Historia we wspomnieniach

Warszawa, której już nie ma

Przedstawiamy fragment wspomnień Tadeusza Macieja Katelbacha (1897–1977) pt. „Spowiedź pokolenia”, wydanych w Polsce po raz pierwszy przez Towarzystwo Przyjaciół Wilna i Grodna „Osobita” w Gdańsku w 2001 roku. Katelbach był publicystą, politykiem, uczestniczył w walkach o Lwów w 1918 roku, następnie w powstaniu sejneńskim i wojnie polsko-bolszewickiej. Był także senatorem II RP, dziennikarzem, w czasie II wojny światowej w rządzie RP w Londynie, następnie na emigracji, jednym z najbliższych współpracowników gen. Kazimierza Sosnkowskiego oraz pracownikiem Radia Wolna Europa.

Niezłomny przeciwnik układów w Teheranie i Jałcie, antykomunista, działacz Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku. Autor m.in. wspomnień: „Rok złych wróżb”. W cytowanym fragmencie Autor opisuje Warszawę swej młodości, rolę domu rodzinnego i kultury w wychowaniu młodego pokolenia w warunkach nieistnienia państwa polskiego.

***

Warszawa moich lat dziecinnych i młodzieńczych, słowem Warszawa kilkunastu lat poprzedzających wybuch wojny 1914–1918, była miastem tętniącym życiem. Po 1905 roku rozwijała się w oczach. (…) Żyliśmy pełnią życia kulturalnego w rozbudującym się w szybkim tempie mieście, bogatym tradycją dumnej walki z najeźdźcą. Niedzielne przechadzki z Ojcem poświęcone były m.in. zapoznawaniu się z tą tradycją. Często marszruta tych wycieczek prowadziła na Stare Miasto, pełne wspomnień związanych z Insurekcją Kościuszkowską, z rewolucją 1831 i powstaniem 1963. Innym razem szło się Alejami Ujazdowskimi ku Belwederowi i Łazienkom. Pamiętam, że w starszych klasach gimnazjum, a później w czasach studenckich, łaziliśmy 29 listopada pod pomnik Sobieskiego i głośno odtwarzaliśmy sobie dzieje nocy listopadowej pewni chwili, gdy będziemy realizowali buntownicze hasła podchorążych. Pociągał nas szczególnie romantyzm tej pamiętnej nocy. Mimo więc kagańca cenzury rosyjskiej żyliśmy pełnią własnej kultury.
Każda biblioteka domowa była wcale dobrze zaopatrzona w dzieła literackie o niecenzuralnej treści, ukazujące się w Galicji. Nie wiem, jak się to działo, ale wiem, że było ich pełno i że stale napływały świeże. Podobnie działo się z wydawnictwami ukazującymi się w Poznaniu. Wszystko, co działo się na ziemiach polskich, znajdowało żywy oddźwięk w Warszawie. Od dzieciństwa zakres naszych zainteresowań nie ograniczał się nigdy do Warszawy, względnie do granic Królestwa Kongresowego. Z Kresami Wschodnimi, zwłaszcza z Wilnem, Kownem, Kijowem, mieliśmy jak najżywszy kontakt. To samo, mimo kordonów granicznych, z Krakowem i Lwowem, w ogóle z całą Małopolską. Ale tak samo żywo reagowaliśmy na wszystko, co się działo w Poznańskiem, a nie zapomnę nigdy powszechnej radości z powodu szybkich postępów odrodzenia narodowego na Górnym Śląsku. Byliśmy zżyci od dzieciństwa z nazwiskami wybitnych działaczy politycznych wszystkich zaborów. Dzięki temu nie mieliśmy w sobie zaściankowych kompleksów, prócz może jedynego kompleksu – miłości swego miasta i dumy, że jest ono nadal, mimo tyloletniej niewoli politycznej, stolicą rozdartego na trzy zabory narodu.

Rosjanie byli, ale dla nas jakby ich nie było. Na co dzień dosłownie nie istnieli. Wśród tylu domów, które znałem w Warszawie, przypominam sobie tylko jeden, w którym na jakimś oficjalnym przyjęciu wielkanocnym spotkałem urzędnika rosyjskiego. Urzędów rosyjskich unikaliśmy, a do policjanta, zwanego stójkowym, lub do żandarma, zwracaliśmy się po polsku. Najbardziej baliśmy się szpiclostwa rosyjskiego. Było doskonale zorganizowane, technicznie wyszkolone, w całym tego słowa znaczeniu „azefowskie”, operujące wcale licznym sztabem prowokatorów, wśród których, niestety, nie brakowało sprzedajnych polskich kanalii.

Najbardziej nienawidziliśmy napędzonego urzędnictwa rosyjskiego, a zwłaszcza młodzieży rosyjskiej płci obojga oraz oficerów, dla których Warszawa była już uosobieniem świata zachodniego, małym Paryżem. Zabawienie się w Warszawie należało tak samo do szyku, jak w Kałudze, czy Astrachaniu używanie warszawskich platerów Fraget’a. Oficerowie rosyjscy rzucali pieniędzmi, rozbijając się po nocnych lokalach, zwłaszcza najbardziej znanych: w „Aquarium” na Chmielnej i „Renesansie” na Nowym Świecie.

Pieniądze rosyjskie wpływały demoralizująco na miasto. Najniebezpieczniejszą jednak kolumnę rusyfikacyjną widzieliśmy w młodzieży rosyjskiej, asymilującej się z naszym miastem. Rosja pchała tę młodzież masowo do Warszawy. Gdy po strajku szkolnym 1905 opustoszały mury gimnazjów rosyjskich oraz rosyjskiej politechniki i uniwersytetu, z najodleglejszych krańców Rosji zaczęli zjeżdżać do Warszawy młodzi Rosjanie. Rosyjski Uniwersytet Warszawski otworzył nawet swe podwoje dla tzw. „seminarzystów”, tj. młodzieńców posiadających zaledwie kilkuklasowe wykształcenie gimnazjalne. Towarzystwo to odcinało się jaskrawo swym zgoła wschodnim wyglądem od zachodniego tła miasta i jego mieszkańców. Gęby czysto kałmuckie. Czarne czapy o olbrzymich okrągłych rondach, obwisłe szynele, a w zimie z reguły przedziwnych rozmiarów kalosze. W czasie każdej urzędowej manifestacji rosyjskiej – a pamiętam taką na 300-lecie dynastii Romanowych – ci rosyjscy mołojcy maszerowali ulicami Warszawy, niosąc portrety cara Mikołaja II, carycy oraz święte ikony prawosławne. Swoiście wschodniego posmaku tym obchodom dodawał jeszcze widok znienawidzonych prawosławnych popów – rusyfikatorów zapamiętałych naszych kresów wschodnich, oraz bliskiego Warszawy Podlasia i Chełmszczyzny.

Patrzyliśmy na te „wiernopoddańcze manifestacje Warszawy” jak na szopy zabawne. Gdy zmarł znienawidzony generał gubernator Warszawy Skałon, zrobiono i nam przymusową „galówkę”. Skałona chowano z wyjątkową pompą, orkiestrami, oddziałami wojska, złożonego z rosłych, dwumetrowych chłopów. Cała Warszawa żegnała śmiertelne generalskie szczątki z radosnym westchnieniem, które miało znaczyć – jednego drania mniej. Pamiętam, że z paru kolegami znaleźliśmy się na Placu Saskim, otoczonym kordonem grenadierów, aby przyjrzeć się rosyjskiej, urzędowej szopie. Cerkiew „zdobiąca” ten piękny plac, na którym odbywały się ostatnie rewie wojska polskiego w Warszawie, była wprawdzie nieskończona, lecz Rosjanie już organizowali tu, niejako u stóp symbolu panowania carskiego prawosławia nad Polską, swoje obchody i uroczystości. Spoza grenadierskich kordonów, od których wionął ostry zapach charakterystycznego dziegciu, obserwowaliśmy maszerujące kolumny rosłych żołnierzy, błyszczących wojskowych na pięknych koniach oraz różnych nieznanych nam warszawskich dostojników rosyjskich. Bawił nas ten widok. Byliśmy zbyt radośnie nastrojeni śmiercią Skałona, abyśmy mogli zdobyć się nawet w stosunku do tego obcego, rosyjskiego tłumu czynowników i żołdactwa na uczucie nienawiści. Często zresztą zadawałem sobie pytanie, czy nienawiść jest w nas silniejsza od uczucia pogardy i zawsze dochodziłem do wniosku, że Warszawa bardziej pogardza Rosjanami niż ich nienawidzi. W gimnazjum mieliśmy obowiązkowe „rosyjskie przedmioty” – język rosyjski, geografię i historię. Wykładali je Rosjanie. W większości byli to liberałowie sympatyzujący z Polakami. (…) Nienawidziliśmy naprawdę „ochrany” i policji, resztą pogardzaliśmy. Zdaje mi się, że w tej materii cała

Warszawa była solidarna. 

Na co dzień jak gdyby nie widzieliśmy Rosjan, żyjąc pełnią własnego, polskiego życia, mając od dzieciństwa oczy i uszy otwarte na to, co się dzieje za kordonami granicznymi. To samo czuła i myślała inteligencja pracująca, tak samo myślał uświadomiony robotnik, rzemieślnik, nawet strachliwy burżuj, nie mówiąc o temperamentliwych Antkach i różnego gatunku „knajakach”, od których roiła się zawsze Warszawa. Taki już dziwny był klimat tego miasta, że nawet, tzw. męty cechował swoisty patriotyzm i dumna, pogardliwa postawa wobec zaborcy. Udzielał się on także części zasiedziałych z dawna, zrosłych z miastem, zasymilowanych Żydów polskich. Odcinali się oni od tzw. litwaków, czyli Żydów rosyjskich, szwargocących po rosyjsku, obcych przybyszów, też swoistych rusyfikatorów. W patriotycznych ruchach wyzwoleńczych Warszawy brały zawsze udział jednostki pochodzenia żydowskiego, świadcząc krwią, a często życiem, swą przynależność do polskości. Patriotyzm Warszawy pozbawiony był wszelkiej pozy. Koturny były wyraźnie niepopularne i wywoływały zawsze pikantne reakcje. Warunki polityczne odzwyczaiły to miasto od teatralno-patriotycznych uroczystości, które celebrował patetyczny Kraków. Jeśli miały one miejsce, odbywały się w poważnym skupieniu bez wszelkiej zewnętrznej ornamentacji. Często pogrzeby przybierały charakter politycznych manifestacji. Pamiętam takie dwa pogrzeby: poetki Deotymy, a przede wszystkim pogrzeb Bolesława Prusa. Tysiące ludzi różnych warstw i zawodów, a przede wszystkim cała młodzież polska Warszawy, odprowadzała na cmentarz powązkowski zwłoki wielkiego pisarza. Panował niewymuszony porządek, choć nie było żadnego ustalonego ceremoniału. Były tłumy, imponujące tłumy polskiej Warszawy.

Tadeusz Katelbach,
„Spowiedź pokolenia”, Gdańsk 2001

wybrał Jarosław Szarek
Fot. arch. Warszawa sprzed wieku na starych pocztówkach

Comments are closed.