ARESZTOWANIE

RĘCE DO GÓRY, BO STRZELAM!

Ks. bp Baraniak został aresztowany przez agentów komunistycznej bezpieki w nocy z 25 na 26 września 1953 r i osadzony w więzieniu karno-śledczym na Mokotowie. Stało się to kilka godzin po zatrzymaniu i wywiezieniu – do przebudowanego na więzienie klasztoru w Rywałdzie k. Lidzbarku Warmińskiego – Prymasa Polski ks. kard. Stefana Wyszyńskiego.

Fot. Zbiory ASIK Kraków

Tego wieczora ks. bp Baraniak długo pracował w biurze Sekretariatu (w Warszawie przy ul. Miodowej) na drugim piętrze. Po powrocie księdza Prymasa z kościoła św. Anny ks. biskup wyszedł do ogrodu, żeby się odświeżyć i odmówić Różaniec. Zauważył wtedy przeskakujących i wdzierających się do domu rabusiów. „Jeden z bandytów, który mnie widocznie obserwował, skierował się ku mnie i z odległości kilkunastu metrów krzyknął do mnie: Ręce do góry, bo strzelam”. Po chwili rabusie, którzy okazali się być pracownikami Urzędu Bezpieczeństwa, wdarli się do domu. Kiedy jeden z nich zbyt energicznie zbliżył się do Prymasa, za nogę chwycił go owczarek Baca. Ubowcy odprowadzili Prymasa do mieszkania, a ks. bp. Baraniaka zabrano do biura Sekretariatu. „Do biura weszło około dziesięciu ubowców”. Rozpoczęli rewizję. W pewnej chwili biskupa zaprowadzono do mieszkania Prymasa. Był świadkiem odczytywania mu aktu aresztowania. „Żegnając się ze mną, Jego Eminencja zlecił mi prowadzenie Sekretariatu i przekazał wszystkie potrzebne uprawnienia”. Po ponownym zaprowadzeniu do sekretariatu ks. bp Baraniak – wraz z ks. Padaczem – byli świadkami wielogodzinnej rewizji. W jej wyniku zabrano 110 rzeczy osobistych (m.in. listy, notatniki etc.) należące do ks. bp. Baraniaka, które miały posłużyć
jako dowód „przestępczej działalności: warszawskiej kurii, bpa Baraniaka i Prymasa”. „Od zmęczenia kilka razy zdrzemnąłem się na krześle, ale nie czepiali się mnie ani ks. Padacza, który także często zasypiał. Sam odmówiłem kilka różańców”. Rano 26 września ks. bp Baraniak wciąż znajdował się na Miodowej. „Nad ranem zjawił się jakiś oficer (jeden czy dwóch) i zaprowadzili mnie do mojego pokoju na pierwszym piętrze. Najpierw pogrzebali w różnych rzeczach i papierach, potem odczytał jeden z ubowców postanowienie prokuratury wojskowej, że jestem aresztowany, ale papierka mi nie dali. Kazali mi się ubrać. Na pytanie jak się ubrać, jeden z nich odrzekł: raczej ciepło. Kiedy mnie sprowadzili w dół, w całym domu, na schodach i przy schodach, kręciło się pełno ubowców.
Z domowników nikogo nie dojrzałem. W samochodzie, który stał przed domem, kazali mi usiąść za szoferem; wsiadło też dwóch ubowców. Krążyli dość długo po mieście, aż przyjechali w okolicę placu Trzech Krzyży w Alejach Ujazdowskich. Przystanęli dopiero
przy Ministerstwie (Spraw Wewnętrznych) Bezpieczeństwa, na rogu ul. Koszykowej. Jeden z ubowców wyszedł z samochodu i zniknął w bramie ministerstwa. Dość długo nie wracał. Powrócił wreszcie i samochód popędził na ulicę Rakowiecką do bramy więzienia, która otwarła się za małą chwilę. Doprowadzono mnie prosto do depozytu, gdzie zabrano mi moją teczkę z bielizną, wszystkie insygnia biskupie i wszystko, co miałem w kieszeniach,
z różańcem włącznie, oraz pieniądze, które ubowcy zabrali z mojego pokoju i sypialni. Zaprowadzono mnie do pustej, betonowej celi, w której była prycza, taboret, dzban wody
z miednicą i kibel. Groźnie zaskrzypiał potężny klucz w żelaznych drzwiach i wreszcie nastała cisza. Przez zakratowane okno i matowe szybki, z góry zaglądał ponury poranek 26 września 1953 roku”. Była ok. 6 rano. Jeszcze tego samego dnia zabrano go na przesłuchanie. To był jego pierwszy z 825 dni spędzonych w komunistycznym
więzieniu.

Comments are closed.