Historia we wspomnieniach

Wiara, nadzieja, solidarność

Anna Walentynowicz (1929–2010) podczas wizyty w Krakowie w 2006 r.

14 sierpnia 1980 roku kilku sympatyków Wolnych Związków Zawodowych (WZZ), uznawanych przez komunistyczne władze za nielegalne i działających od 1978 roku w Gdańsku na rzecz powołania niezależnych od władz związków zawodowych, zorganizowało strajk kilkunastotysięcznej załogi Stoczni im. Lenina. Powodem protestu było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz, suwnicowej zatrudnionej w stoczni od 1950 roku. Była odznaczona Brązowym, Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi. Od 1978 roku zaangażowała się w działalność w Wolnych Związkach Zawodowych. Występowała odważnie przeciwko łamaniu praw pracowniczych, zasad BHP, broniła kolegów, czym zdobyła duży autorytet w stoczni. „Pokazują mi ją koledzy: – To jest właśnie Anna Walentynowicz. Popatrzyłem z ciekawością i szacunkiem. Nie podszedłem, nie śmiałem. Ja – zwykły robotnik – i ona – taka sławna! Wiedziałem, jaka jest dzielna, jak walczy i jak z nią walczą. Z całego serca byłem po jej stronie. Ja również doświadczałem na własnej skórze doli szeregowego pracownika stoczni” – wspominał Piotr Maliszewski. Po trzech dniach strajk przerodził się w protest solidarnościowy, a członkowie wyłonionego Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego sformułowali 21 postulatów, na czele z żądaniem powołania niezależnych związków zawodowych. Z tego protestu – popartego przez setki zakładów w całej Polsce – narodził się ruch „Solidarności”, który zmienił Polskę. Poniżej przedstawiamy fragment wspomnień Anny Walentynowicz, opisującej początki strajku.

Pod samą bramę podjechał samochód z delegacją stoczniowców – wspaniałych kolegów, którzy stanęli w mojej obronie. (…) Ze zdumieniem patrzę, jak – na polecenie młodych robotników – strażnicy potulnie otwierają bramę. Jakaś kobieta podaje mi bukiet róż – chyba zerwanych z klombu pod budynkiem dyrekcji. Ktoś powiedział, że ludzie chcą mnie widzieć, mam wejść na koparkę. Z kwiatami w ręku wdrapuję się na jej dach. Gardło ściśnięte wzruszeniem, w oczach łzy. Morze głów, cała załoga stoczni, chyba szesnaście tysięcy osób i wszystkie oczy zwrócone w moją stronę.
I te transparenty z moim nazwiskiem! Jestem oszołomiona i szczęśliwa. Co mogę im powiedzieć? Że są wspaniali, że nie zawiedli, że walczyłam właśnie o to, by poczuli się silni i przestali się bać?
– Dziękuję, bardzo wam dziękuję – mówię prawie szeptem i schodzę w dół, w ten ogromny, przyjazny tłum.

***

Decyzja o dalszych losach strajku miała zapaść demokratycznie – w głosowaniu. Zgodziliśmy się na powiększenie naszego grona o dodatkowych przedstawicieli załogi. Przybyło 48 osób – po dwie z każdego wydziału. (…) Na tej sali ci, którzy uważali, że strajk należy kontynuować, że jest jeszcze parę spraw do załatwienia, a taka okazja może się nie powtórzyć – stanowili mniejszość. Szczęśliwy Wałęsa wstał, odśpiewał „Jeszcze Polska…” i ogłosił zakończenie strajku. Z głośników popłynęły słowa:
„Wszyscy pracownicy muszą opuścić stocznię w celu zabezpieczenia zakładu przez straż przemysłową”. A przywódca strajku szedł już do dyrektorskiego gabinetu, by „uzgadniać szczegóły”.
Zaskoczonym, zdezorientowanym ludziom zdążył jeszcze rzucić:
– No i co tak stoicie? Idźcie do domu, odpocznijcie. Strajk zakończony. Obiecałem dyrektorowi, że odpracujemy te trzy dni.
Stałam przed salą BHP ogłupiała i bezradna. Dlaczego to zrobił? Dlaczego zmarnował ogromną szansę, jaką był zgodny protest szesnastotysięcznej załogi stoczni i setek popierających nas zakładów pracy z całej Polski? Z nadzieją patrzył na nas cały kraj, patrzył świat, a my? Co osiągnęliśmy?
Dwie przywrócone do pracy osoby i parę złotych do kieszeni. Co z Wolnymi Związkami Zawodowymi? Kiedy Andrzej Kołodziej – jeszcze przed poddaniem strajku – przypomniał Wałęsie, że stoi całe Trójmiasto, że jest okazja, żeby zalegalizować WZZ, ten zachrypiał: – Czego chcecie? Dyrektor więcej załatwił, niż żądaliśmy.
Gwiazdowie, Borusewicz, inni działacze opozycji już nie byli mu potrzebni. Czuł się ważny, najważniejszy. Zapomniał o wszystkim, czego się dowiedział na szkoleniach? O więźniach politycznych, o fałszowanej historii Polski, o manipulacjach i nie spełnionych obietnicach władzy? O tym, że jedyną szansą, aby robotnik mógł żyć godnie, jest silny, niezależny związek zawodowy w wolnym kraju? (…) Obok mnie stała Alinka Pieńkowska. Podszedł do nas Marek Mikołajczyk, Tadeusz Szczudłowski i młody lekarz, Darek Kobzdej z Ruchu Młodej Polski. Darek rzucił pytanie:
– No i co? Załatwiliście swoje sprawy, a co będzie z mniejszymi zakładami, które was poparły? Przecież oni ich rozwalcują.
Alinka chwyciła mnie za rękę:
– Pani Aniu, ogłaszamy strajk solidarnościowy. Musimy nadać komunikat.
W sali BHP mikrofony już wyłączone. A z głośników co kilka minut powtarzany jest komunikat o zakończeniu strajku. Słyszy go Stocznia Remontowa i Północna, Elmor i PKS, wie już całe miasto…
Co robić? Jak zatrzymać ludzi? Biegniemy obie w kierunku trzeciej bramy, bo tamtędy wychodzą najliczniejsze wydziały: K-l, K-3 i C. Z trudem łapię oddech:
– Trzeba zamknąć bramę, kontynuować strajk… Chyba nie słyszą. (…) Rozpłakałam się. I wtedy zobaczyłam w akcji tę, zawsze cichutką, delikatną i nieśmiałą Alinkę [Pieńkowską]. W różowej bluzce, z jasnymi, spadającymi na ramiona włosami, stała na jakiejś plastikowej beczce i mówiła spokojnie, ale i stanowczo:
– Ogłaszamy strajk solidarnościowy. Naszym obowiązkiem jest pomóc tym, co nam pomogli. Bez nas się nie obronią…
– Ma rację – zawołał jakiś młody człowiek i przystąpił do zamykania bramy. Zostały jeszcze dwie – szeroko otwarte – przez które nieustannie wypływał wielotysięczny tłum ludzi.
W pobliżu bramy nr 1 spotykamy Lecha. Idzie, otoczony tłumem, kierując się ku wyjściu. Dumny jak paw, lekko podchmielony – widać, że „uzgadnianie szczegółów” z dyrektorem poszło gładko. Zatrzymujemy go, gorączkowo mu tłumaczymy, że nie wolno nam myśleć tylko o sobie, że błąd, jaki popełniliśmy, można jeszcze naprawić. Jest bardzo zdziwiony, po chwili wpada w złość:
– O co wam chodzi, przecież strajk jest zakończony.
Ostra wymiana zdań. Już wtedy był przekonany o własnej nieomylności. Nie lubił, gdy ktoś ośmielał się wątpić w słuszność jego decyzji. Nie ustępowałyśmy. Wreszcie coś do niego dotarło. Chyba zrozumiał, że jeśli nas nie posłucha – ster wymknie mu się z rąk.
– Dobra, idę z wami.
Myślę, że nigdy mi tego nie zapomniał… i nie wybaczył. Baby, dla których – jego zdaniem – nie ma miejsca w polityce, zmusiły go do zmiany planów. Tylko gdzie byłby teraz, gdybyśmy wówczas nie stanęły mu na drodze?
W stoczni zostało około dwóch tysięcy ludzi. (…) Wiedzieliśmy, że z wieloma jeszcze problemami będziemy musieli sobie poradzić. Do kogo mieliśmy się zwrócić, jeśli nie do naszych wypróbowanych przyjaciół i nauczycieli? Gwiazdowie, Borusewicz, Maryla Płońska, Leszek Kaczyński… Przyjęli zaproszenie, gotowi dzielić z nami dole i niedole. Wtedy wszystko było wielką niewiadomą. Każda kolejna godzina mogła być naszą ostatnią. Dwa tysiące bezbronnych ludzi, dobrowolnie zamkniętych na rozległym terenie stoczni. Odżywała pamięć Grudnia – czołgi, helikoptery, strzały… Nie powtórzymy błędów sprzed dziesięciu lat. Obwarujemy się w stoczni, będziemy jej strzec w dzień i noc, nie wpuścimy nikogo obcego. I musi być nas więcej!
Tysiące ludzi – przekonanych o tym, że strajk się zakończył – odpoczywało spokojnie w swoich domach, by w poniedziałek wrócić do pracy. Zmobilizowanie ich do powrotu, do przyłączenia się do nas – to kolejne ważne zadanie. Jutro niedziela… I nagle pojawia się zbawienna myśl: Msza święta! Przyjdą! Spotkamy się znów wszyscy razem.
Oczywiście, Mszę świętą odprawi ksiądz Henryk Jankowski, on nam zawsze sprzyjał. Uroczyste nabożeństwo zaplanowaliśmy na dziewiątą rano. Na przygotowania zostało nam kilkanaście godzin. Użyliśmy wszystkich dostępnych sposobów, by powiadomić nieobecnych kolegów. Ludzie, gromadzący się pod bramą, roznosili wieść po mieście. Jako „kurierów” wykorzystywaliśmy członków naszych rodzin. Skutecznie. Do stoczni wróciło kilkanaście tysięcy osób. Prawie cała załoga. (…) Ważne było to, że znów jesteśmy razem. I że za chwilę zjednoczymy się jeszcze bardziej, we wspólnej modlitwie u stóp – zbudowanego rękami stoczniowców – krzyża z potężnych, drewnianych belek.
Tadeusz Szczudłowski z ROPCiO zaproponował, żeby ten krzyż ustawić w pobliżu bramy nr 2, ku czci poległych w Grudniu. (…)
Mszę świętą celebrował ks. Jankowski. Odpływały gdzieś straszliwe napięcia, wątpliwości i strach. Kojące słowa znanych, powtarzanych od lat modlitw, nabierały nowej treści. Jednoczyły, dodawały sił. Na skupionych twarzach można było bez trudu wyczytać ogromne wzruszenie, głęboką wiarę i nadzieję. Komunię świętą przyjmowały tysiące. Odchodzili od polowego ołtarza spokojni, godni, gotowi już na wszystko.
– Po dwudziestu latach przystąpiłem do spowiedzi – po pobrużdżonej zmarszczkami twarzy niemłodego robotnika płyną strumyczki łez.
Nie wstydził się ich. Ja też. Płakałam, bo jeszcze nigdy nie przeżywałam tak głęboko radości z uczestniczenia w nabożeństwie; cieszyłam się za tych wszystkich, którzy powrócili do Boga; czułam ogromną ulgę, że udało się pokonać „tor przeszkód” i wymusić zgodę tych, co rządzą, na odprawienie Mszy świętej w stoczni…

Anna Walentynowicz, Anna Baszanowska,
„Cień przeszłości”,
Wydawnictwo „Arcana”, Kraków 2005.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.