Monte Cassino

Czy widzisz te gruzy na szczycie?

Kapelan o. Adam Studziński wspominał po bitwie: „Za Gardzielą teren się rozszerzał. Cały pokryty był czerwonymi makami, których wszędzie było pełno. Gęsto skupione leje po wybuchach pocisków armatnich i moździerzowych i porzucone wraki czołgów amerykańskich, przy których jeszcze leżały czarne trupy ich spalonych załóg, świadczyły, że po tej pięknej łączce płonącej w tej chwili czerwienią maków, przechadzała się śmierć i po swojemu niszczyła życie. Czerwone maki w takiej sytuacji były jakimś anachronizmem – albo nieodpartym wołaniem życia, które wszystko przezwycięża, podobnie jak ten śpiew po krzakach na wzgórzach Monte Cassino rozlicznych słowików, który aż drażnił człowieka, gdyż był nie w porę, nieodpowiedni do ogólnego nastroju, jakby zgrzytem w melodii wojny, która od radości ucieka bo karmi się lękiem, rozdzierającym wołaniem rannego o pomoc i syci się śmiercią i podobnie jak słowiki, które przerywały swoją pieśń życia tylko na chwilę, gdy w bezpośredniej bliskości od nich padł w krzaki pocisk, ale zaraz potem, zrazu nieśmiało, jakby na próbę pocmokując, znowu nuciły ją z tym większą siłą na nowo, tak i maki, gdzie tylko mogły tam rosły, walcząc o swoje prawo do życia na każdej piędzi ziemi, mimo że człowiek je deptał, nie zwracał na nie uwagi i wyrywał z korzeniami przez swoje pociski”. Zbocza wzgórz „tonęły w powodzi czerwonych maków”, jak wspominał prawie każdy, także generał Anders. Te czerwone maki na Monte Cassino stały się symbolem polskiej walki i zwycięstwa – może najbardziej za sprawą Feliksa Konarskiego i jego pieśni. Znany już przed wojną autor rewiowych przebojów, używający pseudonimu „Ref-Ren”, w czasie bitwy, podobnie jak inni artyści z tzw. Polskiej Parady, występujący dla żołnierzy II Korpusu, przebywał niedaleko Cassino, w Campobasso. Owej nocy z 17 na 18 maja, jak sam wspominał, nie mógł spać. „Co chwilę zbliżałem się do okna i patrzyłem na dalekie błyski artyleryjskiego ognia. Oni tam biją się o klasztor. Tam rozwarło się prawdziwe piekło” i od razu w głowie same ułożyły mu się słowa – „Czy widzisz te gruzy na szczycie? Musicie! Musicie!! Musicie!!!”. Nad ranem miał już gotowe zwrotki z refrenem. Pobiegł wtedy do kompozytora Alfreda Schütza, którego melodie śpiewały takie sławy jak Ordonka, Bodo czy Fogg. „Ref-Ren” był „zdyszany, zdenerwowany. Powiedział: Fredziu, napisałem tekst… Zaraz musisz siąść i napisać do niego muzykę. Przeczytałem ten tekst raz i drugi, i przeszły mnie ciarki” – wspominał Schütz, który prawie natychmiast wykonał zadanie – skomponował melodię i rozpisał na orkiestrę. Pierwszym wykonawcą pieśni miał być Gwidon Borucki (właśc. Gottlieb), artysta „Cyrulika Warszawskiego”, po studiach w Wyższej Szkole Handlu Zagranicznego. Nazajutrz w kwaterze gen. Andersa w Campobasso, na uroczystej akademii dla uczczenia zwycięstwa, gdy Borucki z towarzyszeniem czterdziestoosobowej orkiestry zaśpiewał po raz pierwszy „Czerwone maki”, płakali wszyscy artyści i żołnierze. „Dokoła zryta ziemia, kikuty drzew, rumowiska i dalej, jak okiem sięgnąć, kwitły czerwone maki” – wspominał Borucki.

Comments are closed.