W zakonnym habicie

„Nie ja wybrałam – wybrał Bóg”

„Daj Boże, żeby z niej była święta” – napisała w klasztornej kronice jedna z sióstr urszulanek, gdy 21-letnia Julia Ledóchowska przestąpiła, 18 sierpnia 1886 roku, próg ich klasztoru w Krakowie.

Klasztor urszulanek w Krakowie przy ul. Starowiślnej, obecnie Urszulanek Unii Rzymskiej

„Bóg chciał, bym wstąpiła do klasztoru sióstr urszulanek, bo ja tego nie chciałam. (…) Czytałam życie matki Barat, ciągnęło mnie do misjonarek, do sercanek. (…) Ponieważ opiekun mój był bratem stryjecznym przełożonej sióstr urszulanek w Krakowie, świętej pamięci matki Popiel, więc poradził mamie, bym tam odprawiła rekolekcje. Pojechałam tam na tydzień. Pod koniec rekolekcji zapytał mnie mój spowiednik, świętej pamięci ojciec Eberhardt TJ, czy nie chcę zostać u urszulanek, na co stanowczo odpowiedziałam, że nie. Jednak trudności, które miałam w domu w przeprowadzeniu swych zamiarów, doprowadziły mnie do tego, by wstąpić tam, gdzie najłatwiej mogłabym się dostać. A więc wstąpiłam do sióstr urszulanek w Krakowie dnia 18 sierpnia 1886 r. Dostał się pionek nie tam, gdzie chciał, ale gdzie Bóg chciał. Nie ja wybrałam – wybrał Bóg” – wspominała Urszula Ledóchowska.

Chcę się palić w modlitwie, aż się spalę, trawić się w pracy, aż się strawię, miłością otoczyć wszystkich i wszystko.
Urszulanki przeniosły się do Galicji, gdy władze pruskie w ramach walki z Kościołem katolickim i z polskością (Kulturkampf) zlikwidowały ich szkoły w Poznaniu i Gnieźnie. W Krakowie założyły w 1875 roku pensję z internatem dla dziewcząt z rodzin ziemiańskich ze wszystkich trzech zaborów.

Siostra Maria Urszula

Chór zakonny w krakowskim klasztorze z obrazem Zwiastowania, namalowanym przez Matkę Urszulę

Jako postulantka, Julia przygotowywała się do życia zakonnego nie tylko duchowo, ale także podnosiła swoje kwalifikacje pedagogiczne i zdała państwową maturę seminaryjną. Przyjęta do nowicjatu 17 kwietnia 1887 roku, otrzymała imię zakonne na cześć patronki założonego w XVII wieku zakonu urszulanek – świętej Urszuli, męczennicy z pierwszych wieków chrześcijaństwa. Siostra Maria Urszula Ledóchowska modliła się do swojej orędowniczki: „Patronko moja, daj, abym mogła jak Ty, w całości, bez zastrzeżenia, oddać się Panu mojemu. Chcę się palić w modlitwie, aż się spalę, trawić się w pracy, aż się strawię, miłością otoczyć wszystkich i wszystko”.
Dwa lata później, w kwietniu 1889 roku, przed złożeniem ślubów wieczystych pisała do swojego brata Włodzimierza: „Będę miała predykat od Jezusa, to znaczy będę siostrą Urszulą od Jezusa. Módl się, żeby Pan Jezus mógł zupełnie uważać mnie za swoją własność i kręcić mną, jak Jemu podobać się będzie, bez oporu lub skargi albo szemrania z mojej strony”.

Miłość i dobroć

W prowadzonej przez urszulanki pensji została najpierw nauczycielką przedmiotów matematyczno-przyrodniczych i języków obcych, do nauki tych ostatnich miała zresztą wyjątkowy talent. W latach 1896/97 odbyła studia językowe we Francji, uzyskując dyplom upoważniający do nauczania języka francuskiego w szkołach średnich. Zajmowała się także nauczaniem historii sztuki i literatury oraz udzielała lekcji malarstwa. Sama dużo malowała. Jej obrazy, m.in. kopie dzieł wielkich artystów, jak choćby Velasqueza czy Murilla, do dzisiaj wiszą w krakowskim klasztorze i domu macierzystym urszulanek szarych w Pniewach.
W pracy wychowawczej, której oddawała się z wielkim przekonaniem, zbierała najlepsze owoce. Obdarzona niewątpliwie wybitnym talentem pedagogicznym, potrafiła łączyć miłość i dobroć z wysokimi wymaganiami i stanowczością wobec wychowanków. Zachowała też swoją promienną radość i ujmujący uśmiech, który – jak przekonywała – rozprasza chmury nagromadzone w duszy oraz mówi o miłości i dobroci Bożej. „W pracy swej kładła nacisk na wyrobienie charakteru uczennic, które z całym zaufaniem do niej się garnęły. Intuicyjnie wyczuwały, że je kocha. I nie myliły się, bo dowodem miłości ze strony Matki były nie czcze słowa, ale czyny: głęboka matczyna troskliwość o potrzeby duchowe i materialne dziewcząt, powierzonych jej pieczy” – wspominały wychowanki matki Urszuli.

Matka przełożona

W 1904 roku została wybrana przełożoną krakowskiego klasztoru urszulanek. Jednym z jej znaczących osiągnięć było założenie przy klasztorze pierwszego na ziemiach polskich, ale może w ogóle na świecie, internatu dla studentek. Akademickie studia dziewcząt w tamtych czasach nie należały jeszcze do powszechnie akceptowanych. Matka Urszula uczyniła wiele, aby to nieufne nastawienie społeczne zmienić. U niej studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego znajdowały nie tylko wsparcie materialne, dobre warunki do mieszkania i uczenia się, ale przede wszystkim wsparcie duchowe i formację religijną. Matka Ledóchowska założyła też pierwszą w Polsce Sodalicję Mariańską dla Akademiczek.
Jako przełożona, dokonała koniecznych zmian w Konstytucjach zakonnych, przede wszystkim w przepisach o klauzurze, tak aby ułatwić siostrom pracę apostolską. Po ich zatwierdzenie udała się w 1907 roku do Rzymu, gdzie została przyjęta przez papieża Piusa X, przyszłego świętego. Zwierzyła mu się także ze swoich planów podjęcia pracy wychowawczej i apostolskiej w Rosji. Ojcu Świętemu bardzo spodobała się ta myśl, co tym bardziej umocniło matkę Urszulę w postanowieniu zrealizowania pomysłu. Wkrótce po powrocie do Krakowa otrzymała od księdza prałata Konstantego Budkiewicza, proboszcza parafii św. Katarzyny w Petersburgu (skazanego przez bolszewicki sąd, w słynnym procesie bpa Cieplaka, na karę śmierci i straconego w 1923 roku na Łubiance w Moskwie), propozycję poprowadzenia internatu u św. Katarzyny. „Duch wówczas w tym internacie był bardzo marny, kierownictwo pozostawiało wiele do życzenia, wydatki ogromne”. W tej sytuacji rada parafialna chciała zlikwidować placówkę, wbrew życzeniu biskupa. Matka Urszula postanowiła pojechać do Petersburga i na miejscu podjąć decyzję, czy podejmie się prowadzenia internatu. Mimo niechęci większości nauczycielek i uczennic gimnazjum zdecydowała, że obejmie go na rok, na próbę.
Nie było jej łatwo pożegnać swój dom zakonny: „Pokochałam klasztor krakowski, przez dwadzieścia jeden lat w nim przebywałam. Dobrze mi tam było. Malując obraz Ukrzyżowanego, który do niedawna wisiał jeszcze w ciemnej kaplicy w klasztorze krakowskim, ciągle sobie powtarzałam, że ten Ukrzyżowany, którego maluję, patrzyć się będzie na mnie, gdy leżeć będę w trumnie ostatniej nocy w tej kaplicy. Bóg inaczej chciał”.

Comments are closed.