Współpraca z ks. kard. Karolem Wojtyłą

W służbie cierpiącym

Była przewodniczką Metropolity Krakowskiego po świecie ludzkiego cierpienia. Prowadziła ks. kard. Karola Wojtyłę do obłożnie chorych, uczyła zapoznawania się z ich potrzebami, wskazywała jak można i należy im pomóc, a wreszcie podjęła prekursorskie dzieło pielęgniarstwa parafialnego, doprowadzając je do wspaniałego rozkwitu w Kościele krakowskim w czasie jego pasterzowania. Jej posługa, bezgraniczne oddanie terminalnie chorym i umierającym, spotkała się z pełnym zaufaniem i akceptacją przyszłego Papieża,
przynosząc zbawienne owoce.

W kręgu wzniosłej współpracy

W trosce o ludzi pozbawionych opieki, terminalnie chorych, działalność Hanny Chrzanowskiej była wręcz niezastąpionym skarbem. Stanowiła niejako „przedłużenie rąk” przyszłego Arcybiskupa krakowskiego. Z ks. Karolem Wojtyłą, który często spowiadał w Bazylice Mariackiej, spotkała się w 1957 r. Razem udali się do ks. infułata Ferdynanda Machaya, proboszcza Mariackiego, aby ustalić zasady systematycznej współpracy. Przyszłego Kardynała, jak i wielu mieszkańców Krakowa, zachwyciła jej bezinteresowność, bezkompromisowe oddanie w służbie bliźniemu, a także bezgraniczne poświęcenie dla chorych, które wynikało nie tylko z jej pielęgniarskiej profesji, ale również z głębokiego życia duchowego. Po latach współpracy, dziękując za jej piękną, ewangeliczną służbę, bogactwo życia wewnętrznego, nazwał ją człowiekiem „Chrystusowych błogosławieństw z Kazania na Górze – zwłaszcza tego, które mówi BŁOGOSŁAWIENI MIŁOSIERNI…”, bowiem gdy „byłem chory, zapomniany przez ludzi, zaopiekowaliście się Mną w klinikach, domach, na poddaszach, w suterenach”. W imieniu Kościoła krakowskiego wyznał, że była dla niego „ogromną pomocą i oparciem”. Hanna Chrzanowska (Pani Anna, jak zwracał się

do niej ks. kard. K. Wojtyła) od młodości wzrastała w atmosferze pomocy drugim. Z dzieciństwa zapamiętała „ziszczony sen dziecka o ludzkiej dobroci”. Jej dziadkowie, należąc do najzamożniejszych ludzi w stolicy, chętnie wspierali różne dzieła dobroczynne. Siostra jej matki, Zofia Szlenkierówna, cały swój spadek ofiarowała na fundację szpitala dziecięcego w Warszawie. Potem została dyrektorką Szkoły Pielęgniarstwa, do której uczęszczała Hanna. Lubiły się bardzo. Dla Hanny ciocia była wielkim autorytetem, a i ona sama promieniowała ogromną kulturą osobistą i miała tzw. klasę, wyniesioną z profesorskiego domu. Całe życie podejmowała liczne, odpowiedzialne zadania: uczyła, egzaminowała, służyła bezinteresowną pomocą w potrzebie, dzieliła się swoim doświadczeniem zawodowym (np. przez 10 lat redagowała miesięcznik „Pielęgniarka Polska”), a nawet kilkakrotnie ujawniła swój talent poetycko-literacki. Ks. Karol Wojtyła usłyszawszy po raz pierwszy nazwisko Chrzanowska, od razu skojarzył je z osobą profesora polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim (przed wojną on sam rozpoczął studia polonistyczne na UJ). Prof. Ignacy Chrzanowski był wielki w jego oczach również z uwagi na poniesioną ofiarę z życia w obozie Sachsenhausen. Z córką profesora bardzo dobrze się rozumieli: oboje kochali literaturę piękną, byli obdarzeni talentem literackim, umiłowali przyrodę – zwłaszcza tatrzańską – i silne, emocjonalne więzy łączyły ich z ojcami, których utracili w czasie okupacji niemieckiej. W jakimś sensie „połączyła” ich później również ostatnia chwila życia: Hanna zakończyła swoją ziemską wędrówkę w Niedzielę Przewodnią, pierwszą po Wielkanocy. Św. Jan Paweł II ustanowił ten dzień Niedzielą Miłosierdzia Bożego – i odszedł do Domu Ojca w wigilię tego Święta. Miłosierna pielęgniarka Ks. Karol Wojtyła już w pierwszej krakowskiej parafii pw. św. Floriana zorganizował Dzień Chorego, uczestniczył również w duszpasterstwie służby zdrowia. Jego kontakt z pielęgniarkami sięgał czasu, gdy jako chłopiec wraz z ojcem odwiedzał swojego brata lekarza Mundka w szpitalu w Bielsku. Jego nagła śmierć, wskutek zarażenia się od pacjentki szkarlatyną, być może pomogła mu rozumieć ludzi chorych i tych, którzy – nieraz z narażeniem własnego życia – nimi się opiekowali.

Hanna Chrzanowska była osobą świecką, choć należała do oblatek benedyktyńskich.

Zanim poznała ks. Karola Wojtyłę, w duchu wezwania Ora et labora, poprzez oddanie, ofiarowanie i postawienie Chrystusa w centrum, słuchała Słowa Bożego i żyła Nim na co dzień. Podkrakowski Tyniec, z malowniczo na skarpie wiślanej położonym opactwem, pokochała jako swój „duchowy dom”, w którym benedyktyni, tej klasy co: o. Piotr Rostworowski, o. Leon Knabit czy przyszły opat o. Placyd Galiński (z którym dzieliła upodobania artystyczne), stanowili jej „duchową rodzinę”. Czasem proponowała w niej rozmowę O magnalia Dei – wielkich sprawach Bożych, które potrafiła zamieniać na praktykę życia codziennego. Swoje życiowe powołanie pielęgniarki starała się łączyć z ich duchowością. Bywała w Tyńcu zwłaszcza na liturgii Triduum Paschalnego, czerpiąc zbawienne soki z ideałów życia monastycznego, takich jak: modlitwa, pokora, posłuszeństwo, pokój, miłosierdzie i uwielbienie Boga, a także szacunek dla każdego człowieka. Po latach, wspominając w pamiętniku osobiste przekroczenie duchowego progu, gdy „wchłaniając w siebie jak najwięcej światła i piękna”, około roku 1956 i 1957 uważanego przez nią za życiowy „okres przełomu”, mogła napisać, że jej „cierpienie, oczyszczone wraz z grzechami, przybite [zostało] do Krzyża”. Przyczynę tego „cierpienia”, po latach wyjawiła listownie ks. abp. Karolowi Wojtyle. Na tynieckich wałach wiślanych nie tylko przekroczyła swój duchowy próg, ale i odnalazła nowy obraz pielęgniarskiej misji, której pozostała wierna do końca życia. Postanowiła oprzeć opiekę nad chorymi na krakowskim Kościele. W związku z „odkryciem” tego typu możliwości pisała: „Nie chodziło mi o jakąś pracę na marginesie stałych zajęć [pielęgniarskiej służby zdrowia], tylko o potraktowanie pracy po domach jako zajęcia stałego, płatnego. Liczyłam na zdobycie chętnych kobiet, nie pielęgniarek, które można przyuczyć do pełnienia najprostszych czynności, tak jak się przyucza salowe. Byle chorzy nie cierpieli więcej, niż muszą, byle nie leżeli w brudzie, zaduchu, w odleżynach, w samotności, zaniedbaniu duszy i ciała”. Z tak „zaprogramowaną” misją, dotyczącą podstawowej opieki dla pielęgnacji podopiecznych chronicznie chorych w ich domach, Chrzanowska zwróciła się najpierw do ks. Wojtyły. Jej propozycja przypominała mu zapewne szczególnie bliską postać św. Brata Alberta, który sens swego życia „odkrył” posługując najuboższym z marginesu społecznego. Był przekonany, że również i ona z tym programem pomocy może wpisać się w bogatą tradycję Krakowa – miasta intelektualistów, naukowców, artystów… ale i wielkich apostołów miłosierdzia. Poznał kobietę pochłoniętą pasją niesienia pomocy tym, o których przeważnie ludzie z tzw. dobrych domów woleli milczeć. Społeczne realia, nieraz bardzo drastyczne, wzięte prosto z życia – były tego stanu bardzo bolesnym dowodem. Czyżby ta wspaniale wykształcona, elokwentna kobieta stała się odpowiedzią Boga na ludzką nędzę? Jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż na tym pierwszym etapie jej misja służby bliźniemu było „kroplą w morzu potrzeb” (ks. Karol Wojtyła, z konferencji dla lekarzy, Adwent 1957).

Łańcuch ludzi dobrej woli

Nieopodal Bazyliki Mariackiej, stanowiącej kolebkę parafialnej opieki nad chorymi, w Prałatówce, w której mieszkał ks. infułat F. Machay, stara skrzynka pocztowa zaczęła spełniać rolę kontaktowego przekazu. Wkładano do niej wiadomości dotyczące chorych. W dzieło, które już z końcem 1957 r. powoli przekraczać zaczęło granice parafii Wniebowzięcia NMP, a nawet samego Krakowa, angażowało się coraz więcej ludzi świeckich, siostry zakonne, księża, klerycy – w myśl słów ks. inf. Machaya: „Przekraczajcie granice parafii, bo miłość Chrystusa jest bez granic”. W praktyce nie zawsze było to tak oczywistą sprawą. Niejednokrotnie wiele wysiłku kosztowało Chrzanowską przekonanie proboszczów, by wynagradzali zawodowe opiekunki i ubezpieczali je – jak w parafii Mariackiej. Obok codziennych obowiązków związanych ze służbą choremu, Hanna wielką wagę przywiązywała również do formacji duchowej swojego środowiska. Po niemal dziesięciu latach od uruchomienia struktur pielęgniarstwa parafialnego, w milenijnym roku 1966 ówczesny Metropolita Krakowski mógł już w pełni „doświadczać” dobrodziejstw praktycznego miłosierdzia w Archidiecezji. W pełni doceniał wielki wkład i bezgraniczne poświęcenie Hanny Chrzanowskiej, związane z rozkwitem tego dzieła. Stąd, gdy jej zabrakło na prowadzonych przez niego rekolekcjach adwentowych dla pielęgniarek w kościele Sióstr Dominikanek „Na Gródku” z powodu poważnego zabiegu operacyjnego, napisał do niej: „Modliliśmy się wspólnie za naszą siostrę Annę. Odprawiałem Mszę św., prosząc Boga o zdrowie Pani. Pragnę o tym pamiętać w ciągu najbliższych dni, i w ciągu Świąt. Wzajemnie się też polecam”. Wedle „wzorca krakowskiego”, zaproponowanego przez Chrzanowską, odwiedzał chorych, których mu wskazywała, a podczas jej rekonwalescencji w kolejnym liście kreślił nawet nowe pola działania. To ją utwierdzało w przekonaniu, jak wielkim darem był ks. abp. Wojtyła dla niej samej i Kościoła krakowskiego. Choć zajmował w nim eksponowane stanowisko, był wciąż blisko człowieka, szczególnie tego najbardziej cierpiącego, osamotnionego i w potrzebie. Ceniła też jego przeogromny dar słuchania, który sprawiał, że chętnie przed nim otwierała swoje wnętrze, dzieląc się bieżącymi, zwłaszcza kontrowersyjnymi sprawami. W tej misji nawzajem się wspomagali i rozumieli. W tym też kontekście, napisała przed jego ingresem: „Niemożliwe w tego rodzaju pracach się oszczędzać. Jest takie morze nieszczęść (poza chorobą), że jeśli można choć odrobinę ulżyć, musi się oddać własne siły. Czytam [posoborową] Konstytucję dogmatyczną i serce mi skacze z radości. Teraz dopiero rozumiem słowa Księdza Kardynała kiedyś do mnie powiedziane na pożegnanie: Chciałbym, żebyśmy byli jedno”. Była świadkiem jego ingresu kardynalskiego do Katedry Wawelskiej, w niedzielę 9 lipca 1967 r. Służyć ludziom na wzór Chrystusa Pana Wśród podopiecznych pielęgniarstwa parafialnego – jak w czasach Chrystusa Pana – byli głusi i niewidomi, paralitycy, chorzy na raka, porażeni po wylewach, przewlekle chorzy… Dwa tysiące lat temu dotykała ich Jego ręka, a teraz tych, którzy roztropnie i systematycznie zajmowali się ich pielęgnowaniem. Hanna była tego świadoma i wierzyła, że i teraz w nich działał Chrystus! Choć miała wiele pasji, to wynajdywanie osób chorych chronicznie było najważniejszą z nich. Czuła się powołana do opieki nad najbardziej potrzebującymi, szukała ich na poddaszach, suterynach, w miejscach odosobnienia nieraz uwłaczających ludzkiej godności. Przez lata uczyła przyszłe pielęgniarki, że pomoc chorym to służba na wzór ewangelicznej posługi samarytańskiej, to przyjemność, a nie przykry czy „odpychający” – tylko z musu spełniany obowiązek. Spotkanie z chorym było dla niej spotkaniem z samym Chrystusem. Dbała nie tylko o cierpiące ciało, ale troszczyła się także o dusze podopiecznych (zawsze z taktem i wielką dyskrecją) podkreślając, że „pielęgniarka ma obowiązek myśleć o zaspokojeniu potrzeb duchowych podopiecznych i o ich kontakcie z księdzem”. W związku z rosnącymi potrzebami, krok po kroku kładła podwaliny pod pierwsze domowe hospicja. Aby sprostać rosnącym wyzwaniom, z wielką determinacją szukała pomocy już nie tylko wśród sióstr zakonnych, kleryków, księży, laikatu – ale także w środowisku akademickim. Trafiając do młodych z duszpasterstwa przy kolegiacie pw. św. Anny, powiedziała: „Przyszłam prosić o opiekę dla chorych. Jest ich wielu, są rozrzuceni po całym Krakowie. Zajmują się nimi siostry zakonne i ludzie świeccy, ale jest nas za mało… Nie jest to chwilowa przygoda czy jednorazowa pomoc, ale zobowiązanie. Nie można takiego człowieka zostawić, trzeba stać się jego przyjacielem i być z nim do końca, tzn. aż do chwili, gdy Pan Bóg powoła go do siebie”. Dzięki Hannie Chrzanowskiej powstał wspomniany już łańcuch ludzi dobrej woli, w którym było miejsce służby i dla duchownych, i dla świeckich. Ona sama była tego dzieła dobrym duchem: w zetknięciu z ludzką biedą starała się swoich podopiecznych poznać, rozumieć ich duchowe i psychiczne potrzeby i… pokochać. Zachęcała do radosnego dziękczynienia Bogu tym wszystkim, którzy włączyli się w dzieło pomocy, które „nam zezwala służyć i pomagać w niesieniu krzyża ludziom i Chrystusowi samemu”. Wielu cierpiących na ciele i duszy potrafiła zmobilizować i dzięki pomocy lekarzy, pielęgniarek, ale i studentów-wolontariuszy, stało się możliwe zorganizowanie dla nich już w 1966 r. rekolekcji wyjazdowych w Domu Rekolekcyjnym Księży Salwatorianów w Trzebini. Chorzy nie tylko czuli się „normalnymi” osobami, ale także często po latach wracali do Boga. Atmosfera, jaka im towarzyszyła, „mimo koncentracji w jednym miejscu nieszczęścia w postaci nieuleczalnie chorych, była zaskakującą, naturalną koncentracją radości” – jak to po latach wspominał rekolekcjonista z Tyńca, o. Leon Knabit OSB. Znany krakowski lekarz, obserwując to „duchowo-cierpiętnicze zgromadzenie”, wyznał jednej z jego uczestniczek: „Wie pani, jestem głęboko przekonany, że jeżeli są na ziemi święci, to Hanna Chrzanowska do nich należy”. Trzebińskie rekolekcje chorych nieraz „wizytował” Metropolita Krakowski. Dzięki wzorcowej idei Chrzanowskiej, wprowadzał (wizytując kolejne parafie Archidiecezji), zwyczaj odwiedzania chorych. Po latach, już jako Jan Paweł II, w autobiograficznej książce „Wstańcie, chodźmy!”, napisał m.in.: „…Były odwiedziny w domach, przede wszystkim u chorych, ale nie tylko. Niestety do szpitali komuniści nie wpuszczali. Byli także chorzy przywożeni do kościoła na osobne spotkanie [rekolekcyjne]. To w diecezji organizowała Sługa Boża Hanna Chrzanowska. Zawsze czułem, że osoby cierpiące stanowią fundamentalne oparcie w życiu Kościoła. Pamiętam, że przy pierwszych kontaktach chorzy mnie onieśmielali. Potrzeba było sporo odwagi, aby stanąć wobec cierpiącego i niejako wniknąć w jego ból fizyczny i duchowy, aby nie ulegać zakłopotaniu i okazać przynajmniej odrobinę pełnego miłości współczucia”. Na tej drodze Pani Anna – jak ją nazywał – była niezastąpioną dla ks. kard. Wojtyły przewodniczką. W apostolacie Kościoła Zawsze pragnęła pokazać głęboki, apostolski sens służby choremu. Widząc zanik poczucia sensu ofiary – nawet wśród młodzieży zakonnej i seminaryjnej – Hanna pomagała ks. kard. K. Wojtyle we włączaniu również kleryków w pielęgniarstwo parafialne. Uważała, że obok zdobywanej wiedzy teologicznej winni zetknąć się z ludzką bezradnością wobec cierpienia, z koniecznością „zakasania rękawów i wykonywania niskich – jak by się wydawało – posług”. W tej służbie dostrzegała rys związany z naśladowaniem Jezusa umywającego w Wieczerniku nogi Apostołom. Z niezliczonych kontaktów z ludźmi cierpiącymi, nieuleczalnie chorymi, którym tak często przywracała nadzieję w ludzi i w Boga oraz pewność, że „ukorzenie się przed Nim, daje spokój i to nawet tak niespokojnym wewnętrznie, jak chorzy”, najbardziej cieszył ją pozytywny odzew młodych. W akcji bezinteresownego czynienia dobra uczestniczyły ich już setki, choć może nie wszyscy byli świadomi, że uczą się najtrudniejszej rzeczy – jak kochać. Sama w akcie godzenia się z wolą Bożą dostrzegała „drogę tych cudownych, świętych chorych, których tyle na świecie”. Z uwagi na „dobro chorych”, z wieloma praktycznymi i organizacyjnymi sprawami (m.in. uruchomieniem duszpasterstwa chorych w Zakopanem w parafii Najświętszej Rodziny) zwracała się listownie do „najwyższej instancji”. Z krakowskim Metropolitą dzieliła się także duchowymi przemyśleniami, porażkami i wewnętrznymi zwycięstwami. Była mu wdzięczna, iż mimo rozlicznych, odpowiedzialnych funkcji i zajęć, był wciąż tym samym człowiekiem, którego przed laty poznała. Zachwycała ją jego wrażliwość na cierpienie, umiejętność odnajdywania się w różnych trudnych sytuacjach (np. w kontakcie z ludźmi sparaliżowanymi, gdy chętnie przyjmował jej naukę i skwapliwie wykorzystywał). Aby móc dowartościować jej misję – zważywszy jak była ona potrzebna i apostolska również w świetle uchwał posoborowych, podkreślających w Kościele rolę laikatu – zaproponował jej udział w Kongresie Apostolstwa Świeckich (na wyjazd do Rzymu nie otrzymała od peerelowskich władz paszportu), a w 1970 r. zachęcił ją do reprezentowania Archidiecezji Krakowskiej na posiedzeniu Komisji Episkopatu ds. Apostolstwa Świeckich. – Mogę na Panią liczyć? – to retoryczne pytanie, kierowane pod jej  adresem, nieraz padało z ust Metropolity. W miarę sił i możliwośći i starała się na nie odpowiadać. Również i odwrotnie – wspomagała jego siły. Przed jednym ze spotkań ze środowiskiem pielęgniarskim na bożonarodzeniowym opłatku, ks. kard. Wojtyła zaniemógł i poprosił sufragana krakowskiego o zastępstwo. Gdy poznała przyczynę niemocy, poprosiła siostry zajmujące się prowadzeniem kardynalskiego domu o podanie środka przeciwbólowego, który miała przy sobie. Pod koniec spotkania Gospodarz Domu Arcybiskupiego pojawił się i aby tradycji stało się zadość, a vista ułożył kilka okolicznościowych zwrotek do pastorałki „Oj Maluśki, Maluśki!”. Cieszyła się, że to, co robiła dla chorych w Archidiecezji, mogła uczynić „drobnym darem” dla Księdza Kardynała, „darem i spłacaniem długu wdzięczności” – jak zanotowała w jednym z listów do niego. Iść w Polskę! Przeglądając kiedyś bieżące sprawozdania zauważyła, że w parafialnych zespołach pielęgnowano w Krakowie przeszło 700 chorych i odwiedzano kolejnych 500 osób. Czy był to spektakularny sukces? Jak można pójść z tą misją w Archidiecezję? Jak w Polskę? – zadawała sobie retoryczne pytania i czuła, że czasu na realizację tych ambitnych planów ma już niewiele. Z determinacją, na ile tylko starczało jej sił i twórczej inwencji, starała się zarówno postawą, jak i osobistym zaangażowaniem, walczyć o uznanie zawodu pielęgniarki, który obok wiedzy fachowej, dyspozycyjności, winien – w jej odczuciu – łączyć leczenie chorego ciała z leczeniem duszy. Z tej apostolskiej perspektywy, patrząc przed siebie, nieustannie „szła ciągle wyżej” – w myśl życiowego motta Florence Nightingale. Ta angielska arystokratka, kobieta-legenda, matka nowoczesnego pielęgniarstwa, dla Hanny była nieustannym źródłem inspiracji. Tym bardziej więc pragnęła dzielić się swoim doświadczeniem z tymi, którzy po niej poniosą to Boże oraz ludzkie dzieło dalej i dalej. Była bowiem przekonana, że – obok kompetencji – kapitalnym czynnikiem w nawracaniu chorych była i ciągle jest modlitwa ich opiekunów. Wkrótce sama jej bardzo potrzebowała. W wędrówce do Domu Ojca Hanna zawsze znajdowała czas na „duchowe doładowanie” i uczyła tego innych – także duchownych. Była wzorem nie tylko w fachowej opiece nad chorym, lecz i w życiu duchowym, o którym niewiele mówiła, ale nim promieniowała. Uczyła siostry, pielęgniarki i wolontariuszy, postawy dobrego Samarytanina, który bez wielu słów pełnił czyn apostolski. Do kapelana krakowskiego środowiska pielęgniarskiego pisała z ostatniego, marcowego wypadu w góry do Zakopanego: „Mam nadzieję, że się wygrzebię i bardzo tego chcę, bo wiem, że jestem potrzebna. Inaczej – co za radość przenieść się na tamten świat”. O odejściu Pani Anny ks. kard. Wojtyła dowiedział się w dniu jej śmierci. Już wcześniej martwił się jej chorobą. Wiedział, że po poważnej operacji z roku na rok coraz bardziej wypalała się przy intensywnym budowaniu parafialnych struktur pielęgniarstwa domowego. Miłość do chorych i tych, z którymi pracowała, stanowiła istotę jej egzystencji, ale kierunek kursu wyznaczał sam Bóg. Śledząc zaskakująco płodne i wspaniałe owoce jej posługi,  ks. kard. K. Wojtyła był przekonany, że jej miłosierne dzieło złotymi zgłoskami zostanie wpisane „w cały szereg związanych z Krakowem postaci, które odkryły, że największym przymiotem Boga jest miłosierdzie i poszły na spotkanie z Nim tą drogą”. Podczas Mszy św. żałobnej pod przewodnictwem Metropolity Krakowskiego, kościół Sióstr Karmelitanek przy ul. Łobzowskiej był wypełniony po brzegi. W swoich murach nie zdołał pomieścić wszystkich chorych na wózkach, studentów jako ich opiekunów, sióstr zakonnych, księży, świeckich… Chętnie cytowano ulubione słowa Hanny z antyfony na Boże Narodzenie, O admirabile commercium – „O przedziwna zamiano!” – gdy Bóg stając się człowiekiem, dzięki słowie FIAT Najświętszej Dziewicy Maryi, dał nam udział w swoim bóstwie. Nawiązując do podziękowań za pielęgniarstwo parafialne, „które tak wspaniale zorganizowała w naszym Kościele”, ks. kard. Wojtyła w homilii pogrzebowej podkreślił wszelkie zadatki jej przyszłej drogi, związanej z wyniesieniem Służebnicy Bożej na ołtarze: „Z ufnością myślimy o przyszłości Twojego dzieła wśród nas, a nade wszystko z ufnością, z nadzieją o Twojej teraźniejszości, która zaczęła się razem ze śmiercią i poprzez śmierć, do której weszłaś tak przygotowana, tak właściwie bardzo pragnąca już odejść…”. Snując chrześcijańską refleksję wokół wątku związanego ze sztuką umierania, Metropolita tak ją spuentował: „Niech będą dzięki Bogu miłosiernemu za Twoje życie; niech nagrodą Twoją będzie sam Pan; niech promieniowanie Twojej posługi trwa wśród nas i wszystkich nas nieustannie poucza, jak służyć Chrystusowi w bliźnich”. W czasie pogrzebu na Cmentarzu Rakowickim, w majowy dzień 1973 r., ks. Kardynał zaintonował Magnificat, ulubiony przez śp. Hannę Chrzanowską Maryjny kantyk – „Wielbi dusza moja Pana”. Z perspektywy eschatologicznej – sama Hanna kiedyś zanotowała: „Czy pamiętam, że jeśli każdy będzie sądzony według uczynków miłosierdzia, to cóż dopiero ja, którą Bóg szczególnie do nich powołał?”. Jej obecność jest ciągle żywa. Działała i nadal działa w wielu trudnych i nieraz wręcz beznadziejnych sytuacjach. Jedna z jej wychowanek -pielęgniarek zaświadczyła, że „pomysły Hanny są w tle jej życia”.

Comments are closed.