Wiara i życie

Wiem, że Bóg był z nami

Po wielu godzinach monotonnego lotu nagle zdarzyło się coś, co zaszokowało wszystkich pasażerów.

Na 40 minut przed lądowaniem kapitan ogłosił, że będziemy mieli lądowanie awaryjne z przyczyn technicznych. Przyznam, że nie za bardzo wiem, jak zareagowali inni pasażerowie. Pokład pasażerski jest podzielony na kilka przedziałów i nie ma możliwości obserwowania wszystkich pasażerów. Sam zdębiałem. Pomyślałem: „To niewiarygodne, jak to mogło się zdarzyć?”. Potem pojawił się duży strach, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że samolot musi wylądować, bo to jedyna nasza droga ucieczki i ratunku. Ponieważ siedziałem blisko skrzydła, więc to do mnie i mojego sąsiada podeszła jedna ze stewardess, prosząc nas o ewentualną pomoc, gdyby była konieczność ewakuacji na skrzydło, a nie bezpośrednio trapami na ziemię. Z tego domyśliłem się, że prawdopodobnie nie mamy podwozia. Myślę, że to stało się jasne dla wszystkich. Wcześniej, w czasie lotu, przez wiele godzin wszystko przebiegało normalnie. Potem nastąpił instruktaż. W ostatnich chwilach przed lądowaniem na pokładzie zaległa grobowa cisza. Cisza, która przenika człowieka.

Jaka była reakcja Ojca na to, co się dzieje, po pierwszym szoku? 

Po chwili zdenerwowania wyciszyłem się, siedziałem spokojnie i modliłem się. Nie miałem wrażenia, jakby mi całe życie przewijało się przez głowę. Ale byłem gotowy na śmierć. W jakiś sposób człowiek musi umieć swoje życie wartościować, podsumować. Zrobiłem to i ja. Siedziałem i modliłem się, prosząc Pana Boga, aby wszystko dobrze się skończyło.

Czy myślał Ojciec wtedy o relikwiach, które miał ze sobą? 

Relikwie błogosławionego Jana Pawła II i świętej Joanny (Gianny) Molli są zawsze ze mną. Obojgu świętym, których wybrałem na swoich patronów, polecam całe życie. Jestem przyjacielem rodziny Joanny Molli. Znam jej męża i dzieci, w tym również córkę, za którą Joanna Molla oddała swoje życie. A Jan Paweł II, któremu od pierwszych dni poleciłem moje kapłaństwo, wstępując do seminarium zakonu redemptorystów w 1989 roku, beatyfikował i kanonizował Joannę. Jest dla mnie ogromną łaską, że mogę przy sobie mieć ich relikwie. Czuję się z nimi związany, ale swoje wybawienie z sytuacji 1 listopada zawdzięczam przede wszystkim opiece Bożej. Jednocześnie chciałbym połączyć oba bieguny: ludzki i Boski. Gdy myślę o czynniku ludzkim, to pragnę podkreślić profesjonalizm pilota, precyzję i kunszt wykonania manewru lądowania bez kół i pomoc personelu naziemnego. O ile wiem, sam pilot dziękuje Bogu, że go poprowadził, aby mógł w taki sposób wylądować. Przecież w naszym życiu nie da się oddzielić tego co ludzkie, od tego co Boskie, czyli profanum i sacrum. Bóg przenika wszystkie, nawet najbardziej banalne sytuacje naszego życia.

Jako chrześcijanie wierzymy, że obie rzeczywistości ze sobą współistnieją. 

Bóg nas stworzył ludźmi, dlatego dzięki Niemu przeżywamy nasz wymiar ludzki. Jestem przekonany, że w czasie tych trudnych chwil Boża Opatrzność była z nami. Tym bardziej się utwierdzam w tym przekonaniu, im więcej słucham na temat tego, co mogło się wydarzyć, gdyby lądowanie nie przebiegło tak pomyślnie. Rozum przestaje tutaj wystarczać. Wiem, że wszystkie czynniki zadziałały perfekcyjnie. Wobec tego faktu człowiek staje się bardzo pokorny. Dziękuję Bogu i człowiekowi przede wszystkim za to, że żyję. Był taki moment, kiedy w myśli, intencjonalnie rozgrzeszyłem wszystkich, którzy na pokładzie tego chcieli. Polecałem Bogu nas wszystkich. Jestem pewien, że wiele osób łączyło się ze mną w modlitwie.

Jak w takich okolicznościach można się skupić na modlitwie? 

Poczułem życie bardzo wyraźnie: nie zdawałem sobie sprawy, jak silny w człowieku jest instynkt przetrwania. Czułem, że ode mnie nic nie zależy. Przed oczyma stanęli mi rodzice. Bałem się, że trudno byłoby im się z tym pogodzić, gdyby coś mi się stało. Inne obrazy, jakie stanęły mi przed oczyma, to moja druga, duchowa rodzina: redemptoryści i sceny z życia zakonnego. Po tym zdarzeniu poczułem, że życie ma smak. Jestem przekonany, że ta sytuacja wyciśnie ślad w życiu każdej z osób, które były na pokładzie tego samolotu. Przychodzi mi do głowy jedno słowo: „dziękczynienie”. Bogu i człowiekowi.

Jest za co dziękować! 

Jeszcze w samolocie oddałem się Bogu cały. Modliłem się: „Panie Boże, Ty mnie weź”. Przez umysł przeszły mi myśli o kalectwie, gdybyśmy się roztrzaskali. „Mogę być ślepy, połamany, poparzony”. Nie myślałem o czymś takim, żeby jakimś zobowiązaniem pozyskać łaskę Bożą, jak to się zdarza człowiekowi w trudnych, ale chyba jednak nie tak skrajnych sytuacjach. Mówię, że przydarzyło mi się doświadczenie wejścia w nieznane miejsce. Wiem już, jak tam jest. Na dobre to pojąłem dopiero następnego dnia rano. Bo tuż po opuszczeniu samolotu nie miałem na to czasu. Dopiero następnego ranka poczułem, że mnie wszystko boli. To było odreagowanie przez organizm stresu, kiedy byłem cały napięty. Tego też dnia poczułem ogromną wdzięczność Panu Bogu za to szczególne dotknięcie, za ocalenie i za dar wiary. Później dowiedziałem się, że w czasie naszego lądowania została zamknięta Aleja Krakowska, by w razie konieczności można było sprawnie dowieźć rannych do szpitali. Zatem czego oczekiwali eksperci? Byli przygotowani na najgorsze. A jednak wszystko przebiegło idealnie.

A czy pamięta Ojciec sam moment lądowania? 

Siedzieliśmy wszyscy pochyleni, z rękami złożonymi nad głową, jak zostaliśmy pouczeni przez załogę. Na kilka sekund przed dotknięciem ziemi jeszcze raz wszystkich rozgrzeszyłem. W samolocie panowała ogromna, przenikliwa cisza. Powierzyłem siebie i innych Panu Bogu. Samolot wylądował idealnie, jakby miał koła. Mam skalę porównawczą, bo przyznam, że z racji obowiązków zakonnych latam bardzo dużo. Nie raz na kołach lądowałem gorzej, ostrzej. Tutaj ktoś nawet krzyknął: „Mamy podwozie”. Ale po chwili zobaczyłem dym spod silników, które już tarły o płytę pasa startowego, więc zrozumiałem, że podwozia jednak nie mamy. Nie orzekam, że to był cud. Ale wiem, że Bóg był z nami, bo jest zawsze z ludźmi potrzebującymi. Od kiedy Bóg stał się człowiekiem, jest ciągle z nami. A święci to nie są posągi, czy jakieś obce byty. To są nasi przyjaciele. Tak myślę choćby o świętych, którym ja się polecam. To zdarzenie jest zbyt skomplikowane, by ogarnąć je wyłącznie rozumem. Fides et ratio – wiara i rozum. Razem. Nie należy rozdzielać rozumu, czy talentu człowieka od opieki czy woli Bożej.

Jak i czy zmieni się życie Ojca po takim wydarzeniu? 

Dziękuję moim współbraciom redemptorystom, że mnie nie męczą pytaniami. Za to im jestem bardzo wdzięczny, doceniam ich wyczucie i szacunek wobec tej sytuacji. Wiem, że życie nie jest bez celu. Bóg daje nam życie po coś. Uprzytomniłem sobie, że mam je jakby na nowo, bo przecież tak niewiele brakowało, a skończyłoby się tragedią. Teraz wracam do życia i moich funkcji, które wiążą się również z podróżowaniem, czyli także z lataniem, bo innej możliwości szybkiego transportu za ocean przecież nie ma. Ale zanim to nastąpi, pójdę w moje ukochane góry, może w Beskid Sądecki albo w Gorce, podziękować Panu Bogu, a także przemyśleć to wszystko.

Dziękuję za rozmowę.

fot. Ł. Kudlicki

Comments are closed.