Historia we wspomnieniach

Nienawidzili nas, bo to był inny świat…

17 września 1939 roku agresji na Polskę – bez wypowiedzenia wojny – dokonał Związek Sowiecki sprzymierzony z Hitlerem. Wypełniając porozumienie Ribbentrop–Mołotow z 23 sierpnia, na tereny Rzeczypospolitej wkroczyło milion sowieckich żołnierzy. Przekraczając granice Polski, Związek Sowiecki złamał kilka umów międzynarodowych, m.in. Pakt Ligi Narodów. Od pierwszych godzin rozpoczęto egzekucje na wziętych do niewoli żołnierzach Wojska Polskiego i Korpusu Obrony Pogranicza (KOP) oraz ludności cywilnej. Pod sowiecką okupacją znalazło się 200 tys. km kwadratowych obszaru II Rzeczpospolitej z 13,5 mln mieszkańców. Do niewoli wzięto 300 tys. polskich żołnierzy i oficerów. Ich dalsze losy symbolizują cmentarze w Katyniu, Charkowie, Miednoje. Poniżej przedstawiamy obraz sowieckiej okupacji Lwowa, zapamiętany przez Adama Macedońskiego. Anna Zechenter przeprowadziła z nim wywiad-rzekę, który ukazał się w tym roku pod tytułem „Zapamiętane”. Poniżej przedstawiamy niewielki fragment.

Fragment Pomnika Poległym i Pomordowanym na Wschodzie, Warszawa

Wróciliśmy z końcem lata 1939 roku do Lwowa. Nagle słyszymy w radiu, że wybuchła wojna. Wyły syreny, ponieważ Niemcy atakowali Lwów już pierwszego dnia z powietrza. Poszedłem do szkoły podstawowej przy Zimorowica, żeby się zapisać do trzeciej klasy, ale tam nam powiedzieli, że nie będzie lekcji. Pamiętam, z jaką radością biegłem z kolegami do domu, wołając: „wojna, wojna!”.
Myśmy się strasznie cieszyli, bo byliśmy wychowani w micie zwycięstwa. Pierwsza wojna, o którą się Polacy modlili, dała nam niepodległe państwo. Uczyłem się piosenek: „Nasze małe żołnierzyki na placówkach stoją / i śpiewają bolszewikom, / że się ich nie boją. / Nic a nic”.
Ciągle się wspominało Orlęta Lwowskie – młodych obrońców polskiego Lwowa z czasów wojny polsko-ukraińskiej 1918–1919 i polsko-bolszewickiej z 1920 roku. (…) Myśleliśmy z kolegami, że teraz my będziemy dokonywać bohaterskich czynów. Przecież znów jest wojna, więc dostaniemy karabiny i będziemy bronić Lwowa – jak nasi ojcowie – i zwyciężymy, oczywiście.

***

Mój ojciec w tym czasie dowoził żywność na linię frontu – przecież Lwów bronił się prawie tak długo jak Warszawa, do 21 września. Zawsze wracał do domu spocony, bo było gorąco, golił się, zmieniał koszulę i znowu jechał. A raz się rozpłakał. Mama pyta, co się stało, więc ojciec na to, że taka piękna młodziutka dziewczyna, może szesnastoletnia została ranna w okopie. Dostała w ramię. Ojciec chciał ją odwieźć do szpitala, a ona mu powiedziała, że to nic, że drugą ręką będzie strzelać.
W 1939 roku broniły miasta także lwowskie dzieci. Zachowała się z tamtych tygodni piosenka o batiarach lwowskich, co strzelali do Niemców z armaty. W całym Lwowie pełno było uciekinierów przed Niemcami. W naszym mieszkaniu zakwaterowali rodzinę z Poznania.

***

Kiedy Rosjanie weszli do Lwowa, najgorszy był ten smród, który ze sobą przynieśli – straszny. Lwów jest pięknie położony na wzgórzach. Wszędzie ciągnęły się parki, ogrody, pełno kwiatów, krzewy bzu, kasztany jadalne. Miasto trochę zbliżone stylem życia do śródziemnomorskiego, bo codziennie było corso, wszyscy elegancko ubrani, spacerowali, spotykali się, kłaniali, poznawali, okazywali sobie wzajemny szacunek. I nagle ten odór nadciągnął, taki straszny smród. Bo ci bolszewicy, którzy weszli, nie wyglądali jak armia – to była horda biedaków i żebraków, a do tego dzikusów. Płaszcze mieli postrzępione, niektórzy nosili takie długie, że po ziemi się za nimi wlokły. I wszyscy byli strasznie niscy. Moja matka patrzyła przez okno, bo strzegła dzień i noc domu, patrzyła przez firankę i wykrzykuje do nas: „O Boże, to oni dzieci do wojska biorą!”. Bo ci bolszewicy byli wszyscy tacy mali. To była wygłodzona horda skośnookich, chorych, zwyrodniałych. Niejednemu brakowało oka, albo nos miał całkiem zniekształcony, bo wśród nich panował syfilis. Śmierdzieli potem, rzygowinami – przecież pili wódkę z aluminiowych manierek. Jakie to jest szkodliwe: aluminium ze spirytusem. Nie mieli co jeść, tylko pili, więc z głodu zabierali dzieciom kanapki. Pierwsze ich słowa, których my, dzieci, się nauczyliśmy, to „dawaj kuszat’!”, czyli „Dawaj jeść!”. Ta cała hałastra, ta dzicz to nie byli żołnierze. Kiedy weszli do Krakowa w 1945 roku, to byli żołnierze, odżywieni przez Amerykanów, w mundurach. A ci z 1939 roku to była dzicz wiecznie pijana. Jacyś podnarkotyzowani, ale to chyba głód i alkohol. W każdej chwili gotowi zabić, co chwilę strzelali w powietrze, żeby budzić strach. Nienawidzili nas, bo to był inny świat, inni ludzie, bogate miasto. Obrabowali wszystko. To prawda, że jedli lepy na muchy – bo lepy przed wojną były robione z miodu, więc ktoś im powiedział, że to lizaki dla dzieci, i oni te lepy rozwijali i lizali.

***

Potem, po tej pierwszej fali, przyjechali oficerowie z żonami i dziećmi – lepiej, czyściej ubrani, odżywieni. A ich żony były wymalowane jak, za przeproszeniem, prostytutki lwowskie, tylko jeszcze brzydsze. Czerwone berety, czerwone usta. Ich kobiety rzeczywiście na bal w rocznicę rewolucji poubierały się w koszule nocne – to są powszechnie znane opowieści. Przyszły z nędzy, więc skąd miały wiedzieć, że tak wygląda elegancka bielizna?
Natomiast dzieci tych oficerów były w stosunku do nas bardzo agresywne, pewne siebie, czuły się panami sytuacji i trzeba im było oddawać wszystko, czego chciały. „Dawaj kuszać”, albo „Dawaj sanki, dawaj to, dawaj tamto” – wykrzykiwały do nas. Zdarzało się, że kogoś pobiły albo pokaleczyły finkami. Ci mali chłopcy przeklinali jak starzy mężczyźni. Takich wyzwisk jeszcze nie słyszałem, chociaż batiary we Lwowie nieźle przecież klęły. I twarze niektórych dzieci – jak twarze starców. Straszne. Ludzie się ostrzegali nawzajem, żeby się im nie opierać, bo jakiś polski ojciec odebrał ukradzione sanki, no to przyszedł rosyjski ojciec i zastrzelił go na miejscu.
Nocami słychać było strzały, wołania, krzyki. Raz matka zawołała nas do okna i pokazała przez firankę jak bolszewicy w tych szpiczastych czapkach prowadzili jakiegoś studenta. Jednego młodego chłopaka eskortowało wokoło dziesięciu, nieśli karabiny z długimi bagnetami, kłuli go, żeby nie uciekł. „O Boże, co oni z nim zrobią” – powiedziała matka. Prowadzili go w kierunku dworca Łyczaków.
Padł w tamtych dniach strach na mężczyzn. Mój ojciec się ukrywał, wpadał do domu, żeby się przebrać, ale chodził nieogolony, nigdy nie mył rąk, bo ten, kto miał ręce i twarz czyste, a broń Boże jeszcze okulary i inteligentny wygląd, był stracony. Wtedy trzeba było wyglądać jak robotnik. Ojca ktoś wydał enkawudzistom na ulicy, ale na posterunku komunista żydowskiego pochodzenia powiedział: „Nie, to porządny, to nasz człowiek, on nie był w Policji, to jest robotnik, patrzcie się na jego ręce i twarz”. Ci Sowieci przeszli pranie mózgu i wierzyli, że każdy Polak to był pan, krwiopijca. Inteligencka twarz oznaczała śmierć.
Przyjechał do nas po cywilnemu ze swoją narzeczoną kuzyn matki, który był policjantem we Wschodnich Karpatach, w Kołomyi. Pochodził z chłopstwa, więc miał grube ręce, ale i tak się na wszelki wypadek nie golił. Mieszkał u nas też żołnierz, który uciekł z niewoli. Udało mu się, bo był niskiej rangi, więc go słabo pilnowali. Nie golili się, ręce węglem smarowali, żeby mieć czarne. Nie było czym palić w piecu, więc w nocy, pod strachem, wychodzili do parku ścinać drzewa.
Od razu zaczęły krążyć różne dowcipy. Ponieważ nie było mydła, Ukraińcy ułożyli wierszyk: Wstań Piłsudski, daj nam myła, bo Stalina wosz kusiła („Wstań Piłsudski, daj nam mydła, bo Stalina wesz ukąsiła”). A w szkole uczyli nas piosenek: Już zeszyty nowi, a hnyszki gotowi, a my wsi zdorowi i zawżdy bojowi („Już zeszyty nowe, a książki gotowe, a my wszyscy zdrowi i zawsze bojowi”). I potem było jeszcze, że na tych bojowych trzecioklasistów Stalin się popatrzy i nas pochwali.

***

Tymczasem nadszedł dzień świętego Mikołaja, w szkole już nie było polskich nauczycieli – pamiętam Ukrainkę spod Winnicy, panią Tuszyńską, która znała polski i nas uczyła. „Dzieci, jaki mamy dzisiaj dzień?” – pyta 6 grudnia 1939 roku. „Świętego Mikołaja, proszę pani” – odpowiadamy chórem i z radością, bo spodziewaliśmy się, że coś dostaniemy. „A dlaczego się tak cieszycie?” – ciągnie Tuszyńska. „No bo święty Mikołaj przynosi podarunki” – my na to. A ona: „Dał wam już dzisiaj coś Mikołaj?”. „Jeszcze nie proszę pani, jeszcze nie!”. „To pomódlcie się do niego – mówi ona. – Może wam coś da”. Nie bardzo wiedzieliśmy, o co jej chodzi i jak się mamy modlić. „Mówcie tak – pouczyła nas poważnie Tuszyńska: „Kochany święty Mikołaju, daj nam prezent. Powtarzajcie tak, aż przyjdzie z prezentami”. Byliśmy pewni, że przyjdzie – jak co roku – ktoś w przebraniu świętego Mikołaja i coś dostaniemy. No to zaczynamy: „Kochany święty Mikołaju, prosimy, podaruj nam coś ładnego.” A tu nic. To my jeszcze raz: „Święty Mikołaju, przyjdź do nas!”. – „No i co – triumfuje pani Tuszyńska. – Gdzie jest wasz Mikołaj?”. „Nie wiemy” – byliśmy trochę zdezorientowani. „No to teraz spróbujcie poprosić: Kochany bat’ko Stalinie, daj prezenty”. Połapaliśmy się natychmiast, jak to dzieci, o co chodzi i wołamy chórem „bat’kę Stalina”. Drzwi się otwierają, wchodzi Sowiet w mundurze enkawudzisty, z czerwonym otokiem na czapce, wygolony i poperfumowany tak, że cała klasa perfumami zapachniała. Za nim dwóch sołdatów wnosi olbrzymi kosz, pełen czekoladek z krakowskich zakładów Adama Piaseckiego, także z lwowskiej firmy Parowa Fabryka Cukrów i Czekolady HAZET. Wszystko polskie, kradzione. A do tego czerwone chorągiewki.

„Zapamiętane”, z Adamem Macedońskim rozmawia
Anna Zechenter, Kraków 2011.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.