Świadectwo życia

W DOMU RODZINNYM OJCA MICHAŁA

W październiku – na dwa miesiące przed beatyfikacją ojca Michała – jego rodzina przekazała pamiątki po zakonniku franciszkanom. Będą one prezentowane od dnia beatyfikacji na wystawie w Krakowie. Wśród nich są ornat i… rower.

Fot. Archiwum franciszkanów

Ojciec Michał pochodził z Łękawicy, niedaleko Żywca. Nie żyją dziś już jego rodzice. Ma on jednak jeszcze brata bliźniaka i dwie siostry. W domu rodzinnym mieszka siostra Urszula. Siostra Urszula wspomina, że kiedy mama po raz trzeci była w stanie błogosławionym, szybko okazało się, że nosi tym razem bliźniaki. Chłopcy urodzili się w domu, 23 września 1960 roku. Czekały na nich dwa beciki. – Wtedy tatuś przyszedł i mnie oraz siostrze dał po pieniążku. Powiedział, że położna przyniesie nam dzidziusie i my sobie je kupimy. Rzeczywiście położna wyszła do nas i trzymała chłopców w ramionach. Powiedziała, że ma dla nas prezent. Jeden z chłopców bardzo płakał… Było zaraz widać, że jeden jest dużo drobniejszy, mniejszy. Marysia – młodsza ode mnie o półtora roku siostra – dostała tego, który nie płakał. Był to Marek, ten większy. A Michała, który tak bardzo płakał, dostałam ja – wspomina pani Urszula. Na wieść o bliźniakach wujek Gienek – brat mamy – powiedział wówczas do swojej siostry: „Jeden na pożytek dla Ciebie, a drugi na chwałę Bogu”.

PRZYGODA Z PSZCZOŁAMI

W ogrodzie rodziny były ule wujek Józek, najmłodszy brat mamy, niemal od zawsze zajmował się pszczołami. I któregoś dnia, gdy chłopcy mieli trzy lata, zaciekawieni co znajduje się w tych małych domkach, postanowili to zbadać. Wzięli sobie patyczki, podeszli do uli i zaczęli grzebać w ich włazach. Niemal natychmiast wyleciał z nich rój pszczół, który obsiadł malców i owady pożądliły bliźniaków. – Chłopcy byli wtedy pod moją opieką. Mamusia pojechała do Żywca, żeby na targu sprzedać masło, śmietanę, jajka, sery, to wszystko co mieliśmy, a z czego można było zdobyć jakiś grosz. Bezmyślnie zostawiłam braci i poszłam na kociby [owoce czeremchy w tamtejszej gwarze]. Gdy mama wróciła do Łękawicy i wysiadła z autobusu, usłyszała straszny płacz dzieci. Nie zastanawiała się ani chwili, tylko zostawiła torby i pobiegła do domu. Marka już przy ulu nie było, bo zdążył uciec. Michał tymczasem był cały w pszczołach. Mamusia omiatała go z owadów. Pamiętam jak strasznie płakał. Nie spuchł za bardzo, ale wiadomo było, że musiało go to bardzo boleć. Tyle użądleń… Były okłady – powraca do bolesnych wspomnieć starsza siostra, dodając jednak od razu, że efekt tego trudnego wydarzenia był taki, że chłopiec przestał chorować. Pani Urszula opowiada o tym, że razem ze swoim młodszym rodzeństwem pomagali rodzicom – paśli krowy, gęsi, chodzili do lasu zbierać borówki. – Michał to lubił. Nawet kiedy był już w Krakowie i przyjeżdżał do domu na wakacje, to jeszcze jeździliśmy na borówki. Bardzo lubił pomagać w domu, choćby przy pieczeniu ciast, przy gotowaniu – opowiada.

ŚMIERĆ OJCA

Kiedy chłopcy mieli niespełna dziewięć lat, dwa tygodnie po Pierwszej Komunii Świętej bliźniaków, zmarł ich tata. Zresztą już wcześniej bardzo chorował i rodzina obawiała się o jego życie. Ponowny atak choroby nastąpił na tydzień przed Pierwszą Komunią Świętą. Pan Michał trafił do szpitala i nie mógł uczestniczyć w uroczystości. Rodzina po Mszy świętej pojechała do szpitala do chorego. Tydzień później, kiedy powrócił do domu, odbyło się skromne przyjęcie. W kolejnym tygodniu mężczyzna zmarł. Po Pierwszej Komunii Świętej, bliźniaki, zachęceni przez mamę, zostali ministrantami. Po śmierci głowy rodziny, jej sytuacja jeszcze się pogorszyła. Zostali z marną rentą po ojcu.

PROBLEMY Z… MATEMATYKĄ

Chłopcy od samego początku mieli problemy w szkole. – Kiedy kończyłam szkołę, a oni byli w niższych klasach, często byłam wzywana przez nauczycieli. Dopóki byłam w domu, to codziennie im pomagałam. Kiedy poszłam do technikum, to jak przyjeżdżałam, to także starałam się pomóc – opowiada starsza siostra. Większe problemy z nauką pojawiły się w siódmej klasie. Kierownik szkoły wezwał wówczas panią Tomaszek i poinformował, że chłopcy są zagrożeni powtarzaniem klasy siódmej. Powiedział: „Zróbcie coś, przecież nie mogę ci ich zostawić, bo to oznacza duże koszty, a całkowicie cię rozumiem”. – Siedzieliśmy przy stole – jeden z jednej strony, drugi z drugiej, ja w środku – i tłumaczę, tłumaczę, tłumaczę… Jednemu zadanie, drugiemu zadanie, a oni ni w ząb… Buntowali się, nie chcieli się uczyć. Oni w bek, ja w bek: „Będziemy się uczyć”. Mamusia mówiła: „Zostaw”, a ja: „Nie zostawię, bo oni muszą przejść do klasy ósmej. I muszą się tego nauczyć, bo są w stanie się nauczyć” – kontynuuje opowieść pani Urszula. Chłopcy płakali, bo „im się krzywda działa”, bo się musieli uczyć. Ale rzeczywiście na koniec roku wyszli z dobrymi ocenami z matematyki. Michał, będąc później w Legnicy, pomagał nawet kolegom w nauce matematyki. Za to duży problem miał z językiem polskim – z błędami ortograficznymi. Niektóre sprawdziany były bardziej czerwone od błędów zaznaczonych przez nauczyciela niż niebieskie – opowiada pani Urszula.

NIŻSZE SEMINARIUM DUCHOWNE

Michał najpierw myślał o salezjanach w Oświęcimiu. – Mój ojciec chrzestny powiedział mu jednak o Niższym Seminarium Duchownym w Legnicy. Wtedy pojechaliśmy do Rychwałdu, gdzie znajduje się klasztor Ojców Franciszkanów. Tam Michał zdobył wiadomości na temat tej szkoły. Wrócił do domu i powiedział: „Mamusiu, a jak ja bym poszedł do Legnicy do niższego seminarium? Pojedziesz ze mną?”. I mamusia powiedziała: „Dobrze, pojedziemy”. Pojechali i tam zdecydowali, że spróbują. Michał jako tako zdał egzamin i został – wspomina starsza siostra. Braki w wiedzy dawały się mocno we znaki. W pierwszej klasie z trudem otrzymał promocję, po poprawce z geografii. Drugą niestety już repetował. Wówczas franciszkanie wezwali mamusię i pytali, co mają z nim zrobić. A trzeba dodać, że za naukę w szkole rodzina musiała płacić. Mamusia wtedy powiedziała: „Wam ciężko i mnie jest ciężko, niech wraca do domu”. Nie wrócił. Wstawił się za nim jeden z ojców. Michał otrzymał jeszcze jedną szansę i z niej skorzystał. Koledzy z tamtego czasu opowiadają, że Michał często modlił się Koronką do Bożego Miłosierdzia i Koronką do Ran Chrystusa. Był zaangażowany w pracę Rycerstwa Niepokalanej, związany był z grupą obrońców życia, organizował jasełka, a nawet redagował gazetkę seminaryjną. Michał zdał maturę i poszedł do nowicjatu. W podaniu o przyjęcie do zakonu napisał: „Już od dawna jestem przekonany, że mam powołanie do kapłaństwa i Zakonu, co miałem okazję gruntownie przemyśleć w NSD w Legnicy. Pragnieniem moim jest praca na misjach, by w ten sposób służyć Bogu i Niepokalanej”. Otrzymał pozytywną odpowiedź i pojechał na nowicjat. Czas tam spędzony nazwał potem „prawie przedsionkiem do nieba”. Doszedł do święceń kapłańskich. – Prymicje zrobiliśmy mu tu w domu – opowiada pani Ula. Ojciec Michał najpierw został posłany do pracy w Pieńsku. Pracował tam dwa lata. Parafianie doceniali jego zaangażowanie i często mówili o nim: „prawdziwy kapłan” lub „drugi święty Franciszek”. On wciąż szukał swojej drogi – powołania w powołaniu. Marzył o misjach – to była jedna propozycja życia. Druga – poświęcić życie dla ratowania dzieci nienarodzonych… Wyjechał – i już stamtąd nie wrócił… Pani Urszula podkreśla, że choć straciła brata, nigdy nawet nie pomyślała: „Po co tam pojechałeś?”. – Jest ból, jest żal, ale bez pretensji, bez urazy. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. To była jego droga, to wybrał. Osiągnął to, do czego każdy ochrzczony człowiek powinien dążyć. On to osiągnął… On dał radę… – podsumowuje ze łzami w oczach.

mp

Comments are closed.