Cuda i łaski Boże

CZUWA NAD SWOJĄ RODZINĄ

Bł. ks. Jerzy Popiełuszko wyprosił u Pana Boga szczególne łaski dla swoich bliskich: dla  mamy i dla rodzeństwa. Marianna Popiełuszko po beatyfikacji swojego syna powiedziała:  „Czuję radość, że mamy orędownika dla Polski. Możemy wszyscy się do niego modlić”.

Fot. K. Cegielska

Mama ks. Jerzego – Marianna Popiełuszko w 1983 r. bardzo dotkliwie cierpiała na  dolegliwości kolana. Dzięki pomocy swojego syna kapłana znalazła się w Warszawie w szpitalu, gdzie przygotowywano ją do bardzo już pilnej operacji. Na kilka dni przed  zabiegiem kobieta przeraziła się wszystkiego, co może ją czekać na stole operacyjnym i po  cichu, niepostrzeżenie opuściła szpital. Po pogrzebie ks. Jerzego bóle kolana  powróciły ze zdwojoną siłą. Cierpienie nie dawało spokojnie żyć pani Mariannie. Pewna, że jej syn Jerzy znajduje się u Boga w niebie i może wypraszać u Niego łaski, zwróciła się  do niego: „Jureczku, pomóż mi jeszcze raz…” . I pomógł. Dotkliwe cierpienia ustały natychmiast. Laska, która była jej dotychczas konieczna do chodzenia, nie była więcej  potrzebna. Brat i siostra Starszy o dwa lata od Męczennika Józef Popiełuszko już od kilkunastu lat choruje na raka języka. Tak mówi o początkach swojej choroby: „Nagle  poczułem, że boli mnie język. Poszedłem do dentysty, a temu coś się nie spodobało i dał mi skierowanie do szpitala. Pobrali mi tam wycinek i okazało się, że to nowotwór  złośliwy. Od razu chciano mnie operować, ale się nie zgodziłem.  Wtedy trzeba by odciąć połowę języka. To powodowałoby problemy z mówieniem, z jedzeniem. Pojechałem  jeszcze na konsultację do Warszawy, ale tam zachorowałem na anginę, więc pomyślałem,  że tak ma być i wróciłem do domu”.

Choć mężczyzna nie został cudownie uzdrowiony, wciąż żyje i wie, komu to zawdzięcza. Mówi: „Żyję tylko dzięki pomocy ks. Jerzego, bo teraz z szacunku tylko tak o nim mówię. Lekarze mówią, iż to, że żyję, jest cudem, a ja wiem, komu to zawdzięczam. Nie biorę żadnych leków, chemii i jakoś idzie do przodu”. Także starsza o cztery lata siostra ks. Jerzego – Teresa Boguszewska od kilkunastu lat walczy z nowotworem złośliwym. Przeszła operację i do tej pory nie ma w jej organizmie przerzutów. „Jurek śni mi się  prawie co noc. Pociesza mnie, dodaje otuchy. Mówi o modlitwie i cierpliwości. To dzięki niemu mam siłę walczyć z chorobą” – wyznaje pani Teresa. Rodzeństwo ks. Jerzego  podkreśla, że rodzina przebaczyła zabójcom ks. Jerzego. „To, co przeżyliśmy, kiedy go  porwali, a potem kiedy dowiedzieliśmy się, że został zamordowany, trudno opisać. Jakoś jednak wypowiedzieliśmy słowa modlitwy: I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy… Wytłumaczyliśmy sobie, że taka była wola Boża. I doczekaliśmy czasu beatyfikacji, czasu wielkiej radości. Co wówczas czuliśmy, trudno opisać słowami. Mamy brata, który jest w niebie! Jak nie moglibyśmy się cieszyć – mówią zgodnie pani Teresa i pan Józef. Uzdrowiona dzięki pomocy Wujka Mama i rodzeństwo to nie jedyne osoby z rodziny, które doznały pomocy Męczennika. Pomógł on także pani Agnieszce – był  przecież jej wujkiem. Jak wyznaje młoda kobieta, pomoc przyszła w momencie, kiedy było jej bardzo ciężko w życiu– najpierw zmarł jej tato, a zaraz potem, kiedy zdała egzamin dojrzałości, musiała wyjechać z rodzinnego domu z Suchowoli. Jakby tego było mało, coś popsuło się w „miłości”… Te wszystko sprawiło, że dziewczyna zaczęła wchodzić w anoreksję. W ciągu trzech lat schudła ponad dwadzieścia kilogramów. „Ja po prostu mówiłam sobie, że zdrowo się odżywiam. Jadłam bardzo mało, przede wszystkim brokuły i inne niskokaloryczne produkty. Byłam niezwykle szczęśliwa, kiedy chudłam: najpierw kilogram, potem drugi, czwarty… aż w końcu przestałam to kontrolować. Zaczęłam bardzo się bać tego, że przytyję. Działy się ze mną straszne rzeczy, a ja nie potrafiłam z  tego wyjść. Moi najbliżsi bardzo cierpieli patrząc na mnie. Nieraz widziałam mamę, która płakała nade mną” – opowiada pani Agnieszka. W końcu potrzebna była pomoc lekarska.  Psycholog zalecił, aby młoda kobieta zmieniła coś w swoim życiu. Już wcześniej z rodziną pani Agnieszki zaprzyjaźniła się pewna rodzina Gdańska i to do niej właśnie pojechała.  „Dużo rozmawiałam z moją przybraną ciocią Anią, a ona tłumaczyła mi, że muszę uwierzyć w siebie, że muszę zawierzyć Bogu, że przecież moim bliskim krewnym jest ksiądz Jerzy Popiełuszko, więc na pewno mi pomoże. I zaczęłam się modlić, zaczęłam prosić wujka o pomoc. I tak się stało, że w ciągu kilku miesięcy wyszłam z choroby, a każdy kto spotkał się z anoreksją wie, że do wyjścia z niej potrzebny jest długi czas. Ja przez kilka miesięcy wróciłam do swojej wagi. Przestałam się bać. Jakby nagle klapki spadły mi z oczu i zrozumiałam, jak wielką krzywdę robię sobie i moim bliskim. Wiem, że zawdzięczam to ks. Jerzemu i modlitwie wielu bliskich mi osób” – podkreśla Agnieszka. Od 2008 r. nie ma śladu po chorobie. „Kiedy zamordowano ks. Jerzego miałam zaledwie półtora roku. W naszym domu zawsze dużo się o nim mówiło. Sama także chciałam go  poznać – przecież to mój wujek. Byłam na jego beatyfikacji. Dziś mogę powiedzieć, że  czuję opiekę ks. Jerzego.

Comments are closed.