Historia we wspomnieniach

Pod płaszczem Maryi – Królowej Polski

Mozaika zdobiąca południową ścianę Pokoi Królewskich na Jasnej Górze

W nocy z 26 na 27 grudnia 1655 roku Szwedzi odstąpili od obleganego od 18 listopada klasztoru na Jasnej Górze. Na wieść o jego skutecznej obronie, pod dowództwem przeora o. Augustyna Kordeckiego, wybuchło ogólnonarodowe powstanie; do kraju powrócił także król Jan Kazimierz, a wojna zakończyła się pokonaniem Szwedów. Jasna Góra stała się symbolem ratunku i nadziei dla polskiego Narodu w najbardziej tragicznych momentach naszej historii.

Jeszcze podczas walk ze Szwedami – 1 kwietnia 1656 roku – Jan Kazimierz złożył w lwowskiej katedrze śluby, w których przyrzekł: „Ciebie dziś za patronkę moją i za Królową państw moich obieram”.

Zakonnicy spędzili całą noc bezsennie. Chociaż była to noc Wigilii Bożego Narodzenia, przecież rozbiegłszy się po stanowiskach, pełnili poruczone sobie obowiązki: jedni czuwali na murach, drudzy dodawali odwagi załodze, inni dawali baczność na puszkarzy – część jednak większa pozostała na służbie Bożej w kościele.
Nadzwyczajny łoskot w obozie, większy ruch ludzi i gęstsze ognie zapowiadały coś grożącego tej nocy; lecz Bóg wstrzymywał zapędy nieprzyjaciół wiary katolickiej, tak iż ci nic przez tę noc i część następnego dnia nie przedsięwzięli, przez co by lud w czci Bożej doznawał przeszkody, aż dopiero po zupełnym ukończeniu zwykłych u katolików w tę uroczystość obrzędów religijnych. O samym południu zagrzmiały działa od północy, a
kule tak silnie uderzały

Stare mury jasnogórskiego klasztoru – podczas remontu – pamiętające jeszcze szwedzki potop

o ściany klasztoru, iż je w wielu miejscach przedziurawiwszy, wśród kurzawy i gruzu po korytarzach i zakrętach klasztoru, tu i ówdzie się odbijając, latały i taką trwogą mieszkających napełniły, że się nikt nawet wyjrzeć nie ośmielił. Rzucał teraz Szwed jak najwięcej pochodni z konopi ukręconych, smołą oblanych, a siarką i saletrą wypełnionych. Rozniecały one straszliwy płomień, szczególniej też takie, które tak w żelazne rury były opatrzone, iż na wszystkie strony ogień i ołów miotały. Miały one kształt jabłka granatowego; lecz ponieważ więcej ich na zewnątrz klasztoru, a wiele także i wewnątrz niego na podwórze padało, nie zrządziły szkody uderzeniem lub płomieniem, lecz jedynie obmierzłym swędem cokolwiek oblężonych przestraszyły. Najbardziej ze wszystkich przerażały kule żelazne wydrążone, które w różne strony klasztoru, gdzie się spodziewano najwięcej ludzi, z machin już tlejące się rzucone z gwałtownością i trzaskiem, po zapaleniu się nagle wewnątrz będącego prochu, pękały i rozpryśniętymi kawałkami we wszelkim kierunku raniły. Jedną z takich kul znaleziono przed kuchnią, całą i zgasłą; druga, pękając na podwórzu wybiła szesnaście szyb w przyległym oknie i tyluż uderzeniami zostawiła ślady na wewnętrznych ścianach apteczki. Pod wieczór wreszcie jedno ciężkie działo, które najbardziej szkodziło murom klasztoru, pękło i położyło koniec szturmowaniu. Mówiono powszechnie i słyszano to od samych Szwedów w obozie podczas oblężenia, a i od wielu innych gdzie indziej, że kule działowe, przeciw klasztorowi rzucone, odskakiwały często od murów i z gwałtownym zapędem do obozu wracały. Gdy wielu o tym powątpiewało, sławetny Piotr Okrasa, który był w ten sam dzień Bożego Narodzenia ze wsi Dźbowa żywność do obozu odstawiał, stanowczo zapewniał, że się to stało przy ostatnim wystrzale z owego działa i że w obozie wśród nadzwyczajnego zdumienia głoszono, iż siłą odbitej od murów kuli, działo zdruzgotanym, a artylerzysta przy nim stojący zabitym został. Mówił on, że mu się to zdawało podobnym do prawdy z tego powodu, gdyż kula ta, którą potem po obozie obnoszono, miała oznaki prawdziwej kuli szwedzkiej; była bowiem tak wielką, iż na Jasnej Górze podówczas podobnej nie miano, o czym Okrasa, jako klasztorny bywalec, dobrze wiedział. To nie ulega żadnej wątpliwości, iż od chwili, w której działo rozsadzonym zostało i to z taką siłą, iż kawałki drzewa na parę stajań rozrzuciło, już więcej ani tego dnia, ani w żadnym następnym
huku dział nie słyszano
tak, iż zdaje się, że jakaś wielka, cudowna, a nieprzyjacielowi szkodząca potęga, koniec oblężeniu Jasnej Góry położyła, boć przecie Szwedzi kul i prochu pod dostatkiem mieli. (…)
Nazajutrz w dzień św. Szczepana, pierwszego męczennika, przeor, idąc za przyjętym w Polsce zwyczajem dawania przyjaciołom kolędy, uważał za rzecz przyzwoitą umysł nieprzyjaciela podarunkami zmiękczyć. Posłał więc przez wspomnianą wyżej Konstancję dwie książeczki po łacinie i po niemiecku, historię Obrazu Jasnogórskiego opisując i kilka wyobrażeń Najświętszej Panny Częstochowskiej generałowi Millerowi i hrabiemu Wrzeszczewiczowi (…) Zdarzyło się tego dnia, iż czeladka klasztorna podług zwyczaju w Polsce zgromadziła się dla powinszowania uroczystości Bożego Narodzenia. Poprzedzali ich muzycy różnego rodzaju i z różnymi instrumentami, którzy naprzód starszym klasztoru, następnie innym znakomitszym ze szlachty, słodką melodią Bożego Narodzenia winszowali.
Wreszcie załoga z kolei wystąpiła, która najprzód dla wszystkich wystrzałem z dział i rusznic, ku Szwedom zwróconych, świętego Szczepana na pomoc wezwała; potem zaś tego pierwszego męczennika o łaskawą opiekę nad panem Stefanem Zamojskim i jego synem, jako solenizantami, błagając, w takim porządku ognia dawała, iż Szwedzi huk ten usłyszawszy, wzięli to według zwyczaju wojskowego za oznajmienie jakiegoś odniesionego zwycięstwa i wśród zamieszania ze stanowisk uciekać zaczęli. Gdy zaś wodzowie szwedzcy o przyczynie tego uroczystego obrządku od Polaków się dowiedzieli, niezmiernie się zadziwili i wyznawali otwarcie, że na próżno tracą czas i pracę przy dobywaniu tak obficie w potrzeby wojenne zaopatrzonego klasztoru, gdyż i liczba ludzi w strzelaniu wyćwiczonych do należytego bronienia się jest dostateczną i w zapasy żywności opływa. Gdyby bowiem oblężonym żywności nie dostawało, nie wygrywaliby radością przejęci, bo w obawie i braku potrzeb życiowych niepodobna się weselić.
Podczas głębokiej nocy pozdejmowano ciężkie działa ze stanowisk i wyprawiono, o świcie zaś wodzowie tak licznego wojska odeszli, każdy w inną stronę: Miller do Piotrkowa, hr. Wrzeszczewicz do Wielunia, Sadowski do Sieradza, książę Heski do Krakowa, inni zaś dowódcy polskiego wojska do Wielkopolski.
Przyszedł przecie dla Ojców szczęśliwy dzień, w którym
złożyli Bogu
dziękczynne modły

Tablica pamiątkowa nad urną o. Kordeckiego na Jasnej Górze

a otwarłszy nazajutrz bramę klasztoru po przykrych oblężenia mozołach, zaczęli pod otwartym niebem swobodniejszym i zdrowszym oddychać powietrzem.
Ci spomiędzy nich, którzy się ekonomią zajmowali, wybiegali obejrzeć włości klasztorne. Lecz znaleźli tylko ślad w gruzy i w perzynę zamienionych folwarków i wsi; z poddanych zaś nie spotkali prawie żadnego, gdyż jednych pozabijał nieprzyjaciel, drudzy na Śląsk uciekli. (…)
Zuchwałym wydawało się dla wielu szlachty postępowanie zakonników, którzy chociaż widzieli, że cała ojczyzna dostała się pod władzę nieprzyjaciół, że najwarowniejsze zamki zajęto, a Kraków, stolica całego Królestwa, i całe wojsko uległo potędze Szweda, poddać się jednak nigdy nie myśleli, znosząc z równą stałością tak zapędy nieprzyjaciela, jak i szyderstwa swawolnego języka. Cóż to, czy tureckich posiłków oczekujecie Ojcowie!? – mówili niektórzy. Tym zaś odpowiadali, że nie ufają w pomoc ludzką, lecz w potęgę i opiekę Boga nad tym świętym miejscem, że są gotowymi przelać krew za cześć Boską, ażeby zachować nieskażoną wiarę Bogu, ojczyźnie i królowi.

Ks. Augustyn Kordecki, „Pamiętnik Oblężenia Częstochowy 1655 r.” („Nowa Gigantomachia”), Dom Wydawniczy „Ostoja”,
Krzeszowice 2006.

wybrał Jarosław Szarek
fot. J. Szarek

Comments are closed.