DROGA DO NIEBA

WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO RZYMU

Staszek czynił wszystko, aby zrealizować swoje powołanie. Z braku zgody rodziców, w Wiedniu nie chciano go jednak przyjąć. Niektórzy z duchownych stanęli jednak po jego stronie. Wspierał go – dobrze znający tajniki jego duszy – spowiednik. Inny kapłan – sam kaznodzieja cesarzowej Marii Hiszpańskiej o. Franciszek Antoniusz poradził mu, by udał się do prowincjała jezuitów w Augsburgu – o. Piotra Kanizjusza (późniejszego świętego), a gdyby nawet to nie pomogło, do samego Franciszka Borgiasza – generała zakonu w Rzymie. Posłuchał tego głosu.

UCIECZKA I POŚCIG

Po ukończeniu szkoły, tuż przed planowanym powrotem do Polski, w niedzielę 10 sierpnia 1567 r., we wspomnienie św. Wawrzyńca, 17-letni Staszek – sprytnie wykorzystując pozwolenie brata, który w przypływie gniewu kazał mu… „iść, gdzie by chciał, nawet na szubienicę” – przebrał się w skromne szaty, wziął na plecy tobołek z ubożuchnym dobytkiem, zostawił pożegnalny list i wyruszył pieszo do Augsburga. Początkowo w ogóle go nie szukano, brat wyprawiał pożegnalną ucztę, a nieobecność młodszego brata wytłumaczył sobie jego niechęcią do takich imprez. Sądził, że Staszek jest w kościele. Kiedy jego nieobecność przedłużała się jednak ponad miarę, odkryto prawdę i wyruszono w pogoń. Staszek już wcześniej przecież zapowiadał, że ucieknie, a prześladujący go Paweł będzie musiał odpowiedzieć za to przed ich surowym ojcem. Brat nie potraktował
tej groźby poważnie, ale teraz – kiedy się ziściła – bał się wrócić do domu bez niego.

NIE ROZPOZNANY PRZEZ BRATA

Początkowo szukano Staszka na drodze prowadzącej bezpośrednio do Rzymu, nie wiedząc, że udał się w innym kierunku. Potem odkryto pomyłkę i wyruszono na północny zachód. Nędzny strój zrobił jednak swoje – udało mu się zmylić poszukujących go ludzi. Ba! zwiódł nawet… Pawła. Sam Staszek – w liście do przyjaciela – tak to opisywał: „Na gościńcu prowadzącym z Wiednia dogonili mnie dwaj słudzy moi, których poznawszy schowałem się do pobliskiego lasu i tak w ten sposób uszedłem z ich rąk. Przebiegnąłem już wiele gór i lasów, gdy około południa pokrzepiam swoje znużone siły u źródła przezroczystego, naraz rozlega się odgłos kopyt końskich. Podnoszę się, przyglądam najeźdźcy – a to mój brat Paweł popuściwszy cugle naprzeciwko mnie pospiesza, koń się pieni, twarz brata
żarzy się bardziej od słońca. W jakimże musiałem znajdować się wtedy strachu (…) Przed jego natarciem stanąłem i nabrawszy odwagi pierwszy zbliżam się do jeźdźca, proszę o jałmużnę jako pielgrzym. A on dopytuje o brata, opisuje ubranie jego, wzrost, wygląd i że był do mnie bardzo podobny. Odpowiedziałem, że o świcie tędy przechodził (…) Rzuciwszy mi pieniądz, pospieszył w dalszą drogę”.

WIEDEŃ – AUGSBURG – DYLINGA

Szedł i szedł, i szedł. Drogę miał długą i uciążliwą. Wiedeń od Augsburga dzieliło ponad 500 kilometrów i wysokie Alpy. Staszek był jednak bardzo zdeterminowany. Po drodze zatęsknił za Komunią Świętą. Wstąpił nawet do mijanego kościoła – niestety srogo się rozczarował – świątynia należała bowiem do protestantów. Doświadczył wtedy cudownej wizji – a może zresztą nie była to wizja, tylko najświętsza prawda: przyjął Chleb Życia z rąk samego anioła. Prowincjała w Augsburgu nie zastał. Powiedziano mu, że jest w Dylindze. Poszedł zatem do Dylingi, przemierzając kolejne 50 kilometrów. Źle trafił. Zakon miał właśnie problem z… Polakami. Dwóch polskich jezuitów przeszło na protestantyzm. Zakonnicy byli pewnie nieco skonsternowani, kiedy do furty zapukał kolejny… Polak. O. Piotr Kanizjusz nie był jednak małostkowy i postanowił wypróbować cnotę, cierpliwość i pokorę zdeterminowanego polskiego szlachcica. Skierował go do… sprzątania, usługiwania i prac kuchennych. „Egzamin” został zdany. „Pośród naczyń kuchennych i mioteł czuję się jak w niebie”– pisał w liście Staszek. Mimo zapału młodzieńca, także w Niemczech do przyjęcia do zakonu nadal wymagano jednak zgody rodziców. A tej Staszek nadal nie miał, a co więcej, wciąż nie miał najmniejszych widoków na jej otrzymanie. Bał się, że jego plany spełzną na niczym.

NADZIEJA NA… „WIELKIE RZECZY”

Wielki szermierz kontrreformacji, obrońca katolickiej wiary, o. Piotr Kanizjusz docenił pobożność, pokorę i wielką determinację Staszka. Przecież ten młody człowiek musiał się ukrywać, przemierzył szmat drogi, aby się z nim rozmówić, bez szemrania spełniał najprostsze posługi! Dla tego światłego jezuity jasnym już było jak słońce, że Staszek ma powołanie. Wiedział, że nie ma zgody rodziców, ale nie mógł go przecież – wbrew niemu i wbrew swojemu własnemu sumieniu – odesłać do rodzicielskiego domu. Światły jezuita wręczył mu list polecający (Da illo praeclara speramus – „Wielkich rzeczy spodziewamy się po nim” – napisał w nim) i odesłał do Rzymu, do generała zakonu. Ów list nazywany jest dziś „Listem trzech świętych”, bowiem pisał go święty (Kanizjusz) do świętego (Borgiasz) w sprawie świętego (Kostki). Staszek w towarzystwie dwóch jezuickich kompanów – Jakuba Genueńczyka i Rainera Fabrycjusza (sądząc po nazwiskach byli to Włoch i Niemiec), którzy szli do Rzymu na studia – wyruszył pieszo w kolejną długą i meczącą podróż. 25 października 1567 r. troje wędrowców dotarło do Wiecznego Miasta.

Comments are closed.