Portret współczesny

Niespełnienie nadal mnie goni

Ze Zbigniewem Wodeckim, śpiewającym i grającym muzykiem, kompozytorem i aranżerem, rozmawia Bożena Weber

fot. A. Wojnar

Nazywają go showmanem i znakomitym gawędziarzem. Jest jedną z najbarwniejszych postaci, gwiazdą polskiej estrady: uroczym, ciepłym, bezpretensjonalnym, niezwykle błyskotliwym człowiekiem. Jednocześnie to artysta wszechstronny, fenomenalnie utalentowany muzyk, który potrafi zagrać wszystko – od klasyki do improwizacji jazzowej. Jest rasowym mistrzem autoironii, cieszącym się sympatią i uznaniem milionów fanów, o którym krąży mnóstwo anegdot.

Czy łatwo być słynnym wokalistą i instrumentalistą – po prostu niezmiennie znakomitym człowiekiem-orkiestrą?

Zawód muzyka wycisnął na mnie trwałe piętno. Przyznaję się do skrzywionego kręgosłupa i śladu na szyi od trzymania skrzypiec. Chorych oczu od ciągłego czytania nut i do zgrubienia na wargach, w muzycznym slangu określanym „podeszwą” – od grania na trąbce. Swoją karierę estradową zaczynałem grając u Grechuty w zespole Anawa. Potem związałem się z Ewą Demarczyk i Piwnicą pod Baranami, klubami: Jazz Club, Feniks, Jaszczury, Nawojka. Grałem przy pierwszych pulpitach orkiestry radiowej i kameralnej, big-beatowo w „Czarnych Perłach” i w zespole ludowym z krakowskimi „Słowiankami”.

Dla młodego chłopca-muzyka to wręcz karkołomna próba ognia, ale i nobilitacja – w dorosłość!

Zbigniew Wodecki z dziećmi: Pawłem, Joanną i Kasią

Mój profesor, Juliusz Weber z klasy skrzypiec w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia patrzył na moje muzykowanie „przez palce”. Ćwiczyłem na wyjazdach. Reszta grona pedagogicznego przyjmowała moje permanentne nieobecności w szkole „niechętnie”. Drażniły moje podróże po świecie. Ja sam w tym czasie czułem się nie tyle piosenkarzem, co przede wszystkim muzykiem. Jednak gdy miałem już dość ćwiczenia, siadałem do fortepianu i śpiewałem ładnym głosem, jaki miałem od dziecka. Napisałem nawet piosenkę do tekstu Janusza Terakowskiego Jaś i Małgosia, którą usłyszałem w Polskim Radiu.
Zawsze zresztą staram się zachowywać dystans do siebie i do tego, co robię. Lubię popularność i o nią od początku zabiegałem. Jest zresztą przypisana do tego zawodu. Głód popularności jest czymś gorszym od każdego z nałogów. Z „przymrużeniem oka” lubię sobie z niej żartować. Wstyd powiedzieć, ale zawsze chciałem być bardzo popularny. Co gorsza – dalej chcę! Uporczywie marząc o osiągnięciu sukcesu, chciałem w ten sposób zaimponować kolegom, koleżankom, nauczycielom… Gdy go po latach osiągnąłem, okazało się, że pedagodzy już nie żyją, koledzy wyjechali, a dziewczyny mają wnuki i są starsze o 20 kilo. Z przerażeniem wówczas stwierdziłem, że z tym sukcesem zostałem sam jak palec! Jest też druga strona medalu. Sława czasem jest męcząca, ale jakże mobilizująca! Na przykład cóż to za „frajda”, gdy trzeba porzucić gorącą jajecznicę, bo cię w restauracji „dopadła” klasa V A z Torunia i musisz złożyć trzydzieści autografów oraz sfotografować się z panią nauczycielką. Choć nie jest to zbyt komfortowa sytuacja, zaraz wyobrażam sobie chwilę odwrotną – gdy mnie nikt nie rozpoznaje. To dopiero stres! Popularność jest karą, która wygląda jak nagroda. Na szczęście zawsze jest coś, co stoi przed nami! Więcej dróg do wybrania – ale i więcej wątpliwości. Niespełnienie nadal mnie goni. Mam nadzieję, że w kierunku nieba!

A jak się to wszystko zaczęło na Pana drodze do artystycznego sukcesu?

Jestem stuprocentowym krakowianinem i jednocześnie reprezentuję rodzinę, w której muzykowanie było tradycją. Nasz dom nieustanie tętnił muzyką. Był wręcz przesiąknięty ciepłem, dobrocią i właśnie… muzyką. Od dziecka bywałem też w filharmonii, dokąd zabierał mnie na próby ojciec, pierwszy trębacz w Orkiestrze Symfonicznej PR i TV Jerzego Gerta. Jako młody człowiek, grający na skrzypcach od piątego roku życia wiedziałem, że ważne są autorytety, że liczą się umiejętności poparte rzetelną wiedzą, latami ćwiczeń, że muzyk to ten, kto od dziecka podporządkowuje wszystko opanowaniu instrumentu… Przez lata nie bardzo mi imponowało życie w takim reżimie. Synowie przyjaciół taty – jak bracia Zielińscy – też grali, a ja musiałem im dorównywać! Ojciec muzyk, nauczyciele w szkole podstawowej, później profesorowie w liceum muzycznym (zamienionym – po wyrzuceniu mnie z niego po rocznym pobycie – na średnią szkołę muzyczną, w której nie było przedmiotów ogólnokształcących), dyrygenci tej miary co: Krzysztof Missona, Jerzy Maksymiuk, Kazimierz Kord, Antoni Wit – wszyscy oni nauczyli mnie, że liczy się perfekcja, że program musi być idealnie wyćwiczony.

Z domu, ze szkoły, wynosi się w świat nie tylko solidne rzemiosło, osobowość…

Wracając do rodzinki, to moja, grająca na wiolonczeli, siostra Elżbieta potem była solistką Operetki Krakowskiej i występowała obok słynnej Iwony Borowickiej. Mamę Irenę natura obdarzyła sopranem koloraturowym. Uwielbiała Moniuszkę. Zwłaszcza niedzielne obiady (mama świetnie gotowała) bywały powiązane z muzykowaniem. Przychodzili zaprzyjaźnieni muzycy, uczniowie prof. Stefanii Millerowej (lekcje śpiewu dawała najpierw mamie, później Eli) i fantastyczni księża, związani z chórem od pobliskich pijarów – w tym nasz przyszywany wujciu, ks. Pompiliusz Smyk, zakochany w śpiewie operowym. Choć od dzieciństwa chłonąłem muzykę, interesowałem się wszystkim, tylko nie graniem. Ojcu starałem się jednak nie narażać i wiedząc, kiedy wraca, gorliwie „piłowałem” skrzypce. Miałem być skrzypkiem i koniec!

Jako zupełnie młody człowiek, grał Pan dosłownie pierwsze skrzypce – w zespołach znakomitych naszych piosenkarzy.

Swymi skrzypeczkami wypełniałem – jak mi się wydawało – jakąś lukę na estradzie. Wiedziałem, że taki gość, jak ja, jest tu potrzebny! A tak na serio, to wyznam, że także śpiewanie stało się dla mnie w pewnym momencie bardzo ważne, bo… pozwalało utrzymać rodzinę! W wieku 25 lat miałem już trójkę dzieci i byłem tylko skrzypkiem… Stąd, gdy wspomniany już uprzednio dyrygent Kazimierz Kord usłyszał mnie akompaniującego podczas recitalu Ewie Demarczyk (a grać u Ewy oznaczało wykonywać solówki) i przyszedł pogratulować nie tylko znakomitej wokalistce, ale i mnie, proponując pracę w Krakowskiej Orkiestrze Kameralnej, poczułem się wyróżniony na miarę Oscara!

Tak, jak śpiewa Pan w przebojowej piosence Zacznij od Bacha – czarowi mistrzowskiej sztuki lipskiego kantora uległ Pan bez reszty!

W mojej artystycznej karierze było parę lat z Beethovenem, Mozartem, Szymanowskim, Brahmsem… Na dyplomie, otrzymanym z wyróżnieniem, grałem Koncert skrzypcowy A-dur Mieczysława Karłowicza. Jednak sztukę Jana Sebastiana Bacha cenię ponad wszystko. Od niego zawsze zaczynam ćwiczenie i uważam za dzień stracony, jeśli nie zagram choć kilku fraz z jego arcydzieł. Dlaczego? – bo jest najtrudniejszy!

W tym roku mija dokładnie 40 lat od Pańskiego debiutu jako wokalisty w programie telewizyjnym. Od tego czasu ciepły głos, wielka kultura śpiewu, magicznie aranżowane przeboje z kultową, dobranockową Pszczółką Mają niezmiennie zachwycają, wzruszają miliony słuchaczy niezależnie od wieku.

Nigdy nie miałem ambicji, żeby za wszelką cenę być „na pierwszej linii”. Po 40 latach kontaktów i bezpośrednich spotkań z publicznością w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” uważam, że to właśnie jest mój sukces! Tak naprawdę to o mojej artystycznej karierze zadecydował przypadek. W szkole muzycznej odnalazł mnie nikomu jeszcze wtedy nieznany Marek Grechuta. Gdy podjąłem chałturę w knajpie „Parkowa” w Świnoujściu podczas trwania studenckiego festiwalu „Fama”, „odkrył” mnie tam Andrzej Wasylewski z Piotrem Figlem. Zadebiutowałem w telewizyjnym Wieczorze bez gwiazdy z pierwszą piosenką Znajdziesz mnie znowu. Uznano, że jestem odpowiednim „materiałem na artystę, który i zaśpiewa, i zagra, i jeszcze ma dobrą prezencję”, czyli może zostać „estradowcem z krwi i kości”. Debiutowałem więc następnie na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu… Przypadek sprawił, że zrobiłem pierwszy program do telewizji, że nagrałem Muszlę, czy wiele lat później Pszczółkę, którą kończyłem rozmaite koncerty. Była wymarzoną piosenką na finał: bo „na cztery”, czyli dobrze się klaszcze; po wtóre – wszyscy ją znali i mogli bez trudu włączyć się w śpiew. Jednoznacznie kojarzyła się też z dobranocką, czyli dawała znak, że to koniec wieczoru. Taki finał wystarczająco łechtał moją próżność!

Jako dojrzały muzyk, mający za sobą 40-letnią karierę estradową, pozostaje Pan w dalszym ciągu boleśnie „rozerwany” pomiędzy miłością do muzyki klasycznej a estradą i ostatnio teatrem, co to – jak Pan śpiewa – „uczy nas żyć”, a zwyczajnym życiem, co to „uczy udawać”. Jak z perspektywy jubileuszu pracy artystycznej widzi Pan swoją „misję”? Pański koncert z gronem przyjaciół w Filharmonii Krakowskiej, w której jako skrzypek Pan debiutował – urasta do rangi swoistego symbolu!

W Filharmonii zaczynałem jako muzyk etatowy Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji. Niestety, z powodu wyjazdów za granicę z Ewą Demarczyk, własnych rozmaitych chałtur, byłem zmuszony nieraz opuścić próby. Po latach mocowania się ze sobą wybrałem… świat estrady. Od publiczności czerpię energię i im jej więcej „wchłonę”, tym łatwiej mi funkcjonować. Tak przez czterdzieści lat: granie, występowanie, podróżowanie (dziś dużo trudniejsze), śpiew ze sceny, nagrania na płyty. Do większości utworów skomponowałem melodię wraz z aranżacją. Sądzę, że efekt końcowy muzycznego hitu leży w ich nierozdzielnym związku. Ogromnie też jestem przywiązany do przeszłości i tradycji, do słuchania muzyki klasycznej. Granie kojarzy mi się z czymś pięknym, ze słynnymi obrazami, ludźmi, którzy kreują sztukę najwyższego lotu.
Pana kunszt wokalny i instrumentalny opiera się czasowi. Jest Pan artystą aktywnym, wiecznie zajętym: w rozjazdach, na próbach, koncertach, nagraniach. Czy tak, jak w jednej z ostatnio nagranych piosenek Nie mam czasu żyć, ma Pan czas na życie rodzinne?
Jestem ojcem trójki dorosłych dzieci: Joasi, Kasi i Pawła oraz pięciokrotnym dziadkiem. Z żoną Krystyną (notabene nie związaną z muzyką), obchodziliśmy 30 czerwca 2011 r. 40-lecie ślubu. Dawał go nam mój wujciu Pompiliusz Smyk w kolegiacie św. Anny. Świadkami byli Basia Długoszowa i Zygmunt Konieczny. Na ślub przyszła cała Piwnica…
Jako ojciec i pedagog byłem kiepski. Dlaczego? Jeździłem za granicę, a jak nie byłem na tournée – to codziennie grałem: próby, praca z Anawa, z Ewą, z orkiestrą radiową (do 1978). Nie miałem czasu na bycie w domu, choć, kiedy przebywałem poza nim, coś mnie do niego gnało! Tak zostało do dzisiaj. Okazało się, że ten mój pierwszy dzień po ślubie, kiedy wyjechałem do Świnoujścia, by zarobić, określił całe moje życie. Bogu niech będą za to dzięki! Także za moją wspaniałą żonę, „cichą bohaterkę naszego związku”, która rozumiała, że taki jej los! I na tym polegała jej mądrość. Mogłem sobie spokojnie hulać po świecie… Jakby policzyć wszystkie moje nieobecności w domu, to wychodzi, że spędzałem w nim mniej więcej 1/3 roku. Ale pocieszam się, że marynarze mają jeszcze gorzej… A może lepiej… Za domem jednak tęskniłem. Codziennie dzwoniłem. Nawet z Kuby wysyłałem telegramy, bo tam nie było telefonu… Jakoś wszystko wyśpiewałem, mimo że nigdy nie miałem głowy do interesów. Bogu dziękować, udało się! Dlatego nie skąpię grosza. Lubię dawać, występować charytatywnie…
W rodzinnym kręgu nie byłem łatwym domownikiem. Wiele ćwiczyłem: małe dzieci, a ja rzępoliłem na skrzypcach lub grałem na fortepianie. Niestety, nie mogłem grać nocami, choć głównie wtedy dopadała mnie wena. Dzieci również chodziły do szkoły muzycznej. Obcowanie z muzyką uwrażliwia i poszerza horyzonty. Dziś przeprosiłem je, że zmuszałem do ciągłych ćwiczeń.
Jest Pan – jak się zdaje – artystą spełnionym. Muzyka nie ma dla Pana tajemnic. Ostatnio występuje Pan także w salach koncertowych z repertuarem muzyki poważnej. To nowe wyzwanie?
Moje Credo – „sobą być” wyraża przekonanie, że zawsze mają się bronić śpiew i muzyka. Najważniejsze, by stroiły trąbka i skrzypce… A tak na poważnie – skończyłem 60 lat, wypada więc, abym objawiał się jako stateczny muzyk, który gra klasykę. Taki występ rozpoczynam od koncertu Karłowicza, potem z orkiestrą gram Koncert d-moll Bacha, następnie Koncert e-moll Mendelssohna-Bartholdy’ego, później Czajkowskiego D-dur i zaraz potem początek Koncertu d-moll Wieniawskiego, aby po chwili znów powrócić do Bacha. Odkładam skrzypce, przechodzę do Zacznij od Bacha, biorę trąbkę i staję się piosenkarzem. Może to trochę efekciarskie – ale i efektowne. Tak mówią…
Mówią, że jest Pan artystą w jakimś sensie totalnym. Na konkretne zamówienie skomponował Pan w roku 2008 oratorium Amabilis na dwa chóry, solistę i orkiestrę. Wykonane w Niepołomicach, zaistniało jako widowisko plenerowe.
To kawał muzyki. Bardzo interesuje mnie taka rozbudowana orkiestrowo i wokalnie forma. Pobrzmiewają w niej echa Bogurodzicy oraz hymnu Gaude Mater Polonia. Z Leszkiem Aleksandrem Moczulskim (słowa), dopisałem do tego utworu pieśń Santo subito! na beatyfikację Ojca Świętego Jana Pawła II.
Generalnie ubolewam, że nasz smak artystyczny dziś tak się spłycił. Obowiązują hity, przebojasy, tylko mało w tym wszystkim muzyki, frazy, melodii, oddechu, kantyleny, fermaty… Ale może jeszcze wrócą… Dawniej piosenki były do słuchania, teraz są do oglądania. Trochę zamarudziłem… Dość marazmu!
Serdecznie dziękuję Panu za pełną ducha i przenikliwego realizmu – nie tylko artystycznego – rozmowę. W imieniu własnym i Redakcji życzę wielu kolejnych cudownych przebojów i osobistego szczęścia!

Comments are closed.