonfiskowały majątek. Rodzina przeniosła się do Galicji i osiadła w Krasiczynie. Patriotyczne tradycje podtrzymywał ojciec kardynała, Adam Stanisław. Za udział w Powstaniu Styczniowym trafił do austriackiego więzienia. Jego niepodległościowe sympatie prowadziły niekiedy do współpracy z radykalnymi ugrupowaniami. Zyskał więc miano „czerwonego księcia”. Zgodnie z tradycją, narodziny piątego już syna Sapiehów, upamiętnił kolejny dąb zasadzony w krasiczyńskim parku. Okazałe drzewo rośnie do dzisiaj.Młody książę otrzymał staranne wykształcenie prawnicze, teologiczne i dyplomatyczne, studiując w uniwersytetach Wiednia, Krakowa, Innsbrucku, Rzymu. Święcenia kapłańskie przyjął w 1893 roku z rąk biskupa Jana Puzyny. Podczas rzymskich studiów nawiązał wiele cennych kontaktów, poznał watykańskie zwyczaje. Już wtedy zyskał opinię orędownika i nieoficjalnego reprezentanta spraw polskich. Pracował w najbliższym otoczeniu Ojca Świętego Piusa X, co zaowocowało także konkretnymi decyzjami uwzględniającymi już polskie interesy.

„Krzyż mi łukiem przemierza”

Zakończeniem tego okresu była nominacja biskupia i objęcie Diecezji Krakowskiej w 1911 roku. W swe godło wpisał Crux mihi foederis arcus (Krzyż mi łukiem przemierza). Kapelusz kardynalski przywdział dopiero w 1946 roku. Podczas studiów w rzymskiej akademii co niedzielę odwiedzał ubogich owczarzy mieszkających w najbiedniejszych wioskach. Kiedyś przez 30 godzin czuwał w nędznym szałasie u boku umierającego pasterza. Ta wrażliwość cechowała całe życie księcia kardynała. W Jazłowcu, swej pierwszej parafii, wspomagał wiernych podczas epidemii cholery. Wdzięczni parafianie nazwali go „naszym książątkiem”. Obejmując krakowskie biskupstwo od razu przystąpił do organizowania parafialnych komitetów pomocy ubogim. Wybuch I wojny światowej powiększył obszary nędzy. Biskup Sapieha natychmiast rozwinął akcję charytatywną, powołując Krakowski Biskupi Komitet Pomocy dla Dotkniętych Klęską Wojny, potocznie zwany Książęco-Biskupim Komitetem (KBK). Dary napływały z całego świata. Efekty sapieżyńskiej akcji były imponujące, a zaangażowania się tysięcy Polaków w dzieło miłosierdzia – niewymierne. Wiele powstałych wtedy instytucji działało nadal po wojnie. Wobec nowych wyzwań książę biskup inicjował komitety: pomocy biednym, bezrobotnym, głodnym, dotkniętym klęską głodu, mrozów… Wspierał tworzący się „Caritas”. Podczas swych spacerów Plantami wstępował często do jadłodajni dla ubogich i zasiadał do posiłku razem z żebrakami, niejednokrotnie obdarowując ich drobną sumą. W latach II wojny, pod jego duchowym przewodnictwem i wsparciem, działała Rada Główna Opiekuńcza, jedyna polska organizacja dobroczynna uznana przez okupanta. Po 1945 roku znów odbudowywał „Caritas”. Sam nadzorował rozdział darów, sprawdzał potrzeby. Często zagraniczna pomoc nadchodziła po prostu na adres: „Archibishop Sapieha, Cracow, Poland”. Na stałe przylgnęło do niego określenie – Wielki Jałmużnik. Jego dziad i ojciec zbrojnie walczyli o niepodległą Polskę. On jej doczekał. 11 listopada 1918 roku odprawił uroczyste nabożeństwo. W wawelskiej katedrze zabrzmiało podniosłe Te Deum…. Z biskupim błogosławieństwem wyruszały na odsiecz Lwowa żołnierskie oddziały. Rok później mówił: „chwila obecna dana nam przez Boga po to, aby w niej budować gmach Ojczyzny naszej. Zmarnować nam tej chwili nie wolno, jesteśmy za nią przed Bogiem odpowiedzialni. Wyrzec się nam trzeba siebie, a ofiarą z osobistych interesów kłaść podwaliny pod państwowość polską”. W 1925 roku został metropolitą, obejmując powołaną wtedy Metropolię Krakowską. Lista jego działań duszpasterskich wydaje się nie kończyć. Powoływał nowe parafie, budował kościoły, sprowadzał zakony, erygował nowe. Wspierał instytucje naukowe, prasę katolicką, po wojnie założył „Tygodnik Powszechny”. Zaangażowany był w tworzenie struktur Akcji Katolickiej. Szczególnie dbał o wykształcenie księży, rozbudował krakowskie seminarium duchowne. Książę biskup miał również wrogów. „Wychowanie religijne dla Boga jest najskuteczniejszym wychowaniem dla narodu i państwa” – uważał. Takie poglądy wywoływały liczne ataki lewicującego Związku Nauczycielstwa Polskiego. W londyńskich „Wiadomościach”, Wacław A. Zbyszewski wyrażał opinię kręgów lewicowej inteligencji: „Nie odznaczał się wybitnym umysłem”, reprezentował „całą tradycję polskiego katolicyzmu, antyintelektualnego i opierającego się na wierze maluczkich”. W 1937 roku doszło do głośnego konfliktu ze środowiskami piłsudczykowskimi, wobec których miał kiedyś powiedzieć: „chcecie budować socjalistyczną i żydowską Polskę – ja do tego ręki nie przyłożę”. Powodem był spór o miejsce pochówku marszałka Piłsudskiego. Premier Felicjan Sławoj-Składkowski podał się do dymisji. Wacław Sieroszewski, prezes Polskiej Akademii Literatury wzywał nawet do aresztowania biskupa, inni chcieli pozbawić go stanowiska, wygnać z kraju. Tłum manifestantów spalił kukłę księcia Sapiehy, w pałacu arcybiskupim wybito szyby. Podczas jednego z wyjazdów do Watykanu powiedział na dworcu: „Pamiętajcie dać mi znać do Rzymu, gdyby na moje miejsce zamierzano przysłać jakiegoś majora”.

„Nie mogą mnie kupić…”

Od pierwszych dni niemieckiej okupacji książę Sapieha zaangażował się w pomoc społeczeństwu. Po wyjeździe Prymasa Hlonda, to on stanął na czele polskiego Kościoła w kraju. Przyczynił się do zwolnienia krakowskich profesorów wysłanych do obozów koncentracyjnych. Wielokrotnie interweniował w sprawach aresztowanych, domagał się zwiększenia racji żywnościowych, protestował przeciwko terrorowi okupanta. Pisał listy, memoriały, angażował zagraniczne środowiska, zabiegał o pomoc dla wysłanych na roboty do Niemiec. Słynne stało się odrzucenie, w dniu urodzin Hitlera, zaproszenia gubernatora Hansa Franka. Niemcy nie mieli złudzeń co do roli Sapiehy, Frank nazwał go „głową idei niepodległości narodowej”. Powszechnie opowiadano, jak książę metropolita przyjął gubernatora, podając na stół – suchy chleb i marmoladę z brukwi. W rzeczywistości Frank nigdy nie przestąpił progów pałacu przy ulicy Franciszkańskiej, będącego wtedy miejscem szczególnie żarliwej modlitwy księcia. Z potencjałem ogromnego autorytetu książę metropolita wkraczał w okres rządów komunistycznych. Z nową władzą rozmawiał, spotykał się, niektórzy odczytali to jako wsparcie dla niej. Tymczasem już wiosną 1945 roku podpisał memoriał do Bolesława Bieruta, domagający się zaprzestania represji wobec żołnierzy Armii Krajowej. Wkrótce powstały kolejne listy. Napominał w coraz ostrzejszym tonie. W sierpniu 1948 roku, podczas jednego z ostatnich wyjazdów na Zachód, spotkał się z amerykańskim ambasadorem w Moskwie, Averellem Harrimanem. Zapytany o własne perspektywy odpowiedział mu: „No cóż, komuniści będą najprawdopodobniej unikać, w każdym razie jeszcze przez jakiś czas, bezpośrednich ataków na mnie. W społeczeństwie będą różnymi sposobami podrywać zaufanie do mnie. (…) Komuniści wiedzą, że nie mogą kupić ani mnie, ani żadnego biskupa, więc każdy chwyt jest przydatny do podrywania zaufania i siania podejrzeń”. Wkrótce reżim uderzył w „Caritas”, aresztowano księży. Książę metropolita przygotował dokument stwierdzający, że gdy znajdzie się w rękach UB, wszystkie jego oświadczenia „nie są wolne i nie przyjmuję je za swoje”. Wkrótce ciężko zachorował. 23 lipca 1951 roku uderzenia Dzwonu Zygmunta oznajmiły krakowianom śmierć kard. Sapiehy. Przed arcybiskupim pałacem zaczęły gromadzić się rzesze wiernych. Jego pogrzeb zgromadził kilkadziesiąt tysięcy osób. Kondukt kroczył ulicami pokrytymi dywanem kwiatów, aby dotrzeć na Wawel, gdzie u stóp konfesji św. Stanisława złożono prochy „Księcia Niezłomnego”.

Jarosław Szarek

Comments are closed.