Cud eucharystyczny w Sokółce

Łaski eucharystycznego Jezusa

Niezwykłej widzialnej przemianie, jakiej w sokólskim kościele uległa Hostia, towarzyszy fala – wyproszonych u Boga przez wiernych – nadzwyczajnych łask, które w pewien sposób potwierdzają cudowność tego, co się tam wydarzyło.

12 sierpnia 2011 r. na wysypisku śmieci w Karczach k. Sokółki doszło do dramatycznego wypadku. Jeden z pracowników – Jacek Dębko – został zagarnięty przez potężną ładowarkę i razem z odpadkami wrzucony do mechanicznego przesiewacza. Mężczyznę z ciężkimi obrażeniami głowy i twarzy, śmigłowcem przewieziono do szpitala w Białymstoku. Nie dawano mu szans na przeżycie.
– Brat doznał bardzo poważnego urazu głowy, przy którym to, że ma również pogruchotaną szczękę i że stracił oko, to jest nic – opowiadał brat pana Jacka, solista Opery Warszawskiej. – Wprowadzono go w stan śpiączki farmakologicznej. Nie wiadomo było czy się z niej w ogóle wybudzi, a jeśli tak się stanie, to czy będzie świadomy czegokolwiek, czy będzie sprawny ruchowo, czy będzie rozpoznawał ludzi, czy też będzie jak „roślina”. Po potężnej dawce wirusów i bakterii, które przeniknęły w czasie wypadku w otwarte rany, istniało również poważne ryzyko infekcji. Jej źródłem mogło być też zniszczone oko, którego przez pewien czas nie można było usunąć. Co więcej – w każdej chwili mógł wystąpić obrzęk mózgu i mogły ustać wszelkie funkcje życiowe. Brat był podpięty pod aparaturę, serce mu wprawdzie biło, ale oddychały za niego maszyny. Zaczął gorączkować.
Pan Jacek otrzymał sakrament Namaszczenia Chorych, a w kościele św. Antoniego w Sokółce 14 sierpnia odprawiono uroczystą Mszę św. z bardzo pięknym kazaniem. Następnego dnia cała rodzina modliła się w kaplicy na plebanii, gdzie w tabernakulum przechowywana była Cząstka Ciała Pańskiego, uczestniczyła również we Mszy św. odpustowej odprawionej w innej sokólskiej parafii – pw. Wniebowzięcia NMP.
Już po pierwszej Mszy św. gorączka minęła i z dnia na dzień stan chorego był coraz lepszy. Po tygodniu obudził się w pełni świadomy. Wyszedł po trzech tygodniach. – Jestem przekonany, że czuwał nade mną Pan Bóg. Nie jestem jeszcze w pełni sprawny – nie mam oka, mam kłopoty z pamięcią – muszę zażywać leki, ale żyję i dość dobrze sobie radzę i za to jestem Panu Bogu wdzięczny. Dla mnie – i dla lekarzy – to był cud – stwierdził pan Jacek.

Wielki Piątek pani Celiny

Łaski uzdrowienia dostąpiła również Celina Łuckiewicz – utalentowana miejscowa artystka. W marcu 2009 roku u pani Celiny wykryto dużego guza w nerce. Badający ją lekarz nie miał najmniejszych wątpliwości, że to był rak i nalegał na jak najszybszą amputację nerki. Operacja wypadła 10 kwietnia – w… Wielki Piątek. – Była bardzo trudna. Sam szew miał 32 cm. Przeżyłam wtedy swój Wielki Piątek – opowiadała pani Celina. – Guz miał prawie 7 na 5,5 centymetra. Przesłano go do badań histopatologicznych. Okazało się że był to bardzo złośliwy rodzaj nowotworu, którego – z uwagi na często zdarzające się przerzuty – już nawet chemią nie dało się wyleczyć. Szanse na przeżycie dwóch lat wynosiły 20 procent. Jeszcze przed operacją ruszyła „modlitewna krucjata” – o zdrowie dla Pani Celiny modlili się jej znajomi, liczni księża, w tej intencji odprawiono wiele Mszy św. W uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny 15 sierpnia pani Celina pomodliła się w kaplicy na plebanii kościoła św. Antoniego w Sokółce, gdzie wówczas przechowywano Cząstkę Ciała Pańskiego (sama do tej kaplicy malowała obrazy i wykonywała witraż). Kobieta wyzdrowiała i do dziś czuje się dobrze.

Uratowali mi życie

W grudniu 2009 r. Antoni Sakowicz – dyrektor miejscowych Wodociągów zachorował na sepsę – ciężką chorobę, która w większości przypadków kończy się zgonem. Wyzdrowiał. Zarówno on, jak i jego bliscy są przekonani, że był to cud wymodlony na kolanach przez jego żonę – w chwili, gdy pojawiły się pierwsze symptomy choroby – podczas czwartkowej adoracji Najświętszego Sakramentu. W intencji chorego odprawionych zostało również kilka Mszy św.; prosząc o jego zdrowie odmawiano Koronkę do Bożego Miłosierdzia. – Myślę, że Chrystus właśnie przez tę modlitwę postawił na mojej drodze we właściwym czasie odpowiednich ludzi, którzy uratowali mi życie – mówił pan Antoni. – Wierzę, że Chrystus przez cud eucharystyczny, który wydarzył się w Sokółce, chce ukazać całemu światu coraz bardziej oddalającemu się od Boga, że nadal JEST i ŻYJE, i że nigdy nie opuści tych, którzy w Niego wierzą – podsumował.

Z naszego punktu widzenia to był cud

Krzysztof Stawecki – konserwator zabytków, przez dwa lata odnawiał i przygotowywał kaplicę Matki Bożej Różańcowej w sokólskim kościele po to, aby można było wystawić tam kustodium z Cząstką Ciała Pańskiego. Kilka miesięcy po rozpoczęciu prac, latem 2010 r. wybrał się z żoną i trojgiem dzieci na wakacje do Włoch. W drodze powrotnej w piątek, 6 sierpnia, na autostradzie w okolicach Klagenfurtu (Austria), auto, którym kierował podczas ulewy wpadło w poślizg, uderzyło w barierkę po lewej stronie a potem – po obróceniu się – z ogromną siłą grzmotnęło przodem w skalną ścianę po prawej. Samochód został kompletnie zniszczony (z przodu nie było nic a silnik znaleziono 70 metrów dalej!), ale jego pasażerom udało się wyjść z tego cało i zdrowo (oprócz jednej z córek pana Krzysztofa, która doznała lekkiego urazu kręgosłupa). Po krótkim pobycie w austriackich szpitalach rodzina powróciła do domu a pan Krzysztof do pracy w sokólskiej kaplicy. – Z naszego punktu widzenia to był cud – stwierdził pan Krzysztof.

Lekarze byli zaskoczeni

W niedzielę 6 maja 2012 r. Marcin – siostrzeniec Wiesławy Szczesiul – uległ wypadkowi samochodowemu. Doznał poważnych obrażeń. Miał obrzęk mózgu, móżdżku, uszkodzone płuco, złamanie mostka i obojczyka. Jego stan był bardzo ciężki, a niektórzy lekarze dawali mu niewielkie szanse na przeżycie.
Pani Wiesława oraz bliscy poszkodowanego żarliwie modlili się o jego uzdrowienie. Odmawiali m.in. Koronkę do Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie, która znajduje się na obrazku z Cudowną cząstką Ciała Pańskiego z Sokółki, uczestniczyli we Mszy św. odprawionej w Sokółce w intencji Marcina. W intencji chłopca, w dniach
7–13 maja, celebrowano wiele Mszy świętych również w innych miejscach. W modlitwę włączyło się bardzo wiele innych osób. Wybudzony ze śpiączki Marcin mówił i logicznie myślał. Lekarze i personel szpitala byli zaskoczeni, a najbliżsi uradowani i szczęśliwi. Jedenaście dni później wyszedł ze szpitala.

Jezu, ufam Tobie

Mama Andrzeja Dubowskiego zachorowała na raka jelita grubego. Dla rodziny był to szok i tragedia. – Mama była osobą głęboko wierzącą. Ja wtedy może trochę mniej. Rzadko chodziłem do kościoła – opowiadał pan Andrzej. – Pierwszy etap choroby udało się nam jakoś przeżyć. Modliła się mama i bratowa. Cztery lata później wykryto u mamy nowy nowotwór na trzustce. Wiadomo było czym to grozi.
– Nastał moment kiedy z mamą było już bardzo źle. Przyszedł do niej ksiądz i część rodziny, żeby się z nią pożegnać. Lekarze tłumaczyli nam, że mamie zostało już nie więcej niż dwa dni życia; że znajduje się w śpiączce i reaguje już tylko na ból.
Pan Andrzej ze szwagrem pojechał wtedy do Sokółki. Jechali przez całą Polskę, z Dolnego Śląska na Podlasie. W Sokółce długo się modlili, a ich krewna – siostra Julia dała im obrazek „Jezu ufam Tobie”, którym dotknęła korporału, na którym leżała cudownie przemieniona Hostia.
– Zawiozłem ten obrazek mamie i mama… powróciła do życia. Poprawa jej stanu zdrowia nie trwała trzy dni ale… miesiąc. Kiedy zmarła nie czułem żalu do Boga. Nie pytałem „dlaczego ona”? Jej śmierć zbliżyła mnie bardzo do Boga i do Kościoła. Całą rodziną staramy się teraz być co niedzielę w kościele, staramy się uczestniczyć w kościelnych nabożeństwach. A jadąc samochodem słucham często Radia Maryja. Przez tę śmierć uświadomiliśmy sobie też, że trzeba pomagać innym.
Niemal dokładnie rok po śmierci mamy okazało się, że jestem chory na cukrzycę. Nic na to wcześniej nie wskazywało. Wylądowałem w szpitalu. Znów zaczęliśmy się modlić. Mimo że cukrzyca w zasadzie nie jest uleczalna, nie muszę dziś brać ani insuliny, ani jakichś innych leków. Lekarka stwierdziła, że takie przypadki zdarzają się… jeden na tysiąc. I tylko wtedy, jeśli pacjent zgłosi się… w odpowiednim czasie.
Okazało się też, że mam chore serce. Miałem w 70 procentach niedrożne tętnice. „Gdyby Pan nie przyszedł do nas w odpowiednim czasie, to miał Pan małe szanse, żeby przeżyć” – stwierdził badający mnie lekarz. Poczułem wtedy, że Ktoś nade mną, nad naszą rodziną, czuwa. Staramy się dziś żyć normalnie. Przekazywać dobro i wskazywać, że istnieje Bóg i trzeba się do Niego modlić – mówi pan Andrzej.

Jezu, uratuj nas! 

Na początku listopada 2008 r. Joanna i Leszek Steciowie ze Skarżyska Kamiennej – wraz z zaprzyjaźnionymi Siostrami Eucharystkami – przybyli do Sokółki. Dane im było zobaczyć wtedy Cząstkę Ciała Pańskiego. W październiku następnego roku państwo Steciowie pojechali do Holandii w sprawach służbowych. – Powrót do Polski był dość męczący, bo przez prawie pięć godzin jechaliśmy w okropnej burzy i ulewie – opowiada pani Joanna. – Samochód prowadził mój mąż. Kiedy dojechaliśmy już do kraju, za kierownicę siadł pracownik męża – zawodowy kierowca. Ja spałam na tylnym siedzeniu samochodu z laptopem pod głową, a w laptopie znajdowało się zapisane zdjęcie HOSTII. Na 315 kilometrze autostrady A2 (45 km od Łodzi) nagle samochodem zaczęło rzucać, zaczął się obracać. To było straszne. Powiedziałam wtedy: „Jezu, uratuj nas!“. I powtórzyłam to trzy razy. Myślałam, że mówiłam te słowa w myślach, ale mąż powiedział, że mówiłam głośno, bo on je słyszał. Kiedy wypowiedziałam tę prośbę po raz trzeci, samochód zatrzymał się. Siła uderzenia była tak wielka, że fotel kierowcy złamał się i leżał w miejscu, gdzie była moja głowa. Mnie wcześniej odsunęło z tego miejsca, tak, że głowę miałam całą. Wszyscy wyszliśmy z samochodu o własnych siłach. Do wypadku przyjechały trzy samochody straży pożarnej, bo myśleli, że nikt nie przeżył tej strasznej katastrofy. Samochód nadawał się tylko do kasacji, a my wszyscy wyszliśmy z tego wypadku bez większych uszkodzeń. Wiem, że uratował nas Pan Jezus, w tym właśnie czasie obecny z nami w wizerunku przemienionej HOSTII. Od tej chwili minęło bez mała trzy lata. Każdego dnia dziękujemy Mu za cud, który nam uczynił i polecamy się Jego opiece.

Objawy zanikły

„Cuda w Sokółce nie ustają” -taki tytuł nosił opublikowany w „Naszym Dzienniku” artykuł Adama Białousa. Autor pisał w nim o kilku innych cudach wyproszonych u Eucharystycznego Jezusa. Jednym z nich był cud uzdrowienia małego Jakuba Rapiera, u którego lekarze zdiagnozowali zespół Aspergera. „Jego babcia, gdy dowiedziała się o ciężkiej chorobie wnuczka, nie załamała bezsilnie rąk”. W intencji uzdrowienia dziecka w sokólskiej kolegiacie odprawiona została Msza św. „Podczas kolejnych badań lekarskich medycy musieli cofnąć postawioną wcześniej diagnozę, gdyż w niewytłumaczalny dla nich sposób objawy, które wcześniej ją potwierdzały, całkowicie zanikły”.

Nie wiadomo, jak to się stało

Po licznych modlitwach w obliczu przemienionej w niezwykły sposób cząstki Ciała Pańskiego i po odprawieniu Mszy św., z ulokowanego na piersi guza nowotworowego uzdrowiona została 25-letnia Anna Jazurek, córka Grażyny Zaniewskiej, mieszkanki wsi położonej niedaleko Sokółki.
„W grudniu 2011 r. dziewczęta z jednej z sokólskich szkół zwróciły się z prośbą do swojego księdza katechety, aby odprawił on w kolegiacie Mszę św. w intencji uzdrowienia ich chorej na nowotwór koleżanki Justyny Popowczak” – pisał w swoim artykule Adam Białous. „Dokładnie w dniu, w którym kapłan w obliczu niezwykle przemienionej cząstki Ciała Pańskiego celebrował Eucharystię, trwały badania lekarskie chorej dziewczynki. Jakież było zdziwienie lekarzy, kiedy stwierdzili oni bezsprzecznie, że guz z zaatakowanej chorobą wątroby zniknął. Specjaliści z dziedziny medycyny nie są w stanie wytłumaczyć, jak to się stało”.

Fot. archiwum

Comments are closed.