Historia we wspomnieniach

Aby zachować wolność potrzeba poświęcenia i ofiary

Pomnik Chwała Zwyciężonym na warszawskich Powązkach wojskowych

1 sierpnia 1944 roku żołnierze Armii Krajowej stanęli w Warszawie do walki z niemieckim okupantem. Przez 63 trzy dni opanowane przez powstańców dzielnice stolicy były skrawkiem wolnej Polski. Entuzjazm ludności, która wyzwoliła się z niemieckiej okupacji, był ogromny. Niemal natychmiast zaczęły się organizować wszystkie struktury działającego dotychczas w konspiracji Polskiego Państwa Podziemnego. Wyzwolenie Warszawy przez Armię Krajową miało stać się ostatnią próbą ratowania niepodległości Polski. Mimo ogromnego zapału i ofiarności miasto zostało skazane na zagładę. Za Wisłą Stalin nie tylko zatrzymał swe czołgi, Moskwa odmówiła nawet zgody na lądowanie na swych lotniskach alianckim i polskim załogom samolotów latających z Włoch ze zrzutami dla walczącej stolicy. W Warszawie zginęło 18 tys. powstańców, ponad 20 tys. zostało rannych, 15 tys. oddało się do niewoli. Wśród ludności cywilnej śmierć poniosło ponad 150 tys. osób, 50 tys. wywieziono do obozów koncentracyjnych, a 150 tys. na przymusowe roboty do Rzeszy. Resztę mieszkańców ewakuowano na Kielecczyznę i w Krakowskie. Niemcy stracili 26 tys. zabitych, zaginionych i rannych. Do stycznia 1945 roku czyli do sowieckiej ofensywy, niemieckie lotnictwo zgodnie z rozkazem dowódcy SS Heinricha Himmlera równało z ziemią stolicę Polski. Poniżej zamieszczamy fragment wypowiedzi Prymasa Polski ks. kard. Stefana Wyszyńskiego „Ofiarny ołtarz powstańczej Warszawy” z 4 października 1961 roku, na temat sensu ofiary Powstania Warszawskiego. Prymas Wyszyński, którego 110. rocznica urodzin mija 3 sierpnia, był kapelanem Armii Krajowej oraz pełnił posługę duszpasterską w powstańczym szpitalu.

Krzyż, chociaż ugiął Chrystusa, wyprostował ludzkość. Dlatego stał się dla ludzkości znakiem nadziei. Ludzkość patrzy z ufnością ku krzyżowi, bo na nim jest wywyższenie człowieka. Krzyż jest podniesieniem człowieka z pyłu drogi życiowej, którą przeszedł Chrystus, a przez którą my wszyscy idziemy za Nim. Z kalwaryjskiej drogi ludzkości krzyż nieustannie dźwiga człowieka i przypomina Chrystusowe słowa: „A ja, gdy nad ziemię podwyższony będę, wszystko do siebie przyciągnę” (J 12,32). To jest zadanie Chrystusowego krzyża: podnosić i dźwigać. Poświęciliśmy ołtarz, który został w tej świątyni wysunięty na środek prezbiterium. Ma on nam mówić o wielkiej ofierze, która się tu dokonała i która uzupełnia bezkrwawą ofiarę Jezusa Chrystusa, przed chwilą złożoną. Kto zna historię Powstania Warszawskiego, ten wie, że był dzień, w którym ulica Piwna, biegnąca w kierunku Placu Zamkowego, wypełniona była ludem, oczekującym – na mocy umowy z Niemcami – wyjścia ku części miasta nie objętej pierścieniem walki. I właśnie wtedy, gdy miały się za chwilę otworzyć barykady powstańcze, nadleciały samoloty i rozpoczęła się tragedia. Ofiarą jej padł kościół Świętego Marcina i lud, który się w nim schronił. Świątynia ta, która sklepieniami przykryła setki ginących ludzi, stała się wielkim ołtarzem ofiarnym. Olbrzymie uzupełnienie dała wówczas Warszawa do Chrystusowej ofiary, którą wspólnie składają kapłani i lud wierny na ołtarzach Kościoła świętego. Gdy rozpoczynaliśmy Najświętszą Ofiarę, kapłani wezwali Was, najmilsze dzieci Boże, abyście złożyli na ołtarzu swe skromne dary ofiarne. Pomyślcie o tych, których dzisiaj wspominamy, a którzy złożyli na ofiarnym ołtarzu powstańczej Warszawy największą ofiarę, bo – z życia własnego. Na ścianach tej świątyni znajdują się tablice, poświęcone bohaterom. Straszne to były dni, ale jakże wspaniałe! Okryły stolicę narodu, który chciał być wolny, nową chwałą, albowiem naród – przez synów swoich walczących w Warszawie – zaświadczył, że pragnie wolności i ma do niej całkowite prawo. Warszawa – Miasto Nieujarzmione! Chociażby miało ufać przeciwko nadziei – niezwyciężone! Bo nawet wtedy, gdy padną wszyscy, pozostanie jeszcze sprawa i prawo do wolności. I chociażby pozostały góry ciał, przykryte gruzami, to jeszcze ofiary te są małe, w porównaniu do wielkiego prawa, jakie ma człowiek, naród i ludzkość: prawa do wolności. Wielkie jest prawo do wolności! Złożył je w naturze człowieka sam Bóg. Jest ono tak wielkie, że poruszyło nawet niebo i głosem swoim doszło do łona Trójcy Świętej, wstrząsając niejako wewnętrznym szczęściem samego Boga. Oto Ojciec Niebieski nie przyjął ofiar Starego Zakonu, składanych Mu ze zwierząt na Syjonie, ale Synowi swojemu ciało sposobił, ażeby Bóg-Człowiek złożył je w obronie wolności swych braci. Przez krzyż, ofiarę z ciała i krwi swojej, Chrystus wyzwolił człowieka. Aż tak potężne jest prawo do wolności! Właśnie dlatego, ażeby je zachować i ochronić, a przez to obronić godność człowieka, jako istoty rozumnej i wolnej, trzeba umieć się poświęcać i składać ofiary. Poniżej poziomu wolności osobistej, jako właściwości rozumnej natury ludzkiej, człowiek, który biernie przyjmuje narzuconą mu niewolę, już się właściwie deklasuje i przestaje być pod jakimś względem pełnym człowiekiem. I naród, który nie umie walczyć o swoją wolność, już się właściwie zdeklasował, stając poniżej swej wysokiej godności. Trzeba dopiero olbrzymich ofiar i potężnych wstrząsów, ażeby otrzeźwiał człowiek, który nie broni już wolności swojej osoby jako istoty rozumnej, i naród, który nie pełni już powinności wobec najsłuszniejszego i najpotężniejszego swego prawa, jakim jest wolność. Dlatego też obrońca wolności, Jezus Chrystus, chociaż „zgorzał” – jak widzimy to na krzyżu, wiszącym na wprost ambony – jednakże zadanie swoje wypełnił. My również postanowiliśmy – zda się – wbrew nadziei podźwignąć świątynię, która wyglądała jak ten spalony i zgorzały do połowy – Chrystus. Składaliśmy olbrzymie ofiary pracy, poświęcenia i trudu, ażeby odrosła nam, jak rośnie w naszych duszach Chrystus, którego w bolesnych czasach męki i cierpienia lepiej zrozumieliśmy. Dziś mamy większy głód jedynego Boga, który umie za człowieka umierać. Już nie mogą nam imponować „bogi”, które nie są zdolne umrzeć za człowieka, natomiast umieją łatwo człowiekowi śmierć zadawać. W bolesnych doświadczeniach odwracamy się od bogów śmiercionośnych i zwracamy się do Boga, który daje życie i wolność, ciągle podnosząc człowieka z upadku. „A Ja, gdy nad ziemię podwyższony będę, wszystko do siebie przyciągnę” (J 12, 32). To jest wywyższenie człowieka! Ojciec Święty Pius XII mówił w czasie Powstania o Warszawie, która stała się wielkim „płonącym tyglem”. Takim tyglem było Stare Miasto i ta świątynia. Papież zanosił modlitwy, aby w żarzącym się tyglu spłonęło tylko to, co słabe i liche, a ocalało i oczyściło się to, co wielkie i szlachetne, co jest prawdziwym i największym dobrem – miłość. I my ciągle musimy czuwać nad tym, aby we wszelkich udrękach oczyszczała się nasza miłość, abyśmy umieli miłować nawet nieprzyjaciół. To jest szczyt chrześcijaństwa i szczyt postępu ludzkości: miłować nieprzyjaciół i umieć modlić się za nich. O co? O miłość dla nich! Jest to rzecz trudna, nawet bardzo trudna, ale najważniejsza. Cóż nam bowiem pomoże wszystko, jeśli miłości mieć nie będziemy? Chociażbyśmy ciała wydali, iżby gorzały, a miłości byśmy nie mieli, nic nam to nie pomoże. Trzeba kochać tak, aby nawet spłonąć jak Chrystus na krzyżu, spalony w ogniach Powstania. Taka miłość nikomu nie szkodzi, a wszystkich ratuje. Ale jeśli kochamy tylko tak, aby za wszelką cenę zachować siebie, to chociażbyśmy się do całego świata uśmiechali, nic nam to nie pomoże. Ordo caritatis wymaga, aby zacząć miłować naprzód we własnym domu swoich najbliższych, których zawsze kochać najtrudniej, bo chodzimy z nimi na jednej desce i ciągle się o nich ocieramy. To jest trudne, ale chrześcijaństwo łatwe nie jest! Dlatego też rzadko jest dobrze rozumiane. Trudno jest zrozumieć świętego Pawła, gdy zachwala: „Ale co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jeno z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Ga 6, 14). Dlatego tak rzadko ludzie mogą zdobyć się na ofiarę z siebie, aby ratować innych. Mąż nieczęsto zdobywa się na ofiarę z siebie, aby ratować żonę, i żona podobnie, chociaż już częściej, zdobywa się na milczącą ofiarę, aby ratować męża. Podobnie rodzice muszą się zdobywać na ofiarę, aby ratować dzieci. Idąc po linii hierarchii społecznej, wszędzie musi być pełna miara miłości, tak, iżby przelewała się na innych. Dopiero wtedy w całym świecie zwycięży miłość! I my pragniemy doczekać się takiej miłości w Domu Ojczystym! Idzie teraz o to, aby Stolica, która umiała płonąć, zawsze gotowa do wszelkiej, całopalnej ofiary, tak, iż zupełnie zgorzała, umiała obecnie, po swych bolesnych doświadczeniach – żyć w miłości. Bo ponad to wszystko – większa jest miłość… (por. l Kor 13,13)…Słowo Prymasa Polski ks. kard. Stefana Wyszyńskiegopo poświęceniu nowego ołtarza w kościele św. Marcina w Warszawie, wygłoszone 4 października 1961,[w: ] Stefan Kardynał Wyszyński Prymas Polski,„W sercu stolicy”, Warszawa 2000.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.