Cud do beatyfikacji

UZDROWIONA Z GRUŹLICY

W czasie świąt Bożego Narodzenia 1931 roku Józefa Parzych zachorowała na płuca. Lekarz stwierdził u niej bardzo zaawansowaną – jego zdaniem już nieuleczalną – gruźlicę. Chorobie towarzyszyła gorączka, dochodząca do 40 stopni C. Obawiano się, że chora umrze. Sprowadzono szybko księdza, który udzielił jej Sakramentu Namaszczenia Chorych.

Beatyfikacja Brata Alberta, Kraków, 22 czerwca 1983

W 1921 roku 17-letnia Józefa Parzych zetknęła się z siostrami albertynkami. Zafascynowana albertyńskimi ideałami, pięć lat później w Krakowie starała się o przyjęcie do zgromadzenia. Nie przyjęto jej ze względu na słabe zdrowie. Mimo to Józefa postanowiła zostać u sióstr. Jako osoba świecka, w 1930 roku podjęła pracę w domu zakonnym w Życzynie koło Warszawy.

Choroba

W czasie świąt Bożego Narodzenia 1931 roku zachorowała na płuca. Lekarz stwierdził u niej bardzo zaawansowaną – jego zdaniem już nieuleczalną – gruźlicę. Chorobie towarzyszyła gorączka, dochodząca do 40 stopni C. Obawiano się, że chora umrze. Sprowadzono szybko księdza, który udzielił jej Sakramentu Namaszczenia Chorych. Po kilku miesiącach wysoka gorączka nieco opadła. Chora miała jednak wciąż podwyższoną temperaturę. Z powodu osłabienia nie mogła pracować. W tej – wydawałoby się beznadziejnej – sytuacji zwróciła się z modlitewną prośbą o łaskę zdrowia do Brata Alberta. Latem 1933 roku pani Józefa poczuła „bóle kiszek”. Okazało się, że to zapalenie wyrostka robaczkowego, więc konieczna była operacja. Wyrostek wycięto, dostrzeżono jednak również wrzód na jelitach. W szpitalu pozostawała przez sześć tygodni, ale pooperacyjna rana na brzuchu wciąż nie chciała się zabliźnić. Powstała przetoka. Z niewyleczoną raną 29-letnia kobieta powróciła do domu zakonnego w Życzynie.

Gruźlica

Niegojąca się pooperacyjna rana na brzuchu była bardzo uciążliwa. Otwór w brzuchu, liczący około 8–9 cm średnicy, nie tylko nie goił się, ale coraz szerzej się otwierał. Wypływała z niej ropa o obrzydliwym zapachu. Jedynym sposobem pielęgnacji była wymiana bandaży i przemywanie środkami dezynfekcyjnymi. „Byłam zmuszona zmieniać opatrunki w zimie dwa razy dziennie, w lecie natomiast trzy lub więcej razy dziennie. Chociaż zmieniałam je tak często, nie czułam żadnej ulgi. Kiedy zdejmowałam opatrunki, były one przesiąknięte ropą. Gdy ich nie zmieniałam dłużej, ropa spływała wzdłuż nogi, w ranie czułam drażliwe pieczenie, co zmuszało mnie do ponownej zmiany. Najbardziej przykrym dla mnie było to, że wszyscy mnie unikali ze względu na przykry odór wydobywający się z rany. Przez pewien okres czasu nawet byłam zmuszona chodzić do jadalni na posiłki tylko wtedy, gdy już wszyscy wyszli, żeby nie obrzydzać posiłków innym. Początkowo spałam na wspólnej sypialni z innymi pracownicami, później jednak z powodu tego przykrego zapachu oddzielono mnie do małego, osobnego pokoju” – opisywała Józefa Parzych. Lekarze mówili, że nie ma możliwości wyleczenia powstałej przetoki i że ma ona podłoże gruźlicze. Nadziei na wyzdrowienie nie dawał jej także były asystent na Uniwersytecie Lwowskim dr med. Albin Kapuściński z Nałęczowa i przepisał kobiecie antybiotyki, których jednak nie udało się zdobyć. Medyk zaproponował chorej operację, która miała polegać na przeszczepie. Nie dał jednak gwarancji, że nastąpi poprawa. Józefa nie zdecydowała się na zabieg, choć bardzo cierpiała. Jedyne lekarstwa, jakie dostawała, to środki przeciwbólowe. Taka sytuacja trwała piętnaście lat.

Po pomoc do Brata Alberta

Wiosną 1948 roku Józefa Parzych poczuła się jeszcze gorzej. Z wysoką gorączką pojechała do szpitala w Garwolinie. To było ogólne zakażenie organizmu. Badający ją lekarz, dr Krasucki, stwierdził, że pozostały jej tylko cztery czy pięć dni życia. Zaproponował natychmiastową operację. Kobieta nie zgodziła się. Pielęgniarka, s. Stanisława Skorupska z bezhabitowego Zgromadzenia Sióstr Służek Najświętszej Marii Panny Niepokalanej, poradziła wówczas pacjentce, by modliła się o zdrowie za przyczyną świętego, do którego ma największe nabożeństwo. „Powiedziałam jej, że mam nabożeństwo do Brata Alberta i wróciwszy do domu zaczęłam nowennę za jego pośrednictwem mówiąc, że jeżeli mnie uzdrowi, zobowiązuję się zostać u sióstr albertynek przez całe życie, a jeśli to możliwe, zostać albertynką” – wyznała Józefa Parzych i dodała, że odprawiała nowennę, czytając modlitwę z obrazka, na którym była fotografia i cząstka z trumny Czcigodnego Sługi Bożego Brata Alberta.

Zagojona rana

Po czterech czy pięciu dniach kobieta odkryła, że rana była sucha, a nawet całkowicie zagojona – widać było tylko malutki ciemny punkcik, jak główeczka szpilki. Tak opisała ten fakt: „Po 4 czy 5 dniach po powrocie ze szpitala, w miesiącu maju, nie pamiętam dokładnie dnia, s. Polikarpa – przełożona domu wysłała mnie, bym towarzyszyła jednej z sióstr do Kutna. Przed wyjściem około 5 rano zmieniłam, jak zwykle, opatrunek. Przetoka jak zawsze wydzielała ropę i cuchnący odór, pamiętam bardzo dobrze, że rana była otwarta. Wzięłam ze sobą opatrunek, który miałam zmienić po przyjeździe do Kutna. Pojechałyśmy pociągiem, miałyśmy miejsca siedzące, przez 5 godzin jazdy nie odczuwałam dolegliwości ze strony rany. Bardzo mnie to dziwiło; przyjechawszy do Kutna, poszłam do osobnego pokoju, zdjęłam bandaże i z wielkim zdziwieniem i radością spostrzegłam, że rana była sucha, a nawet całkowicie zagojona, widać było tylko malutki ciemny punkcik jak główeczka szpilki, którego na następny dzień już nie zauważyłam. Ten punkt był pokryty lekką błoną. Byłam szczęśliwa, nie wierzyłam w to, co zobaczyłam, pierwszą moją myśl z wdzięcznością zwróciłam ku Bratu Albertowi”.

W opinii medyków

Uzdrowiona pani Józefa udała się do lekarzy do Garwolina. Kiedy pokazała zagojoną ranę lekarzowi i pielęgniarce, powiedzieli, żeby dziękowała Bratu Albertowi za wielką łaskę, bo inaczej nie byłaby nigdy uleczona… „W szpitalu w Garwolinie najpierw spotkałam pielęgniarkę, siostrę Skorupską, która zobaczywszy bliznę po całkowicie wygojonej ranie, okazała swoje wielkie zdziwienie i zawołała lekarza. Lekarz, widząc ranę zabliźnioną zupełnie i suchą, zdziwił się bardzo. Ponieważ (…) wiedzieli, że modliłam się za przyczyną Brata Alberta, powiedzieli mi, żebym mu podziękowała za tę wielką łaskę, bo inaczej nie byłabym nigdy uleczona…” – opisała to spotkanie. Po gruźlicy i ranie na brzuchu nie zostało nawet śladu, uzdrowienie było natychmiastowe i okazało się trwałe, a zdrowa Józefa całkowicie poświęciła się pracy. W 1976 roku została przyjęta do nowicjatu. Cztery lata później złożyła upragnioną profesję wieczystą. „Jest to największa łaska, jakiej udzielił mi Brat Albert” – stwierdziła. Cud uzdrowienia Józefy Parzych został przedstawiony w procesie beatyfikacyjnym. Medycy i teologowie byli zgodni, że do uzdrowienia kobiety przyczynił się Brat Albert.

Comments are closed.