Z „Zapisków więziennych”

Obrona duszy, rodziny, narodu, Kościoła

fot. Archiwum Instytutu Prymasowskiego Stefana Kard. Wyszyńskiego w Warszawie

Przyjechaliśmy z powrotem do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia. Wjechaliśmy w puste podwórze gospodarcze klasztoru Ojców Kapucynów. Dość długo czekałem w wozie, zanim „pan w ceracie” zaprosił mnie do wnętrza brzydkiego budynku. Wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze. Oświadczono mi, że to jest miejsce mego pobytu, że nie należy wyglądać oknem. Nadto dowiedziałem się, że za kilka dni będzie przeprowadzona ze mną rozmowa na temat mej obecnej sytuacji. Mój konwojent usłyszał raz jeszcze dokładnie sprecyzowane moje stanowisko wobec faktu dokonanego.
Protestuję na jego ręce przeciwko gwałtowi, przeciwko sposobom postępowania z obywatelem, którego państwo mogło dosięgnąć w inny sposób, zgodny z Konstytucją. Protestuję przeciwko uniemożliwieniu mi sprawowania rządów nad diecezjami gnieźnieńską i warszawską. Protestuję przeciwko pogwałceniu jurysdykcji Stolicy świętej, którą wykonywałem na mocy uprawnień specjalnych. Oświadczam, że czyn dokonany przez Rząd jest bardzo szkodliwy dla Rządu, gdyż spowoduje ataki radia i prasy zagranicznej. Protestuję przeciwko zakazowi spoglądania przez okno.
Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawnego zamieszkania przez któregoś z Ojców Kapucynów. Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: „Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. To był pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielką radość. Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: pro nomie Jesu contumelias pati. Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego. W ten sposób wypełniła się w części zapowiedź, którą w roku 1920 na wiosnę dał nam profesor liturgiki i dyrektor Seminarium Niższego we Włocławku, ksiądz Antoni Bogdański. Niezapomniany ten człowiek podczas pewnego wykładu liturgii powiedział: „Przyjdzie czas, gdy przejdziecie przez takie udręki, o jakich człowiek naszego wieku nawet myśleć nie umie. Wielu kapłanom wbijać będą gwoździe w tonsury, wielu z nich przejdzie przez więzienie”… Niewielu z moich kolegów zapamiętało te słowa. Zapadły mi one głęboko w duszę. Gdy w roku 1939 odwiedzałem księdza Bogdańskiego w Skulsku na łożu śmierci, pamiętałem o nich. Kazał mi wtedy gotować się do ciężkiej i odpowiedzialnej drogi, która w życiu kapłańskim mnie czeka. Oczy tego płonącego człowieka patrzyły z głębi zapaści niezwykłym światłem. Na pierwszym zjeździe koleżeńskim, po wojnie, przypomniałem kolegom te słowa; ci, co pozostali, nie robili wrażenia, by je zapamiętali.
Kolegom moim należy się tu choćby krótkie wspomnienie. Otrzymali święcenia kapłańskie z rąk biskupa Stanisława Zdzitowieckiego, w Bazylice Katedralnej Włocławskiej, 29 VI 1924 roku. Było nas razem 17, chociaż nie wszyscy stanęli w tym dniu do święceń, jako że 2 już było na studiach w Lille, a ja znalazłem się w szpitalu, chory od tygodnia na płuca. Z tej gromadki zginęli w Dachau: ksiądz Stanisław Michniewski, ksiądz Julian Konieczny, ksiądz Jan Mikusiński, ksiądz Jan Fijałkowski, ksiądz Zygmunt Lankiewicz, ksiądz Bronisław Placek, ksiądz Stanisław Ogłaza.
Wrócili z obozu koncentracyjnego: ksiądz Józef Dunaj nasz dziekan kursowy, ksiądz Stefan Kołodziejski, ksiądz Wojciech Wolski, ksiądz Marian Sawicki, ksiądz Antoni Kardyński, ksiądz Antoni Samulski. Uniknąłem obozu tylko ja, dzięki temu, że na polecenie biskupa Michała Kozala opuściłem Włocławek na kilka dni przed drugim aresztowaniem duchowieństwa. Jeszcze przed wojną zmarł nasz kolega, ksiądz Konstanty Janic, na gruźlicę. Koledzy, którzy wrócili z obozu, są niemal inwalidami. Ksiądz Kardyński był „królikiem doświadczalnym” i ciężko chorował na zaszczepioną flegmonę. Ksiądz Antoni Samulski dostał się do więzienia polskiego jako dyrektor „Caritas” Diecezji Wrocławskiej i wyszedł zeń z tak złamanym zdrowiem, że nie udało się go uratować.
Takie są dzieje jednego tylko kursu kapłanów polskich w wieku XX. Mój brat Tadeusz odsiedział obozy i więzienia: sowieckie, niemieckie i polskie. Większość księży i biskupów, z którymi pracowałem, przeszła przez więzienia. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie od tych ludzi spotyka?
Kard. Stefan Wyszyński,
„Zapiski więzienne”, „Aresztowanie”, 25 września 1953, piątek
***
Quae utilitas… Jedną przynajmniej można łatwo dostrzec korzyść, jeden grzech mniej. Ci wszyscy, którzy zazdrościli mi tzw. „kariery”, już nie zazdroszczą, gdyż „kariery” zazwyczaj chodzą hiobowymi serpentynami. Bo na pewno dziś nie chcą siedzieć „po prawicy i po lewicy mojej”, chociaż pokoje są wolne. Kariera w Kościele wymaga gotowości, by pójść z Chrystusem i na krzyż, i do więzienia. A choćby to się nie udało, jak Piotrowi, jednak przez to doświadczenie przejść trzeba… Odpada więc wielka liczba zazdrosnych. Wprawdzie nie wszyscy, gdyż w Kościele nigdy nie brakło ludzi gotowych na cierpienie. I ci nie przestali mi zazdrościć, ale ich zazdrość nie jest grzechem.
A jest i ta wielka korzyść, że Oblubienice moje – Gnieźnieńska i Warszawska – odpoczną sobie od tak niefortunnego oblubieńca, który bardziej siebie miłował, niż zaślubione przez Kościół. Ileż udręki można sprawić Kościołowi, gdy człowiek dopiero uczy się „rządzenia i służenia”, gdy już dawno powinien był tę sztukę posiadać. Ale któż zna drogi Boże? Kto z nas wie, kiedy mu powiedzą: „Oto ja posyłam ciebie…”. Gdy przyjdzie czas, wszystko nie jest gotowe. „A przecież Ojcu Świętemu się nie odmawia”. Idzie więc biedny skazaniec do winnicy Pańskiej, licząc jedynie na pomoc łaski stanu. Gdyby przynajmniej nie zawiodła pamięć, że trzeba zawsze pokornie oglądać się na Boga. Niestety, tak łatwo jest zapomnieć, „skąd człowiek wypadł”. Niech więc odpocznie sobie Sponsa Gnesnensis et Sponsa Varsaviensis, tak fatalnie zaślubione słudze nieużytecznemu.
Kard. Stefan Wyszyński,
„Zapiski więzienne”, „Stoczek
Warmiński”, 26 stycznia 1954, wtorek
***
…Warto myśleć o „obronie Jasnej Góry” roku 1955. – Jest to obrona duszy, rodziny, Narodu, Kościoła – przed zalewem nowych „czarów”. Moja „Jasna Góra” ściśniona zewsząd wałem udręki; walą pociskami „zabobonu” i „wstecznictwa” – w „Kurnik”. Przed 300 laty „Kurnik” ocalał i trwa do dziś dnia.
„Obrona Jasnej Góry” dziś – to obrona chrześcijańskiego ducha Narodu, to obrona kultury rodzimej, obrona jedności serc ludzkich – w Bożym Sercu, to obrona swobodnego oddechu człowieka, który chce wierzyć bardziej Bogu niż ludziom, a ludziom – po Bożemu.
Kard. Stefan Wyszyński,
„Zapiski więzienne”, „Prudnik Śląski”, 18 grudnia 1954, sobota
***
Frumentum Christi sum: dentibus bestiarum molar, ut panis mundus inveniar – słowa wkładane w usta świętego Ignacego Męczennika, biskupa antiocheńskiego, są głosem heroicznego apostolstwa. Zapewne też są wyrazem wewnętrznej potrzeby ducha człowieka, który zrozumiał nieubłagane następstwa pierwszego kroku kapłańskiego. Właściwie kapłan nigdy nie może się cofać, nawet gdyby posłannictwo jego wiodło pod zęby zwierząt. Bóg ma prawo wszystkiego żądać. Może z lękiem, może z trwogą i przerażeniem – a jednak jest to położenie bez wyjścia. I cała praca nasza ma iść nie w tym kierunku, by uniknąć tych ostatecznych następstw, ale – by dojść do nich z usposobieniem ufności, pogody i pełnego zrozumienia, że tak musi być, bo tego wymaga „Boża racja stanu”. Pszenica i chleb – to kapłańskie narzędzie pracy ofiarniczej. Gdy już ich zabraknie na ołtarzu, pozostaje sam ofiarnik, jak ongiś Chrystus, który po rozmnożeniu chleba – sam się stał Chlebem i ofiarował się „zębom bestii”. Bestie odżywiające się Bogiem – mogą się ubóstwić. Prześladowcy ścierający moją pszenicę na chleb – mogą się nawrócić. Czy można ich pozbawić tej ostatniej szansy ratunku?
Bóg zażądał od kapłanów wieku XX, by wydali ciała swoje jako hostię zastępczą; w tylu obozach koncentracyjnych ostatniej wojny dokonała się ofiara, istna hekatomba Kościoła świętego.
Kard. Stefan Wyszyński,
„Zapiski więzienne”, „Prudnik Śląski”,
1 lutego 1955, środa
***
Brak męstwa jest dla biskupa początkiem klęski. Czy jeszcze może być apostołem? Przecież istotne dla apostoła jest świadectwo Prawdzie! A to zawsze wymaga męstwa.
Przyszłość należy do odważnych, którzy ufają i działają z mocą – mówił Pius XII – nie do bojaźliwych i niezdecydowanych. Przyszłość należy do tych, którzy miłują, a nie do tych, którzy nienawidzą. Posłannictwo Kościoła na tym świecie jeszcze jest dalekie od wypełnienia; wymaga więc nowych doświadczeń i nowych poczynań.
Kard. Stefan Wyszyński,
„Zapiski więzienne”, „Komańcza”, 4 października 1956

Comments are closed.