Historia we wspomnieniach

Okrucieństwo było wprost niewiarygodne

We wrześniu 1939 roku Polska przez ponad miesiąc broniła się przed niemiecką agresją, wspartą po 17 września przez Związek Sowiecki. Dzisiaj, podczas rocznicowych uroczystości, przedstawiciele najwyższych władz rządzący Polską nie wspominają już o tym kto był agresorem oraz kto wywołał II wojnę światową. Mówią – co najwyżej – o bohaterskim oporze Polaków. W największych zaś telewizjach upowszechnia się filmy o „bohaterskich” lotnikach niemieckich czy pojedynczych przypadkach oporu wśród Niemców przeciwko Hitlerowi. Wyrastające na europejskie mocarstwo, Niemcy konsekwentnie realizują swą historyczną politykę. Przypominamy zatem świadectwo amerykańskiego fotografa, filmowca, pisarza Juliena Bryana. Dzięki jego poświęceniu i służbie prawdzie – aby świat się dowiedział – powstały setki zdjęć dokumentujących cierpienia Polaków. Tekst Bryana „1939 Oblężenie” zamieszczono w książce „Oblężenie Warszawy w fotografii Juliena Bryana” pod redakcją Jacka Zygmunta Sawickiego i Tomasza Stempowskiego wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie w 2010 roku. 

Piętnaście minut po wyjeździe ze Śniatynia, polskiego nadgranicznego miasta, przeżyliśmy pierwsze bombardowanie. Znajdowaliśmy się niecałe trzynaście kilometrów od granicy rumuńskiej i osiemset kilometrów w linii prostej od zachodniej granicy polsko-niemieckiej (…) Na podstawie naszych map ocenialiśmy, że główne niemieckie bazy lotnicze znajdują się w odległości co najmniej ośmiuset kilometrów. Dopiero kilka dni później, w Warszawie, dowiedzieliśmy się, że owe pierwsze bomby, które spadły niedaleko rumuńskiej granicy, nie były wcale przypadkowe, ale stanowiły element największego nalotu lotniczego w historii. Niemcy bombardowali nie kilka pojedynczych miast, ale w czasie dwudziestu jeden dni każde miasto i miasteczko, każdą stację kolejową i każdą drogę w Polsce, na której widać było jakiś ruch. Trudno ludzkiemu umysłowi pojąć potworność takiego planu, a także potęgę lotnictwa wojskowego zdolnego do tak niewiarygodnych działań. Ale kiedy zastosujemy zwykłą matematykę, zadanie okazuje się zupełnie łatwe do rozwiązania. Wygląda mniej więcej, jak w zadaniu arytmetycznym z nazistowskich podręczników szkolnych z trzech ostatnich lat: „Ile samolotów, z których każdy przenosi trzy bomby i wykonuje po dwa, trzy loty dziennie, potrzeba, aby zniszczyć tysiąc wsi i miast w kraju wroga?”. Nie jestem pewien, jakich odpowiedzi udzielają w niemieckich szkołach, ale wiemy, co się stało w Polsce. W czasie dwudziestu jeden dni podobno dwa tysiące bombowców musiało codziennie wykonać przeciętnie od dwudziestu do sześćdziesięciu lotów ze swoim ładunkiem śmierci. Tak więc na Polskę zrzucono co najmniej dwieście pięćdziesiąt tysięcy bomb – urocza lekcja arytmetyki dla niemieckich uczniów. Słyszałem, że w całej Polsce nie uniknęła nalotów ani jedna wioska czy miasto dowolnej wielkości. W przyszłości być może dostarczymy niemieckim podręcznikom arytmetyki inne zadanie: Pytanie: Jeżeli w polskim mieście znajduje się dziesięć tysięcy cywilów i pięciuset żołnierzy broniących miasta, a niemieccy lotnicy zrzucą sto bomb, z których każda zabije pięciu ludzi i jeżeli bomby te będą zrzucane losowo na całe miasto, zabijając w takiej samej proporcji cywilów co żołnierzy, ilu ludzi będzie martwych, kiedy niemieccy piloci powrócą do swojej bazy? Odpowiedź: Czterystu siedemdziesięciu pięciu cywilów, w tym pięćdziesięcioro dzieci, i zaledwie dwudziestu pięciu żołnierzy.

***

Płonąca Warszawa po niemieckich bombardowaniach we wrześniu 1939 roku

Kiedyś wszedłem do jego gabinetu [prezydenta Warszawy Starzyńskiego] w chwili, gdy przez radio nadawano przemówienie Hitlera. Proszę pamiętać, Warszawa była w tym czasie w jednej trzeciej zniszczona, a cała Polska zmiażdżona. Ale przez trzydzieści minut Hitler głosem nabrzmiałym wściekłością i oburzeniem opowiadał nam o straszliwych okrucieństwach, jakie nikczemni Polacy popełniali na dzielnym i szlachetnym Deutsches Volk. To był powód – oświadczył Hitler – wojny z Polską. Niemcy zostały zaatakowane i musiały bronić się przeciwko tym brutalnym zbrodniarzom. Z trudem mogłem tego słuchać. Starzyński słuchał Hitlera, nie okazując żadnych emocji. Nie pozwalał sobie na żadne wyzwiska, nie okazywał nienawiści, ale jedynie ogromne zainteresowanie słowami człowieka osobiście odpowiedzialnego za tę niesprowokowaną rzeź niewinnych cywilów. Zupełnie jak psychiatra omawiający zagadkowy przypadek, Starzyński odwrócił się w moją stronę i powiedział spokojnie za pośrednictwem tłumacza. – Czy można uwierzyć, że w rzekomo cywilizowanej epoce na czele rządu mógł stanąć człowiek, który mówi takie kłamstwa?

***

W fotografii zazwyczaj myślimy o pięknie kompozycji. Tu nie było żadnego piękna. Ale tak wyglądała prawda – kobiety i dzieci zabite przez bomby najeźdźcy. Nie robiłem reportażu krajoznawczego. Byłem w Warszawie, czy mi się to podobało, czy też nie, i sporządzałem dokumentację historyczną tego, co dzieje się podczas działań wojennych. Gdybym po powrocie do Ameryki tylko o tym opowiadał, ludzie mogliby mi nie uwierzyć. Ale każdy będzie musiał uwierzyć w moje zdjęcia. Poszedłem do szpitala położniczego (…) Byłem pod wielkim wrażeniem demonstrowanej przez Warszawę woli przeżycia. W piwnicy szpitala przebywały młode kobiety, które cierpiały bóle porodowe podczas ciężkiego bombardowania, a teraz były matkami tygodniowych niemowląt. Raz za razem znajdowały się pod bombami i pociskami artyleryjskimi. Mogłyby bez trudu zabić swoje dzieci i popełnić samobójstwo. Ale jakoś bez względu na to, jak wielkie były ich cierpienia, trwały. Lekarze i pielęgniarki z poświęceniem wykonywali swoją pracę. Jeszcze bardziej zdumiewający był fakt, że miasto funkcjonowało niemal w pełni. (…) Inna dzielnica. W tym domu zginęło czworo ludzi. Ocalał jedynie ojciec rodziny. Zaprowadził mnie za dom, żebym zobaczył, gdzie wybuchły bomby. Potem wskazał na jakieś dwadzieścia dziur na otynkowanej ścianie i powiedział, że zrobiły je pociski z karabinu maszynowego. Po bombardowaniu – wyjaśnił – samolot nadleciał nisko – „tuż nad wierzchołkami drzew”. Takie okrucieństwo było wprost niewiarygodne.

***

Początkowo musieliśmy się obawiać tylko bomb. Zazwyczaj spadały seriami i mniej więcej trzydzieści minut po bombardowaniu mogliśmy względnie bezpiecznie przenosić się z miejsca na miejsce. Człowiek może się przystosować niemal do wszystkiego. Ale od 13 września niemiecka artyleria miała w swoim zasięgu serce miasta i sprawy zaczęły się układać naprawdę źle. Lotnicy podawali dokładne odległości artylerii, która była w stanie precyzyjnie ostrzeliwać główne ulice na całej ich długości. Najwyraźniej nie chodziło o niszczenie budynków, ale zabicie lub zranienie jak największej liczby pieszych. Być może niemieccy oficerowie powiedzieliby, że ich jedynym celem było uniemożliwianie ruchu wojsk w Warszawie. Owszem, miało to miejsce, ale w mieście zawsze było pięć, dziesięć razy więcej cywilów niż żołnierzy. Poza tym wydaje się, że istniał plan obniżenia morale całej ludności przez uniemożliwienie jakiegokolwiek ruchu kołowego oraz pieszego i zapędzenia wszystkich, żołnierzy i cywilów, pod ziemię. Ogólnie rzecz biorąc, pociski wyrządzały niewielkie szkody budynkom. Zasadniczo były one małego kalibru 75, 120 oraz 150 mm i ich zapalniki ustawiano tak, by wybuchały w powietrzu nad głównymi ulicami, a ich odłamki zabijały i raniły wszystko, co żyło na dole. Bardzo ciężki ostrzał rozpoczął się około 17 września i od tej pory poruszanie się po otwartej przestrzeni stało się niebezpieczne niemal bez przerwy, w dzień i w nocy.

***

Jaka była niemiecka strategia? (…) zaskakującą bronią Niemców były zmasowane naloty na ludność cywilną. Ich celem, jak się wydaje, było świadome doprowadzenie do demoralizacji całej ludności, a przez to zmuszenie Polski do szybkiej kapitulacji. Hitler kiedyś stwierdził w „Mein Kampf”, że we współczesnej wojnie nie ma broni zbyt straszliwej, jeżeli zdoła doprowadzić do szybkiego zwycięstwa. Najtrudniej przyszło mi uwierzyć właśnie w tę bezwzględność wobec cywilnej ludności. Nawet kiedy zbombardowano mój pociąg zaledwie kilka minut po przekroczeniu rumuńskiej granicy, tłumaczyłem sobie, że jest to zapewne odosobniony przypadek. A potem widziałem podobne bombardowania. Rozmawiałem z wieloma chłopami i uciekinierami, a na koniec z amerykańskimi obywatelami, którzy byli ostrzeliwani z karabinów maszynowych z wysokości nie większej niż trzydzieści metrów. Potem uświadomiłem sobie powoli, że nie były to odosobnione incydenty, ale element przyjętego przez Hitlera planu sterroryzowania milionów ludzi. Niemieccy piloci zrzucali bomby, wracali z następnymi, a tymczasem ludzie usuwali gruzy, wykopywali spod nich martwych i rannych. Ostrzeliwali z karabinów maszynowych kobiety na polach, ale kiedy samoloty odlatywały, inne kobiety przychodziły i kończyły kopanie kartofli. Zrzucali bomby na szpitale, ale personel pozostawał na stanowiskach i uspokajał ogarniętych paniką pacjentów.

***

W naszym hotelu, w Królewcu, byliśmy w pewnym stopniu pod strażą i rozkazano nam nie opuszczać budynku. Mimo to wymknąłem się bocznym wejściem na spacer. Przed powrotem poszedłem do fryzjera, aby ogolić się; później wybrałem się do kina. Nie mogłem powstrzymać się przed zapytaniem fryzjera, dlaczego Niemcy zaatakowały Polskę. Całkiem poważnie odpowiedział: – Przyjacielu, nic nie rozumiesz. Wcale nie zaatakowaliśmy Polski. To Polacy brutalnie nas zaatakowali i byliśmy zmuszeni się bronić. Nic nie odpowiedziałem, ale pomyślałem o 4 września, kiedy mój pociąg był bombardowany przez niemiecki samolot osiemset kilometrów od granicy z Niemcami…

„Oblężenie Warszawy w fotografii Juliena Bryana”,
red. J.Z. Sawicki, T. Stempowski, Warszawa 2010.

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.