DROGA DO NIEBA

WIEDEŃ – NAUKA I POWOŁANIE

Kiedy Staszek miał czternaście lat – podobnie jak wiele innych dzieci z polskich rodzin szlacheckich – został wysłany do szkoły za granicę. W przypadku katolickich Kostków wybór ojca padł na cieszące się dobrą opinią cesarskie gimnazjum jezuickie w Wiedniu. Stanisław pojechał tam wraz ze starszym bratem Pawłem, w towarzystwie opiekującego się nimi mentora i nauczyciela Jana Bilińskiego.

Wiedeńskie kolegium jezuitów, w którym uczyło się ok. 400 uczniów różnych narodowości, było bardzo dobrą szkołą – rozwijało umysł, pielęgnowało pobożność, zaprawiało uczniów do obrony zagrożonej herezją protestantyzmu katolickiej wiary. W szkole Staszek dał się poznać jako żądny wiedzy, zdolny, sumienny i pilny uczeń. Choć z początku szło mu ciężko, pod koniec nauki był już jednym z najlepszych. Oprócz materiału szkolnego przyswoił sobie języki obce: łacinę, grekę, niemiecki. Zostały po nim zeszyty z notatkami, w których m.in. udowadniał prawdziwość wiary katolickiej. Bardzo zdolny, skromny, a przy tym bardzo pobożny, wzbudzał podziw wszystkich, z wyjątkiem wolącego uciechy i zabawy brata oraz wielu podobnych do niego kolegów. Był dobry, a także wrażliwy na ludzką biedę. Początkowo wraz z Pawłem mieszkał w internacie, a właściwie w konwikcie dla młodzieży ze stanu szlacheckiego, ale potem – po niespełna roku, na skutek odebrania internatu zakonowi przez nowego cesarza Maksymiliana II – zmuszeni byli znaleźć sobie prywatną kwaterę. Biliński i Paweł – mimo oporów Staszka – wybrali mieszkanie w domu luteranina Kimberkera. Zamieszkało tam zresztą nie tylko ich troje, ale także ich służący, kuzyn Stanisław Kostka, Kacper

Fot. H. Bejda

Rozrażewski oraz późniejszy kardynał i prymas Polski Bernard Maciejowski.

FALA PRZEŚLADOWAŃ I MOCNE ZASADY

Staszek już od dzieciństwa był wrażliwy i pobożny. Nie znosił wulgaryzmów i nieprzyzwoitych rozmów. Nie inaczej było w Wiedniu. Paweł był diametralnie  inny. Podobnie jak jego koledzy – jak czytamy w dawnych hagiografiach – „wprawdzie nie dopuszczał się (…) występków, zacny ród jego hańbiących, atoli jako młodzieniec w wieku kwitnącym, ubiegał się za powabem błyskotek światowych, lubił stroić się w bogate szaty, jeść wykwintne potrawy, nasycać się łakociami, prowadzić życie swobodne, wchodzić w towarzystwo płochej i lekkomyślnej młodzieży, a służba Boża niewiele go obchodziła”. Ani Paweł ani jego koledzy nie mogli pojąć, dlaczego Staszek nad frywolną zabawę przedkłada naukę i modlitwę, praktykuje umartwienia (niekiedy tak surowe jak biczowanie się) i posty, a także lituje się nad nędzarzami. Z tego powodu prześladowano go i wyśmiewano, wyzywano od „mnichów” i „jezuitów”. Bywało, że od kpin i perswazji, żeby umartwianiem się nie popsuł sobie zdrowia, przechodzono nawet do rękoczynów i kopniaków. Staszek pragnął „jak najwięcej podobać się Bogu i jak najmniej nie podobać się bratu”, a za życiową dewizę obrał słowa: ,,Do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich pragnę żyć”. Stosował się też do innych zasad: „Tam idźmy, dokąd Bóg i twardy los zawiedzie” i „Chociażby los się chwiał, będę stał mocno”. Chłopiec gotów był na ustępstwa, ale jedynie takie, dla których nie musiał łamać swoich żelaznych zasad. Brat chciał, żeby nauczył się tańczyć – uczył się. Bratu nie podobały się jego modlitwy i medytacje w ciągu dnia – odprawiał je w nocy. Nie rezygnując z podążania drogą żarliwego katolika, zapisał się do Sodalicji Mariańskiej i Bractwa św. Barbary.

W czasach nasilającej się herezji protestanckiej Staszek kultywował pobożność eucharystyczną i był wielkim czcicielem Matki Bożej. Zachodził do kościoła przed lekcjami i po skończonej nauce, codziennie bywał na Mszy św. (a nawet na kilku), adorował Najświętszy Sakrament i zgodnie z ówczesnymi zasadami raz w tygodniu przyjmował
Komunię św. Modlił się żarliwie (często w nocy), kontemplował Mękę Pańską i bywało, że wpadał w ekstazę; odmawiał Różaniec i Godzinki, czytał nabożne książki. Hagiografowie piszą, że w czasie pobytu w dużym i ludnym Wiedniu, Staszek znał tylko trzy drogi: do kolegium, do kościoła i do domu, w którym mieszkał.

WIZJE I POWOŁANIE

W grudniu 1565 roku Staszek ciężko zachorował. Balansując na granicy życia i śmierci, bardzo pragnął odbyć spowiedź i przyjąć Komunię Świętą, ale luterańscy gospodarze domu, w którym mieszkał, za nic nie chcieli się zgodzić na to, by w ich progach pojawił się katolicki ksiądz (choć może nawet nie pytano ich o taką zgodę, nie chcąc z nimi zadzierać). W nocy rozżalony i rozgorączkowany Staszek doznał cudownej wizji. Zobaczył św. Barbarę – czczoną przez niego patronkę dobrej śmierci – z dwoma aniołami, która przyniosła mu Komunię Świętą – Wiatyk. Podczas kolejnego widzenia chłopiec zobaczył Matkę Bożą z Dzieciątkiem, która pochyliła się nad nim, złożyła mu w ramiona małego Jezusa i nakazała wstąpić do jezuitów. Rano – ku zdziwieniu lekarzy, którzy w czasie choroby nie tylko nie potrafili go wyleczyć, ale nawet dobrze zdiagnozować – wstał zupełnie zdrowy. Był szczęśliwy. Nie, nie tylko dlatego, że wyzdrowiał. Od dawna czuł bowiem w sobie narastające powołanie do zakonu. Matka Boża tylko go w nim utwierdziła, ba! otrzymał od niej wyraźny nakaz, by wstąpić do jezuitów. Lękał się tylko o jedno – jak zareaguje na to brat, a przede wszystkim ojciec, który żywił w stosunku do niego zupełnie inne, świeckie plany. Niestety jego obawy zaczęły się sprawdzać. Kołatał do jezuitów, prosząc o przyjęcie do zakonu, ale ci – aby go przyjąć – wymagali zgody rodziców. Nie miał jej i nie miał też nadziei, że kiedykolwiek ją uzyska. Powołanie było jednak silniejsze niż opór rodziców. Czyż nie trzeba bardziej słuchać Boga niż… nawet własnego ojca.

Comments are closed.