„Nie do objęcia umysłem…”

Pierwszego masowego mordu na Polakach dokonała sotnia pod dowództwem Hryhorija Perehijniaka „Dowbeszki-Korobki” w Parośli, w powiecie sarneńskim.

Tablica pamiątkowa w Parośli (Fot. G. Naumowicz (Wikimedia Commons))

Był wtorek, 9 lutego, wcześnie rano, gdy „zbudzono nas głośnym i natarczywym łomotaniem w drzwi. Wyrwany ze snu ojciec podszedł do okna i po powrocie do sypialni powiedział do mamy, że stoi tam duża grupa uzbrojonych mężczyzn. Wtedy zerwaliśmy się wszyscy na równe nogi. Ojciec poszedł otworzyć drzwi, do których strasznie łomotano. Ja z siostrą Teresą – Lilą (tak na nią mówiliśmy) weszliśmy na piec chlebowy w kuchni, z którego widok był wprost na drzwi wejściowe. W tym też czasie dziadek z babcią przyszli z dużego pokoju do kuchni” – zapamiętał 12-letni wtedy Witold Kołodyński, syn Stanisława i Marianny. Rzeź w Parośli Do każdego domu weszło pokilku uzbrojonych mężczyzn, przedstawiających się jako partyzanci sowieccy. U Kołodyńskich wysoki, dobrze zbudowany, przystojny mężczyzna w wieku około 30 lat, ubrany w zieloną kurtkę z sukna, spodnie zielone golfy, czarne oficerki, z przewieszonym na rzemiennym pasie naganem bębenkowym w pochwie, przedstawił się jako główny dowódca: „Jesteśmy partyzantką ruską i musicie nas żywić cały dzień. Nikomu nie wolno wychodzić z mieszkania” – kazał ugotować rosół, napiec chleba i przygotować dobry obiad. Podobnie było w innych zagrodach. Ojca Witolda pobili za ukrywanie broni: „Po około pół godzinie wyszedł ojciec z opuszczoną głową, nie odzywał się już potem do nikogo. My wszyscy bardzo płakaliśmy, gdyż z pokoju dochodziły do nas odgłosy bicia i jęki. Atmosfera zastraszenia udzieliła się wszystkim. Stan napięcia nerwowego trwał już do końca. Zziębnięci i przerażeni do kresu wytrzymałości, nie jedliśmy nic przez cały dzień. Mama gotowała rosół, obiad, piekła chleb. Ojciec chodził w towarzystwie setników do obrządku”. W domu Kołodyńskich bandyci przetrzymywali uprowadzonych w Włodzimiercu Kozaków, których po południu zamordowali: „Po chwili wyprowadzili jednego Kozaka, kierując go do pokoju dużego. Słychać było odgłosy rąbania siekierą i nieludzkie jęki. Po kilku minutach, szedł następny Kozak, a my słyszeliśmy podobne do poprzednich jęki i odgłosy. Tak było aż do ostatniego Kozaka, za którym wyszedł dowódca i powiedział nam, że sypialnia jest wolna”, po czym razem z towarzyszami zasiadł do zastawionego stołu. „Po dłuższym czasie, do sypialni wszedł dowódca z miną bardzo zadowoloną, za nim kilku bandytów rozebranych do koszul, roześmianych. Dowódca powiedział nam: Musicie się położyć, my was powiążemy, żeby Niemcy was nie skrzywdzili za przetrzymywanie i karmienie partyzantów. To samo w tym czasie usłyszeli inni mieszkańcy Parośli. Wszyscy zostali następnie zamordowani siekierami. „Komendant Związku Strzeleckiego (Strzelca) Walenty Sawicki był porąbany na sieczkę. Dzieci były uśmiercane uderzeniami w główki obuchami siekier. W jednym z domów nie można było wyciągnąć noża, którym było przybite niemowlę do stołu”. Nie oszczędzano kołysek Zamordowanych zostało (według obliczeń Ewy i Władysława Siemaszków) 149 Polaków i 6 Rosjan. Rzeź przeżyło 12 ciężko rannych osób, głównie dzieci, w tym Witold Kołodyński i jego 9-letnia siostra Teresa: „Byliśmy bardzo zziębnięci, zdrętwiali, zalani krwią. Lila wstała i pomogła wstać mnie. Widok, który naszym oczom ukazał się, był straszny. Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym. Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. Mamy długi warkocz był odcięty. W głowie ojca pozostawiona siekiera, co oznaczałoby, że słyszane przeze mnie jęki wydawał ojciec, którego dobito. W kołysce najmłodsza Bogusia, w wieku 1,5 roku, uderzona była siekierą w czoło. Przez dłuższy czas była w konwulsjach, które miotały kołyską. Lila wzięła ją na ręce i po chwili Bogusia zakończyła życie” – wspominał Witold, który podobnie jak siostra nigdy w pełni nie odzyskał zdrowia.

Comments are closed.