Na czym budować

Prawda zwycięża

Z Joanną Najfeld, publicystką katolicką, rozmawia Jolanta Tęcza-Ćwierz.

Joanna Najfeld (ur. 1982) publicystka, reprezentuje konserwatywny feminizm pro-life. Na studiach organizowała akcje przeciw aborcji, eutanazji, żądaniom lobby gejowskiego i antykatolickim prowokacjom, m.in. kampanię przeciwko czasopismu, które sprofanowało wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej na okładce. Wraz z Tomaszem Terlikowskim napisała (wydaną w 2008 r.) książkę „Agata. Anatomia manipulacji”, o nagonce medialnej, która doprowadziła 14-letnią matkę z Lublina do aborcji. W lutym 2009 roku została oskarżona przez lewicową działaczkę Wandę Nowicką o pomówienie na antenie TVN24. Najfeld powiedziała, że Nowicka znajduje się na liście płac przemysłu aborcyjno-antykoncepcyjnego, co według Nowickiej mogło narazić ją na utratę zaufania społecznego (więcej na www.MamProces.pl).

– Pani wypowiedzi zaczęły się pojawiać w mediach przed kilkoma laty. W telewizyjnych dyskusjach o aborcji, in vitro, homoseksualizmie, cytuje Pani „jak z rękawa” naukowe dane na poparcie wizji świata zgodnej z prawem naturalnym i antropologią chrześcijańską. Jak to się stało, że w polskiej debacie publicznej znalazłała się publicystka, która tak irytuje osoby o lewicowych poglądach?

– Z wściekłości na nachalną propagandę, z poczucia, że już nie mogę dłużej milczeć jak „debata publiczna” nas poniża, oszukuje i pierze mózgi. Dlaczego w imieniu kobiet wypowiada się margines aborcjonistek sprawiając wrażenie, że ich chore idee mają cokolwiek wspólnego z dobrem czy prawami kobiet? Przecież to paranoja. Większość kobiet jest normalna, ale nasz głos jest zakrzykiwany. Byłam zwykłą studentką z Poznania, w której narastała złość i determinacja. Prosiłam Pana Boga, żeby jakoś „skanalizował” to, co we mnie wrzało, i pozwolił mi zawalczyć w dobrej sprawie. Po ludzku nie miałam predyspozycji do medialnych pojedynków. Ale cóż to za problem dla Wszechmogącego? Wysłuchał modlitwy i uzupełnił ludzkie braki. Nagle znikąd znalazłam się w mediach. Wcale się tam nie wybierałam, to wszystko się stało samo. To takie małe świadectwo w kierunku tych osób, które by chciały walczyć o prawdę, ale się boją, że „nie potrafią”. Może i dziś nie potrafią. Ale czy chociaż oddali się do dyspozycji Panu Bogu?

– Reprezentuje Pani konserwatywny feminizm pro-life. To ruch kobiecy, który sprzeciwia się przymuszaniu przez mężczyzn kobiet do dokonywania aborcji. Tymczasem Panią usiłowały zamknąć do więzienia feministki lewicowe, związane z biznesem aborcyjnym i antykoncepcyjnym. Czym Pani „podpadła” feministkom radykalnie proaborcyjnym, że sprawa oparła się o sąd?

– Sama Pani odpowiedziała na swoje pytanie. Feminizm pro-life piętnuje aborcję jako piekło kobiet, a więc jest bardzo nie po drodze biznesowi aborcyjnemu. Myślę, że aborcjonistki przeraziły się zdemaskowania ich prawdziwego oblicza i rozbijania ich monopolu na mówienie w imieniu kobiet. Ich wizerunek opiera się na kłamstwach, pozorach i specjalnym traktowaniu przez media. Jak się to naruszy, to panikują, bo wiedzą, że prawdą i racjonalnymi argumentami się nie obronią. Po prostu ich nie mają. Miały chyba również kłopot z tym, że nie wyglądam i nie zachowuję się jak przestraszona trusia. Do tego doszły chyba czysto kobiece kompleksy. To w gruncie rzeczy biedne kobiety, zaklęte w kręgu nienawiści, często nie kontrolujące swoich emocji.

– Jak długo trwał proces? Jakie emocje i refleksje towarzyszyły Pani podczas przesłuchań?

– Dwa i pół roku, szesnaście posiedzeń. Nie było przyjemnie, ale miałam mocne „plecy” modlitewne. Wiele terminów posiedzeń zbiegało się z ważnymi religijnie datami. Proces zaczął się we wspomnienie Matki Bożej Szkaplerznej, wyrok zapadł we wspomnienie Najświętszego Imienia Maryi. Po drodze była rocznica objawień w Guadalupe, MB Wspomożycielki Wiernych, 13. dzień miesiąca oraz wspomnienia świętych patronów moich i moich obrońców: św. Joanny, świętych Piotra i Pawła, św. Krzysztofa, jak również św. Ojca Pio, bł. Stanisława Papczyńskiego (patrona nienarodzonych), Środa Popielcowa… Przez cały czas czułam opiekę z góry, wymodloną przez wspaniałych ludzi, którzy się ze mną solidaryzowali.

– Czy podczas procesu otrzymywała Pani wsparcie katolickich ugrupowań, środowisk i osób prywatnych?

– Najbardziej poruszyła mnie reakcja „zwykłych ludzi”. Dostałam tysiące deklaracji nieustającej modlitwy od rodzin, wspólnot, kapłanów, osób konsekrowanych. To było niewiarygodne jaką solidarność mi okazano. Z pomocą merytoryczną pospieszyli mecenasi Piotr Kwiecień i Krzysztof Wąsowski z Rycerzami Zakonu Jana Pawła II, a także Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi z Krakowa. Zgłaszali się też inni, nie sposób wszystkich wymienić.

– Zauważa się obecnie zachodnie wpływy, które coraz bardziej degradują polską rodzinę: wzrastająca liczba rozwodów, wczesna inicjacja seksualna młodzieży, żądania darmowych środków antykoncepcyjnych. Czy widzi Pani sposób na powstrzymanie tej fali zagrożeń?

– Proszę uważać ze sformułowaniem „darmowa antykoncepcja”. Ma Pani na myśli chyba opłacaną przymusowo z naszych kieszeni, prawda? Biznes producentów ubezpładniaczy nie jest charytatywny, o nie! A odpowiadając na pytanie jak powstrzymać falę zagrożeń: patrząc po ludzku, już za późno. Delikatnie mówiąc, „zagapiliśmy się”. Z takiego stanu rozkładu zachodnia cywilizacja, jako całość, nie jest w stanie się podnieść. Pozostaje nam zabiegać o to, aby przed niebezpieczeństwami ochronić najbliższych. I tutaj kończy się podejście „po ludzku”, bo dalej już trzeba oprzeć się na Bogu. Czyli modlitwa, pokuta, post… wiara, nadzieja i miłość.

– Czy Pani wygrana w sądzie może ośmielić innych do zdecydowanych działań i podejmowania niewygodnych polemik?

– Mam nadzieję, że doda nam wszystkim otuchy. Przełamaliśmy pewną złą passę, litanię niesprawiedliwych wyroków przeciw katolikom i, szerzej mówiąc, konserwatystom. Okazało się, że prawda może się obronić, wyrok może być sprawiedliwy. Lewica nie zawsze jest w stanie użyć sądu, aby zakneblować swoich krytyków. Ale tak naprawdę stawać po stronie prawdy należy bez względu na konsekwencje. To może być trudne, ale nie należy się sugerować tym, czy ewentualny proces da się wygrać, czy nie. To już jest postawa zastraszenia. A Jezus poszedł aż na krzyż. Nie kalkulował po drodze. Nie oglądał się na to, jak to się może skończyć. My też musimy być przygotowani na porażki, które nie mogą nas zastraszać, pognębiać, kneblować. A jeśli Bóg pobłogosławi po drodze i zdejmie nam krzyż z ramion, to niech będzie za to pochwalony.

– Skąd czerpie Pani siłę, by odważnie głosić poglądy, z którymi utożsamia się wielu Polaków, ale bardzo niewielu stać na ich ujawnianie?

– Od Boga.

– Wysoka jest zapewne cena, którą Pani płaci za swoją jednoznaczność i nieugiętość…

– Bez przesady. Wysoką cenę to zapłacił bł. ks. Jerzy Popiełuszko. A ja do każdej niewygody wynikającej z mojej działalności dostaję z Góry cały kosz błogosławieństw. To się naprawdę opłaca „per saldo”!

– Dziękuję za rozmowę.

Comments are closed.