„Taka będzie śmierć wszystkim Lachom”

Jesienią 1942 roku na Wołyniu zaczęło dochodzić do coraz częstszych, choć jeszcze pojedynczych mordów na Polakach, dokonywanych przez ukraińskich nacjonalistów.

Krzyż w miejscu kościoła katolickiego w Wyrce

Działacze OUN uświadamiali chłopom, że bez pozbycia się Polaków z tej ziemi nigdy nie powstanie samostijna Ukraina. Jak wspomina Czesław Piotrowski, były mieszkaniec Huty Stepańskiej w powiecie kostopolskim, pod koniec 1942 roku mieszkańcy wsi coraz częściej dowiadywali się o różnych bandyckich napadach i morderstwach pojedynczych osób i rodzin polskich w okolicy. „Wstrząsający wydźwięk miała śmierć mieszkańca sąsiedniej wsi Wyrka Jana Zielińskiego, ojca pięciorga dzieci, zwabionego podstępnie przez Ukraińców do wsi Werbcze pod pretekstem dokonania zamiany prosiaka na siano. W lesie pod Werbczem został napadnięty przez kilku Ukraińców, pobity, a następnie ze związanymi drutem kolczastym rękami i nogami położony na duże ognisko, w którym spłonął. Konie z saniami i prosiakiem porwano, a trupa pozostawiono na ognisku. Miało to miejsce również w listopadzie 1942 roku. Znalezione po kilku dniach zwęglone zwłoki Jana Zielińskiego były wystawione na pokaz przed kościołem we wsi Wyrka, jako dowód i przestroga przed rozpoczętym barbarzyństwem. Pamiętam, z jaką grozą opowiadali o tym wydarzeniu uczestniczący na pogrzebie w Wyrce mieszkańcy naszej wsi”. W sąsiadującym z kostopolskim, powiecie łuckim, w gminie Silno, w kolonii Zaułek, „w końcu 1942 roku dowiedzieliśmy się o bestialskim morderstwie dokonanym na rodzinie znanego nam dobrze Floriana Kopija. Banda nacjonalistów ukraińskich wymordowała wtedy 10-osobową rodzinę, w tym troje dzieci. Zbrodni tej dokonała, jak to później ustalono, grupa ukraińskich schutzmanów pod dowództwem znanego watażki ze Stepania – Cecika. Była to postać znana w naszej okolicy z okrucieństw, zaprawionego poprzednio w masowym morderstwie Żydów”. W 1942 roku pojedyncze napady zdarzyły się w prawie wszystkich powiatach Wołynia; jak podaje Ewa Siemaszko, zamordowano w nich 300 osób. Mimo powtarzających się zbrodni, mieszkający na Wołyniu Polacy nie zdawali sobie sprawy z istniejącego zagrożenia i nadchodzącej tragedii. Często wiadomości o napadach traktowali z niedowierzaniem i tłumaczyli je osobistymi porachunkami. Nie dawali też do końca wiary ostrzeżeniom zaprzyjaźnionych Ukraińców. Podobnie sytuację oceniało polskie podziemie: „Nastroje mas są tego rodzaju, iż wszelkie próby skrajnych organizacji nacjonalistycznych, jak OUN, poderwania ich do jakiejś beznadziejnej ruchawki – nie przybiorą, jak można przewidywać, większych rozmiarów” – pisano w jednym z meldunków do Londynu. „Napady, w których początkowo ginęły pojedyncze osoby lub rodziny, były prawdopodobnie testem, czy Polacy są przygotowani do obrony i kontrataku lub sposobem zastraszenia ludności polskiej (albo też jednym i drugim)”. Tymczasem w połowie stycznia, kiedy Ukraińcy świętowali Nowy Rok, liczba morderstw zaczęła niepokojąco rosnąć. W niedzielę, 7 lutego 1943 roku ukraińscy bandyci dokonali bestialskiego mordu w przejętym przez Niemców folwarku, należącym do rodziny Chamców z Warszawy, w ukraińskiej wsi Butejki.

Comments are closed.