Historia we wspomnieniach

Bolszewika goń, goń, goń

Witraż w kościele w Komarowie, upamiętniający zwycięską bitwę z 1920 roku

W bitwie pod Komarowem, 31 sierpnia 1920 roku, polscy ułani dowodzeni przez gen. Juliusza Rómmla – w największej od czasów napoleońskich i ostatniej tak ogromnej bitwie kawalerii w XX wieku – pokonali bolszewicką 1 Armię Konną Siemiona Budionnego i zmusili ją do odwrotu za Bug. Po tej klęsce już więcej nie odzyskała swej bojowej siły. Sowieci posiadali kilkakrotną przewagę i po przedpołudniowej, wielogodzinnej walce byli bliscy zwycięstwa. Po stronie polskiej walczyły m.in. 1 Pułk Ułanów Krechowieckich, 12 Pułk Ułanów Podolskich, 14 Pułk Ułanów Jazłowieckich, 9 Pułk Ułanów Małopolskich, 8 Pułk Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego, 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich. O polskim zwycięstwie zadecydowała wieczorna szarża rotmistrza Kornela Krzeczunowicza z 8 Pułku Ułanów. Jest on autorem „Ostatniej kampanii konnej. Działania jazdy polskiej przeciw armii konnej Budionnego w 1920 roku”, wydanej w Londynie w 1971 roku, której fragment zamieszczamy poniżej. Zwycięstwo ułanów upamiętnił również Jerzy Kossak w „Tryptyku bitwy kawaleryjskiej pod Komarowem 31 VIII 1920”.

Sytuacja była nad wyraz groźna. Cała 6 brygada była zaangażowana w kierunku Niewirków–Koniuchy. Na jej bezpośrednie tyły wychodzi cała dywizja bolszewicka, której przeciwstawić możemy trzy liczebnie bardzo słabe, ranną ciężką walką zmęczone pułki. Na północ, południe i wschód od wyżyny, na której walczymy, bagna nie do przebycia. Szansę tej walki stoją 1 : 10. A jeśli nie zwyciężymy, nie uda nam się odrzucić tej chmary, to stracimy całą artylerię i skończymy w bagnach nas otaczających. Czyż cały nasz wysiłek, te duże ofiary rannej bitwy, mają pójść na marne? Czy – jak pod Brodami – uda się Budionnemu wyjść przez nasze trupy z pułapki, w którą sam wszedł? Błyskawicznie przeszły te myśli przez moją głowę.
Sytuacja wymagała szybkiego działania. Na wzgórzu 255 stał sztab dywizji i artyleria 6 brygady bez osłony, wprost na nich była wycelowana szarża. Nie było innego rozwiązania, jak nawrócić brygadę i szarżować.

Pole bitwy pod Komarowem w Wolicy Śniatyckiej, miejsce wieczornej szarży

To wiedział także mjr Dembiński, dowódca 9 pułku ułanów, który szedł w kolumnie jako ostatni pułk z powodu przemęczenia koni. Bez mojego rozkazu nawraca on; jemu więc dalszych rozkazów dać nie potrzebuję, 8 pułk ma szarżować na prawo od 9 pułku, artyleria odprzoduje na miejscu, 2 pułk szwoleżerów, już tylko 120 szabel liczący, pozostaje jako osłona artylerii.
Sam ze sztabem galopuję naprzód w kierunku wzgórza 255, by zobaczyć co się dzieje ze sztabem dywizji i z artylerią 6 brygady. Mało miałem nadziei, iż da się ją uratować. Baterie 6 brygady nie myślały jednak o ucieczce. W mig obróciły armaty na zachód i wspólnie z artylerią 7 brygady zaczęły szybkim ogniem ostrzeliwać gęste kolumny nieprzyjaciela. Strzelały znakomicie – było widać jak rażone naszymi pociskami rozlatują się całe szwadrony. Ogień ten jednak nie powstrzymał nieprzyjaciela. Wiedziałem, że dopiero nasze lance i szable rozstrzygnąć muszą w czyim ręku pozostanie pole bitwy. Obserwuję więc 9 pułk ułanów.
Mjr Dembiński przeszedł z linii kolumn w szyk luźny. Idzie szerokim frontem, spokojnym kłusem, wiem że rozmyślnie szanuje swoje zmęczone konie, by w ostatniej fazie tej szarży wszystko z nich wydobyć. Widzę jak pędzą taczanki przed linie, rozpoznaję na jednej por. Czarnotę, on pierwszy, obsługuje sam karabin maszynowy, ostrzeliwuje celnym ogniem zbliżającą się ławę nieprzyjacielską. 9 pułk ułanów rusza do szarży.
Wszyscy wiemy, że pułk, który rano stracił 6 oficerów i około stu ułanów – ta garstka zmęczonych ludzi – nie może powstrzymać takiej nawały. Poszli do tej szarży, bo honor żołnierski tak im nakazywał. Tam gdzie pułk natrafił na ławę nieprzyjaciela, rozpoczęła się przed zetknięciem strzelanina z koni – pułk jeszcze się utrzymał. Na północne skrzydło zwaliły się jednak duże, zwarte oddziały. Tam musiał pułk nawrócić i znów wisiało wszystko na jednym włosku. Ostatnią nasza nadzieję pokładaliśmy w 8 pułku ułanów, który już podchodził.
8 pułk ułanów szedł kłusem w linii kolumn, uporządkowany i wyrównany jak na placu ćwiczeń. Dowódca pułku, rtm. Krzeczunowicz, rozważył wszystko. Idzie kłusem, oszczędzając siły koni; nie rozwija pułku przedwcześnie, bo w kłębowisku i kurzawie pod krwawo zachodzące słońce nie może rozpoznać, czy ma przed sobą cofający się 9 pułk ułanów, czy też szarżującego nieprzyjaciela. Na lewe skrzydło pułku wypada cwałem szwadron karabinów maszynowych, dopada pozycji karabinów maszynowych 9 pułku ułanów i błyskawicznie otwiera ogień. Dużym celownikiem przestrzeliwuje rozgrywającą się przed nim walkę 9 pułku ułanów, biorąc na cel drugi rzut nieprzyjacielskiej dywizji. Przychodzi moment rozstrzygający. Wszystko dołącza do 8 pułku ułanów; wszyscy wyciągnęli szable i pistolety; sztab dywizji i sztab brygady; mały oddział 1 pułku ułanów, liczący może trzydziestu jeźdźców. Nim pułk cwałem do szarży ruszył, wytrzymać jeszcze musiał krytyczny wstrząs. Zwaliły się nań grupy cofającego się 9 pułku ułanów, co wywołało na moment nie zamieszanie, ale jakby złowróżbne drgnienie w jego wyrównanych szeregach. Ale już cofający się zniknęli w odstępach między szwadronami, już pada jak grom komenda: „rozwinięty, galopem, Hurra!”. Jadący w roli szperacza przed prawym skrzydłem pułku (grzbietem wyżyny) adiutant pułku, ppor. Aleksander Krzeczunowicz, oddaje szereg strzałów z pistoletu, rtm. Krzeczunowicz płazem szabli wprowadza swego przemęczonego deresza w cwał i już pułk całym impetem rusza do szarży i w mgnieniu oka pokonywa odległość kilkudziesięciu zaledwie kroków, dzielącą go jeszcze od wroga.
Tej niezwykle silnej szarży nie wytrzymał nieprzyjaciel. Przyjął ją salwą z pistoletów, ledwo dosłyszalną wśród naszych gromkich „hurra” i natychmiast podał tyły. Wzdłuż całej linii frontu nawróciły jego oddziały. W jednym miejscu przełamana, cała 6 dywizja bolszewicka galopom opuszczała pole bitwy, ścigana przez 8 i 9 pułki ułanów. Było to widowisko wspaniałe, którego nigdy w życiu nie zapomnę.
Nagły ten zwrot, od tej tak groźnej sytuacji do zupełnego zwycięstwa, nie potrafił mnie jednak oszołomić. Patrząc na tę chmarę jeźdźców, która oddalała się od nas szybko w kierunku lasu cześnickiego, widziałem, że pościg nasz jest bezładny i jako taki zawiera w sobie duże niebezpieczeństwo.
Każdy świeży, zwarty oddział nieprzyjacielski, rzucony na flankę ścigających mógł zmienić sytuację na naszą niekorzyść, a chociaż wiedziałem, że trudno mi będzie dopędzić i zorganizować pościg planowy, chciałem wszystko uczynić, by nie dopuścić do możliwej porażki.
Trębaczowi brygady nakazałem trąbić zbiórkę, oficerowie ordynansowi pędzili za pułkami z rozkazem zatrzymania pościgu. Tymczasem artyleria przeniosło ogień swój na lasy cześnickie, gdzie mogły znajdować się odwody nieprzyjaciela. Pościg szedł w międzyczasie dalej aż pod lasy cześnickie. Tam jednak naleciały pułki na ogień taczanek nieprzyjacielskich. Nieprzyjaciel ustawił je tam przed szarżą, by zabezpieczyć sobie odwrót w razie niepowodzenia.
Ogień nieprzyjacielskich karabinów maszynowych zdziesiątkował tych, którzy za daleko się zapędzili, lecz w ogóle straty po naszej stronie były w szarży wieczornej stosunkowo małe. Straty zaś nieprzyjaciela, spowodowane ogniem artylerii i taczanek 9 pułku ułanów, były bardzo duże. Nakazałem zebrać i uporządkować pułki na południowym stoku wzgórza 255, gdzie karabiny maszynowe nieprzyjacielskie już nie dosięgały.
Ciemno się zrobiło, artyleria nasza przerwała ogień. Tylko z lasów cześnickich dochodził do nas stuk bolszewickich karabinów maszynowych. Strzelali coraz rzadziej, tylko by zaznaczyć, że jeszcze nie odchodzą.
Do zebranych 8 i 9 pułków ułanów podjechał dowódca dywizji płk Rómmel i serdecznymi, żołnierskim słowami dziękował im za okazane męstwo i poświęcenie w tych ciężkich bojach.
Noc zapadła. Dowódca dywizji nakazał zbiórkę całej dywizji. Otrzymał on rozkaz Grupy Pościgowej przejścia l dywizji konnej do Tyszowic jeszcze tej nocy.
Bitwa pod Komarowem była skończona (skończyły ją 8 i 9 pułki ułanów, przy wydatnej pomocy artylerii konnej całej dywizji).
Budionny przedostał się przez Huczwę. 2 dywizja piechoty legionowej, która miała zamknąć przejście w Worbkowicach, doznała szeregu niepowodzeń; nie zdołała opanować Worbkowic. Cios jednak, jaki zadaliśmy Budionnemu pod Komarowem, straty krwawe i materialne, które poniósł w tych walkach, załamały jego siłę moralną. Nigdzie – na całej długiej drodze odwrotu – aż poza Słucz, nie wykazał on już znaczniejszej siły oporu…

Kornel Krzeczunowicz, „Ostatnia kampania konna. Działania jazdy polskiej przeciw armii konnej Budionnego w 1920 roku”, Londyn 1971.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.