Potrzeba naszej wielkiej modlitwy…

Rozmowa z ks. prof. dr hab. Józefem Mareckim, historykiem, archiwistą, pracownikiem naukowym i dydaktycznym Uniwersytetu Papieskiego im. Jana Pawła II oraz Instytutu Pamięci Narodowej, uczestnikiem kilkunastu komisji historycznych w procesach beatyfikacyjnych męczenników.

ks. prof. dr hab J. Marecki

Podczas II wojny światowej Polacy padli ofiarą ludobójstwa ze strony Niemców, Sowietów i Ukraińców. To ostatnie w niewielkim stopniu funkcjonuje w narodowej pamięci. Dlaczego tak się dzieje?

W imię rzekomo dobrych stosunków polsko-ukraińskich zbrodnia dokonana przez ukraińskich nacjonalistów z Ukraińskiej Powstańczej Armii na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest spychana w zapomnienie, a dotyczy to ponad 130 tysięcy zamordowanych, kilkunastu tysięcy rannych, wielu tysięcy sierot, bezdomnych, niezliczonej rzeszy okaleczonych fizycznie, moralnie i psychicznie. Przy obojętności władz państwowych, pamiętają osamotnione, zresztą raz po raz spychane na margines życia społeczno-politycznego, środowiska kresowe. Wydarzenia na Kresach Wschodnich i na Wołyniu z lat 1943–1945 przedstawia się w literaturze polskojęzycznej jak i nie-polskojęzycznej w sposób marginalny i zakłamany. Nie podaje się przyczyn ludobójstwa, nie podaje się nazwisk twórców nacjonalistycznej ukraińskiej ideologii. Nie ma winnych – a dociekliwemu Ukraińcowi bądź Polakowi enigmatycznie wyjaśnia się, że służby specjalne sowieckie, że Niemcy, że może jakieś oddziały w służbie niemieckiej i szybko dodaje się, że możliwe iż Węgrzy lub Słowacy – byle tylko nie wymienić ukraińskiej SS Galizien, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów czy też wspomnianej już Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jakżeż często w wielu publikacjach możemy przeczytać, że ginęło wiele tysięcy Polaków i Ukraińców. Osobliwym jest równoważenie ofiar i zbrodniarzy – to tragedia.

Z pamięci o ofiarach zrodził się pomysł, aby 11 lipca został ustanowiony Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian…

Pamięć o nich to nasz obowiązek. Ogromna większość ofiar kresowego ludobójstwa nie ma grobów. Wiele miejsc pochówków była i jest świadomie bezczeszczona. Na cmentarzach i zbiorowych mogiłach pasą się krowy, urządzono boiska sportowe i place zabaw. Z premedytacją „zapomniano” o tych, którzy przeżyli. Jak wielu kresowiakom zabrano dzieciństwo, młodość i przyszłość. A ofiary tego ludobójstwa to męczennicy.Wyniesienia na ołtarze doczekały się ofiary ludobójstwa z terenu Hiszpanii, podobnie jak ofiary niemieckich obozów koncentracyjnych. Zostało beatyfikowanych kilka ofiar komunizmu. Ofiary nacjonalizmu ukraińskiego, świeccy i duchowni zamordowani z nienawiści do Kościoła katolickiego i wiary katolickiej nadal czekają… Tragedią jest i to, że mordercy mają swoje niebosiężne pomniki, tytuły bohaterów narodowych, są patronami ulic, placów, szkół, a milczące ofiary ich ludobójstwa? Data 11 lipca nie jest przypadkowa, ponieważ tego dnia w 1943 roku na Wołyniu na uśpione niedzielnym odpoczynkiem polskie wsie, na zgromadzonych w katolickich świątyniach wiernych, na niedowierzających w pogłoski, że od ukraińskich (rusińskich) sąsiadów może spotkać ich jakakolwiek krzywda – spadły pociski, granaty, butelki z zapaloną benzyną, ostrza wideł, kos, noży, siekier i pogrzebaczy. Okrucieństwo z jakim dokonywano mordów było niewyobrażalne – trudno je porównywać nawet z niemiecko-sowieckim.

Ksiądz Profesor od ponad 20 lat często odwiedza Kresy, był Ksiądz wicepostulatorem Trybunału Postulacyjnego Sługi Bożego ojca Serafina Kaszuby. Czy Ksiądz Profesor spotyka się z ludźmi, którzy wspominają tamte dramatyczne czasy?

Kilkakrotnie wraz z członkami  Trybunału sprawowaliśmy nabożeństwa w miejscach, w których ongiś był kościół – jak na przykładw Dermance – powierzony w czasie wojny opiece o. Kaszuby. Ołtarz budowaliśmy z rozrzuconych wybuchem gruzów. W wielu miejscowościach ze strachem przed innymi życzliwe staruszki szczycące się tym, iż pamiętają polskie czasy i polską szkołę pokazywały nam „polskie mohyłki”, kryjące partyzantów lub pomordowanych. Często zatrzymywałem się w drodze na Wołyń u zaprzyjaźnionego duszpasterza w Kamionce Strumiłłowej (obecnie Buskiej). Pewnego dnia, było to w 1992 lub następnym roku, przyszła starsza kobieta, która chciała odbyć spowiedź „przed ksiondzem z Polszy”, ale w imieniu nieżyjącego już jej ojca. Skoro miał być ksiądz z Polski, więc miejscowy proboszcz wyznaczył mnie.

Ale taka spowiedź „za kogoś” jest przecież niemożliwa?

Oczywiście, dlatego po moich wyjaśnieniach wyznała mi prawdę o tym, co znałem z opowieści, nielegalnej wówczas lektury, powtarzanych z trwogą, może i wyolbrzymianych – jak mi się niekiedy wydawało – opowieści. Urodziła się na Wołyniu, w miarę zamożnej i szczęśliwej rodzinie. Z dzieciństwa pamiętała cerkiewne nabożeństwa, na które uczęszczała z rodzicami, szkołę z polską panią, koleżanki z sąsiedztwa. A potem przyszła wojna. Wiedziała, że trzeba bać się bolszewików, chociaż ich nigdy nie widziała. A potem znowu była wojna, z którą przyszła wolna Ukraina. W domu odbywały się zebrania. Wtedy z matką nocowały na strychu, bo całą kuchnię i przyległy pokój zajmowali mężczyźni. I pamiętała, że w spokojnym jak dotąd ich domu pojawiły się kłótnie między rodzicami. Ojciec znikał na kilka dni, raczej nocy. Wracał najczęściej pijany, brudny i najczęściej zakrwawiony, ale przywoził jakieś meble, garnki, jakąś maszynę do gospodarstwa. Pamięta, że na pewno raz był na wozie zegar, ale bez wahadła. Czasem było coś z ubrania. Przywoził kury i kaczki, przypędził też zabiedzoną krowę. Każdy powrót ze zdobyczą okupiony był matczynymi łzami, która prosiła ojca, by więcej już nie wyjeżdżał. Pewnego dnia przywiózł dla swej córki czerwoną sukienkę, brudną i chyba zakrwawioną. Gdy matka ją wyprała okazało się, że doskonale pasuje. Małą dziurkę na wysokości serca udało się załatać. Nikt w całej wiosce nie miał takiej sukienki. Jedna z sąsiadek powiedziała jej nawet, że wygląda jak polska panienka. Ale jeszcze wtedy nic nie zrozumiała. Szybko wyrosła z czerwonej sukienki. Wojenny dobrobyt zakończył się gdy znów weszli bolszewicy. I przypomniała sobie, że trzeba się ich bać. Lecz dla niej – jak twierdziła był to inny strach – że ktoś doniesie, iż jej ojciec chodził mordować. Matka płakała, ojciec pił, ona znów się bała. Kiedy wyszła za mąż, opuściła na dłuższy czas rodzinną wioskę i Wołyń. Wtedy dopiero poznała prawdę o wojnie i jej bohaterach, o czym milczano na Wołyniu. Zrozumiała, że nosiła sukienkę swej polskiej rówieśniczki, której serce przebił ukraiński nóż. Po latach wróciła do rodzinnej wioski. Dręczyła ją przeszłość. O lata wojny zapytała matkę. Usłyszała, że wszyscy mordowali, bo tak trzeba było. Zapytała ojca. Jego odpowiedzią było kilka mocnych przekleństw i pytanie: „czy ci źle w wojnę było, brakowało ci czego?”. A potem to już były same nieszczęścia. I na dodatek bieda i niemal głód. I pomyślała sobie, że jak wyspowiada się w imieniu ojca przed polskim księdzem, to może Pan Bóg jej i rodzicom  przebaczy. Od spotkania w Kamionce Strumiłłowej ze wspomnianą kobietą minęło niemal 20 lat. To, co wówczas powiedziała, a co dla siebie nazwałem „czerwoną sukienką”, jest dla mnie kwintesencją wydarzeń na Wołyniu w 1943 roku.

Stosunki między państwami powinny zawsze opierać się na prawdzie; jej fałszowanie, ukrywanie, nigdy nie przynosi dobrych owoców. Czy w 70 lat po tym ludobójstwie możemy mówić o pojednaniu naszych narodów?

Nie dokonało się jeszcze pojednanie Polaków i Ukraińców. Nie ma w tym kierunku działań ani ze strony przywódców państw, liderów politycznych środowisk i hierarchówkościelnych. Jedną z wielu inicjatyw zmierzającą w tym kierunku była pastoralna akcja o charakterze ekspiacyjnym zainicjowana przed kilku laty w Łucku przez tamtejszego łacińskiego ordynariusza ks. bpa Marcjana Trofimiaka, a znana jako „niedokończone Msze wołyńskie”. Podczas nabożeństw gromadzących rzesze wiernych różnych narodowości, obrządków i religii, modlono się w łacińskiej katedrze w Łucku i w innych łacińskich świątyniach – które niekiedy były przed laty miejscami mordów na Wołyniu – o dar życia wiecznego dla pomordowanych i przebaczenia dla morderców, o zdjęcie hańby bratobójstwa z żyjących na jednej ziemi narodów, o przeproszenie Boga za przerwane Msze święte, nieodprawione a przyjęte intencje mszalne, liczną profanację Najświętszego Sakramentu, burzenie świątyń, pozostawienie bez pochówku ludzkich zwłok i likwidowanie oznaczonych zbiorowych mogił… „Niedokończone Msze wołyńskie” dla wszystkich winny być lekcją historii i głębokiej zadumy nad tajemnicą nieprawości, która miała miejsce na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

Comments are closed.