Historia we wspomnieniach

Na próżno wołamy: „Do broni!”

29 listopada 1830 roku młodzi spiskowcy ze Szkoły Podchorążych rozpoczęli powstanie przeciw Rosji. Po 35 latach niewoli Polacy spróbowali sięgnąć po niepodległość, tak jak uczynił to już naczelnik Kościuszko i jak za 30 lat zrobią to powstańcy styczniowi: „Jeszcze Polska nie umarła póki my żyjemy…”. Przedstawiamy opis pierwszych, dramatycznych godzin powstania – nim uzyskało ono wsparcie mieszkańców Warszawy – we wspomnieniach Seweryna Goszczyńskiego „Noc listopadowa”, zamieszczonych w książce Władysława Lewandowskiego „Uczestnicy Powstania Listopadowego opowiadają”.

Napad na Belweder (F. Dietrich – J.F. Piwarski) (fot. arch. )

Dochodziliśmy do posągu Sobieskiego, który według planu miał być punktem zbornym dla oddziału belwederskiego, kiedy błysnęła łuna pożaru na Solcu – hasło powstania na wszystkich punktach, a tymczasem nie było jak pół do szóstej, a nas wszystkich przy posągu ledwo kilkunastu. (…) To hasło za wczesne i chybione miało wielki wpływ na cały ruch powstania i zasługuje na kilka słów wyjaśniających. Materiału palnego do podpalenia browaru na Solcu miał dostarczyć Wysockiemu kapitan Stolzman, jeden z zarządzających pracownią ogniową, pod warunkiem, aby uprzedzony był o tym na dni kilka; Wysocki zażądał ich dopiero w wilię powstania, to jest w niedzielę, kiedy pracownia była zamknięta, Stolzman więc nie mógł ich wydać ani w niedzielę, ani nawet w poniedziałek, bo jak zapowiedział, potrzebował na to dni kilku. Dwóch podchorążych przeznaczonych do podpalenia browaru musiało poprzestać na słomie. Operacja ta szła nasamprzód z wielką trudnością, a kiedy się wreszcie udała, pożar był tak słaby, że go w krótkim czasie z łatwością stłumiono. Dlaczego był przedwczesny? Nie wiadomo – czy wina zegara, którego się radzili podchorążowie? czy wina ich niecierpliwości? Bądź co bądź, wypadek ten zawichrzył powstanie w samym jego zarodku i materialnie, i moralnie, jak to później zobaczymy.

Po upływie dobrej pół godziny pożar zgaszony,

Pod pomnikiem Sobieskiego (F. Dietrich – J.F. Piwarski) (fot. arch. )

Łazienki uspokojone, mogliśmy wyjść nareszcie spoza drzew naszych, skupić się, obliczyć i coś postanowić. Nie było innej rady, jak porozumieć się ze Szkołą Podchorążych. W tym celu udał się do niej Nabielak. Ale i Szkoła zaniepokojona, Wysockiego nie widać, z podchorążymi podpalającymi browar nie wiadomo, co się stało. Z tym tylko między nas wrócił do nas Nabielak. Trzeba było jeszcze czekać, a czekać wśród niebezpieczeństw widocznych. Lada co mogło wydać naszą obecność w miejscu tak zabronionym, w porze tak już spóźnionej; usprawiedliwienie się trudne, tym trudniejsze, że wielu z tej młodzieży uzbroiło się w pistolety i sztylety, bez potrzeby, bo do czynu mieliśmy przygotowane dla siebie karabiny przez wojskowych. (…)
W kilka minut przybył Nabielak w towarzystwie podchorążych Trzaskowskiego i Kobylańskiego, przeznaczonych do prowadzenia naszego oddziału; otrzymaliśmy także karabiny z bagnetami i po 20 ładunków. Obliczyliśmy się – było nas osiemnastu.
Liczba cokolwiek za szczupła w stosunku do wyprawy takiej ważności. Widziałem z tego powodu zmieszanie na niektórych twarzach, mnie samego przebiegło chwilowe zwątpienie, ale to nie trwało jak chwilę. Wszyscy poczuli obowiązek rzucić się w działanie bez żadnego względu na liczbę i dalsze skutki. Nabiliśmy karabiny i ruszyliśmy w pochód dwoma oddziałami złożonymi każdy z dziewięciu ludzi. Jeden miał wpaść główną bramą do Belwederu; w tym oddziale był: Ludwik Nabielak, Zenon Niemojowski, Roch i Nikodem Rupniewscy, Ludwik Orpiszewski, Ludwik Jankowski, Walenty Nasiorowski, ja i podchorąży Konstanty Trzaskowski, przewodnik oddziału.
W drugim oddziale byli: Paszkiewicz Karol, Rottermund Edward, Poniński Stanisław, Trzciński Edward, Świętosławski Aleksander, Krosnowski Walenty, Rettel Leonard, Kosiński i podchorąży Kobylański, przewodnik. Oddział ten wszedł do ogrodu belwederskiego, aby działać z tyłu pałacu, gdyby tą stroną wielki książę chciał się wymknąć.
Droga nasza szła między Belwederem a Ogrodem Botanicznym. Żadnej przeszkody na niej, tylko co kilkadziesiąt kroków wzdłuż sztachet otaczających dziedziniec belwederski budka szyldwacha i przy niej weteran moskiewski. Widok tych weteranów natchnął jednego z nas zapytać weterana po moskiewsku, czy w. książę jest w domu. „Jest” – odpowiedział weteran. Na to zapytujący: „będzie miał gości”. – Weteran schował się w budkę. Wkrótce musieliśmy przyspieszyć kroku; usłyszeliśmy strzał i krzyk człowieka z ogrodu. W drugim oddziale strzelono do kirasjera będącego tam na warcie przy pałacu i raniono go. Puściliśmy się biegiem na odgłos jakby grzmotu, który nas doszedł ze strony koszar. Było to powitanie podchorążych dla jazdy moskiewskiej. Jednocześnie prawie z tym strzałem wpadliśmy przez bramę na dziedziniec Belwederu.

„Śmierć tyranom!”

wykrzyknął mój oddział, a wyraz oczu i twarzy moich towarzyszy odbijał dobitnie, co ich okrzyk zapowiadał. (…) Przebiegliśmy pędem, z łoskotem, którego łatwo można się domyślić, dół i pierwsze piętro i nigdzie w. księcia, zniknął nam – pustka zupełna – tylko w przedpokoju sali audiencjonalnej jakiś człowiek kryjący się za drzwiami. Był to wiceprezydent miasta Lubowidzki. Rzucono się ku niemu; dotknęło go kilka bagnetów, upadł na posadzkę zlany krwią kilku ran, ale żadna nie była śmiertelną. Zwiedziwszy w ten sposób cały pałac i nie znalazłszy czegośmy szukali, nie spełniwszy cośmy zamierzyli, mieliśmy się do odwrotu nie bardzo radzi z siebie (…)
Wkroczyliśmy nareszcie na Nowy Świat. Była to część miasta zamieszkana najwięcej przez wyższych oficerów i urzędników moskiewskich. Weszliśmy jakby w pustkę, jakby w atmosferę grobu. Żadnego ruchu, żadnego życia, domy pozamykane, okna podobnież. Na próżno wołamy: do broni! Bijemy we drzwi i okiennice kolbami karabinów, żaden głos, żaden ruch życia nie odpowiada. Smutek, oburzenie, w końcu pewna wściekłość opanowuje nasz oddział. Wchodzimy na Krakowskie Przedmieście. Oblicze i atmosfera ta sama. Jakby sen zaklęty ogarnął wszystkich, a my jedni żyjący, samotni na tym cmentarzu. Duch powstańców nie upadł, ale rozdrażnienie doszło do wysokiego stopnia. Odtąd biada temu, kto się z nim zetrze. Ciosy krwawe, śmiertelne, będą budziły śpiących lub zmyślających uśpienie. W takim usposobieniu podchorążych wpadł pierwszy w ich ręce jenerał Trębicki. Od kilku dni poruczony mu był nad nimi szczególny dozór i w tym urzędowaniu okazał całą surowość wojskową. Mimo to, mimo że powiedział im natychmiast otwarcie, dokąd idzie (do w. księcia), widzieli w nim tylko zdolnego żołnierza i mogącego

być pożytecznym narodowi 

w sprawie wyzwalania się, zaczęli więc od łagodnego wezwania, aby ich prowadził dalej. Trębicki na to odpowiedział nie tylko odrzuceniem ich wezwania, ale najsurowszymi pogróżkami, jeżeli nie złożą natychmiast broni i nie zdadzą się za jego pośrednictwem na łaskę carewicza. Podchorążowie zdołali jeszcze pohamować się, tylko otoczyli go eskortą i prowadzili z sobą dalej. Dochodziliśmy do pałacu Namiestnika, kiedy nam zajechał Hauke, minister wojny, mając obok siebie swego szefa sztabu Meciszewskiego, a za sobą jenerała Rautenstraucha. Chciał on przerazić nas ostrym odezwaniem się, mniej na to zważaliśmy, ale Meciszewski dał się skusić myśli nieszczęśliwszej, dobył pistoletu i strzeliwszy w tłum, ranił w nogę jednego z podchorążych: w mgnieniu oka już ich nie było na koniach, a dwa trupy leżały na bruku. Rautenstrauch zaraz po strzale Meciszewskiego zwrócił się co prędzej w ulicę Trębacką i zniknął – żywy. Smutniejszy był wypadek z jenerałem Nowickim. Po odprawie z Haukem zbliża się kareta, stangret na zapytanie „kto jedzie?” – odpowiada: „Jenerał Nowicki”. Podchorążym zdało się, że mówi: jenerał Lewicki (jenerał moskiewski, komendant miasta) i kilka strzałów padło w karetę i biedny starzec zginął przez pomyłkę. Z Krakowskiego Przedmieścia wzięliśmy drogę ulicą Wierzbową. Zatrzymano się tam na chwilę i próbowano jeszcze raz obudzić polskie czucie w Trębickim. „Połącz się – błagali go – zaklinamy cię, połącz się ze sprawą narodu, stań na naszym czele, widziałeś, co spotkało zdrajców”. Trębicki odpowiedział z najzimniejszą krwią: „Nie stanę na waszym czele; wy jesteście nikczemni, wy jesteście mordercy”. Ale po takich nawet obelgach powiedziano mu tylko: „Jenerale! dajemy ci czas do namysłu”, i prowadzono go ulicą Bielańską. Dopiero przy końcu prawie ulicy zatrzymano się; ale gdy na ich nowe naleganie odpowiedział stanowczo: „możecie mi życie odebrać, ale nigdy nie zmusicie mnie do złamania wiary zaprzysiężonej monarsze”, padł przebity bagnetem podchorążego Pawłowskiego…

Seweryn Goszczyński,

„Noc listopadowa”, [w: ] Władysław Lewandowski, „Uczestnicy Powstania Listopadowego opowiadają” (Wybór pamiętników), Warszawa 1959

wybrał Jarosław Szarek

Comments are closed.