W rodzinnej Zuzeli

Spokojna, ufna wiara

„W domu nad moim łóżkiem wisiały dwa obrazy: Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej. I chociaż w onym czasie do modlitwy skłonny nie byłem, zawsze cierpiąc na kolana, zwłaszcza w czasie wieczornego różańca, jaki był zwyczajem naszego domu, to jednak po obudzeniu się długo przyglądałem się tej Czarnej Pani i tej Białej. Zastanawiało mnie tylko jedno, dlaczego jedna jest czarna, a druga – biała. (…) Mój ojciec z upodobaniem jeździł na Jasną Górę, a moja matka do Ostrej Bramy [w Wilnie]. Razem się potem schodzili w nadbużańskiej wiosce, gdzie urodziłem się i opowiadali wrażenia ze swoich pielgrzymek” – wspominał swe dziecięce lata późniejszy Prymas Tysiąclecia ks. kard. Stefan Wyszyński.

„Nad moim łóżkiem wisiały dwa obrazy: Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Ostrobramskiej… (Fot. J. Szarek)

Z domu rodzinnego w Zuzeli nad Bugiem – „na styku Podlasia z Mazowszem” – wyniósł żarliwą pobożność nie tylko rodziców, ale i sąsiadów. „Zdumiewająca była ich spokojna, ufna wiara. Tego nie można nazwać żadną miarą niewiedzą religijną, bo z tym się łączy patrzenie w głąb, niemal jakieś mistyczne obcowanie. Ci ludzie widzą to, w co wierzą”. Ten świat, w którym dorastał nauczył młodego Stefana – który w wieku dziewięciu lat stracił matkę – głębokiej wiary, szczególnej czci do Matki Bożej, szacunku do ludzkiej pracy, miłości do Ojczyzny. W wieku dziesięciu lat dostał od ojca, zakazaną w zaborze rosyjskim, książkę ukazującą historię Polski w 24 obrazkach. „Wcześnie poznałem (…) dzieje naszego Narodu ciągnące się przez tysiąc lat, aż do dziś dnia, wszczepiające się w krew, w myśli i serce człowieka, nie dające się od niego oderwać”. (js)

Pozostał mi w pamięci sędziwy duszpasterz, świątobliwy ks. kanonik Lipowski, który mnie chrzcił. Często musiałem do niego biegać, posyłany przez Ojca z różnymi sprawami, głównie metrykami do podpisu. Ksiądz Kanonik nie lubił, gdy się garbiłem. Nazywał mnie „garbulem”. Nieraz mi mówił: „Jak ci przyłożę sękala, to się wyprostujesz”. Prostowałem się jak mogłem. Do dziś dnia noszę się prosto. Pamiętam tego kapłana, gdy nauczając z ambony w starym kościele, niekiedy płakał. Płakał, wspominając najrozmaitsze cierpienia, braki i grzechy, wspólne wygnańcom, synom Ewy. Umiał też po swojemu godzić małżeństwa. Nieraz byłem świadkiem bardzo specjalnej metody godzenia zwaśnionych małżonków. Nie wszystko jednak nadaje się do opowiadania. Co jeszcze pamiętam? Pamiętam pierwsze po obudzeniu się wejrzenie przez okno na niedaleki Bug, którym płynęły berliny ze zbożem, świecąc z daleka białym płótnem żagli. Było to dla nas niezwykle ulubione zajęcie; prosto z łóżka biegliśmy do okna, aby je zobaczyć. Ale co najbardziej zapadło mi w pamięci, to rozpoczęcie budowy tego kościoła. Wtedy budowano inaczej, z wielkim trudem. Stroną gospodarczą i rachunkową budowy zajmował się mój Ojciec. Do niego należało załatwianie wielu spraw z murarzami i majstrami. Pamiętam pierwsze wykopy pod fundamenty tej świątyni. Widziałem olbrzymie sterty wydobytych przy kopaniu fundamentów kości waszych pradziadów, dziadów i ojców, które później uroczystym pogrzebem pochowano pod tą świątynią. – Pamiętam, że niekiedy byliśmy wzywani na pomoc, gdy zabrakło cegły na rusztowaniach. Przychodziły „wici” do szkoły – wtedy chłopcy przybiegali na plac budowy i pod kierunkiem murarzy dźwigali cegły z dalekich pryzm pod schody, prowadzące na rusztowania. Wyżej już nie wolno było iść ze względu na bezpieczeństwo. Dźwiganie cegieł było pierwszym moim przyczynkiem do budowy kościoła, najpierw materialnego, a dzisiaj – duchowego.

Comments are closed.